Skocz do zawartości

Cała aktywność

Kanał aktualizowany automatycznie     

  1. Z ostatniej godziny
  2. Dzisiaj
  3. Drzwi trzasnęły głośno, a framuga zadrżała wyraźnie. Zatrzymałem się, oddychając ciężko. Słyszałem jak za zamkniętymi przed chwilą drzwiami, ojciec wstaje ze stołka i zaczyna sprzątać stół. Wiedziałem, że przesadziłem. Przecież on tylko chce mi pomóc, wskazać właściwą ścieżkę. Powoli otworzyłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia. Ojciec rzeczywiście sprzątał na stole, nie zwracając na mnie uwagi. Zbliżyłem się do blatu, patrząc na mój ostatni projekt. Był to stary obraz, który przybył do nas z domu bogatego kupca z Myrtany. Nie był bardzo zniszczony, w większości po prostu brudny. Wyczyszczenie go nie było większym wyzwaniem, ale odkryło parę miejsc, które musiałem wyretuszować. Tutaj zaczęły się schody. To było moje piąte podejście, a ojciec ciągle nie był zadowolony z wyniku mojej pracy. Zazwyczaj znosiłem to spokojnie i posłusznie, zabierałem obraz i robiłem wszystko od nowa. Oczywiście tym razem pękłem... - Wybacz. Poprawię to. - Nie. - odpowiedział, po chwili milczenia - Ja się tym zajmę. Ty weźmiesz ten drugi. Zatkało mnie na chwilę. Jedyny inny obraz w naszej pracowni pochodzi bezpośrednio od Waymara, który zamierzał odnowione dzieło wstawić do swojego nowego pałacu. Był to rodzinny obraz namalowany przez mojego dziadka, przedstawiający protoplastów rodu władców Wiltmarku. Przez wiele lat leżał zapomniany w piwnicach pod zamkiem, dopiero przy pracach nad nowym pałacem został odnaleziony i przywieziony do nas. Obraz był w opłakanym stanie, ale większość prac została już wykonana. Zostało tylko wyretuszowanie. - Nie rozumiem - przyznałem w końcu - Nie dziwię się. Pozwól że ci to wytłumaczę. - ojciec spojrzał się na mnie, a ja zobaczyłem swoje odbicie w jego okularach - To co zrobiłeś tu. Nigdy nie zdołałem tak dokładnie zakryć uszkodzeń. To miałem na myśli mówiąc "Nie masz już co robić przy tym obrazie". A ty oczywiście postanowiłeś rozwalić do końca nasze drzwi. - A... W takim razie... - Tak dokładnie. W takim razie zajmiesz się dziełem mojego ojca. Zrobisz to lepiej ode mnie i znacząco szybciej. Ja wezmę ramę i przygotuję ją do złocenia. No i oczywiście skończę twój projekt. Jutro, po wyschnięciu powinien być gotowy do odesłania. Ojciec zaczął się krzątać po pracowni. Mój obraz powędrował na półkę z prawie skończonymi przedmiotami. Leżały tam najróżniejsze srebrne i złote ozdoby - zastawy, szkatułki, biżuteria. Wszystko to trafiało do nas w różnym stanie, większość trzeba było porządnie wyczyścić. Tym się właśnie zajmowaliśmy z ojcem. Byliśmy konserwatorami. - Kon... ser... wator? - człek uniósł brew i skrzywił się - To prawdziwa praca? Brzmi jak jakieś oszustwo... - Prawdziwa. Właśnie dzięki temu zarobiłem... zarobiliśmy z ojcem na dom w górnym mieście. Tłok w karczmie nie pozwalał na spokojne prowadzenie rozmowy. Praktycznie krzyczeliśmy do siebie. Mój towarzysz był prostym człowiekiem, którego praktycznie poznałem przed chwilą. Postawiłem mu piwo i zaczęliśmy gadać. Był bardzo uprzejmy, ale niezbyt rozumny. - Zarobiłeś na... Czyszczeniu rzeczy? - Tak. Nie tylko. To praca wymagająca znajomości wielu sztuk. Ojciec studiował je w Laranie, a ja u niego. Jestem też malarzem, rysownikiem. Trochę gram na instrumentach i piszę. - O! Piszesz? A co takiego. - W sumie zazwyczaj to, co ludzie chcą. Czasem ogłoszenia, czasem listy. Raz kopiowałem księgę. - Widziałem taką kopiarnie w klasztorze na kontynencie. Niezwykle nudna praca... - Mi się podobało... Wzruszyłem ramionami i upiłem łyk piwa. Przez chwilę milczeliśmy. Lubiłem raz na jakiś czas wybrać się do karczmy, porozmawiać z ludźmi. Dużo można się było dowiedzieć w takich miejscach, a co ważniejsze - można było tu znaleźć klientów. Wielu z tych bogatszych mieszczan lubiło przychodzić tutaj aby pokazać się uboższym. Wydawali całe mieszki złota, dosłownie rzucali monety na lewo i prawo. Właśnie takich ludzi potrzebowałem. Od śmierci ojca, jedyne co mi pozostało to jego mądrze rozlokowane oszczędności. Większość z nich pochodziła jeszcze z zapłaty od Waymara. Wtedy właśnie przeprowadziliśmy się do Górnego Miasta i otworzyliśmy nową pracownię. Dobrze nam szło, dzięki nowej lokalizacji mieliśmy więcej klientów. Ale potem czasy się zmieniły... Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojego rozmówcy. - To teraz pewnie ci się nie wiedzie, co? - Skąd ta myśl? - Jak to. Ludzie mają problemy, niektóre biznesy ledwo co się trzymają. Wątpię żeby przy takiej sytuacji, ludzie się przejmowali sztuką. - Tak... To prawda. - zdziwiłem się na nagły przebłysk inteligencji, jaką wykazał mój towarzysz - Co więcej, straciłem wiele kontaktów. Ojciec znał wiele osób na kontynencie i innych wyspach. Gdy go zabrakło, zostałem w sumie sam... - Tja. Brzmi jak niezłe gówno. Nie możesz się zająć czymś innym? - Całe życie spędziłem z ojcem w pracowni. Nie wiem co mógłbym robić. Znam się nieco na ślusarce, jubilerce, obróbce drewna. Ale na niczym tak dobrze, żeby się tym zajmować wyłącznie. - A na malarstwie nie da się zarobić? - Ha! Chciałbym! - zaśmiałem się gorzko - Jakby jeszcze komukolwiek w dzisiejszych czasach zależało na obrazach. Zapadła chwila ciszy, oczywiście tylko między nami. W karczmie nawet zrobiło się głośniej, bo własnie tłuszcza wiwatowała na cześć szlachcica, który zdołał podnieść sukienkę jednej z posługujących dziewek. W tej chwili był niesiony na rękach paru lokalnych osiłków, którzy kierowali się z nim w stronę drzwi. Westchnąłem ciężko i wypiłem resztkę piwa jednym haustem. Po raz kolejny wróciłem do domu z niczym. Nie dopuszczono mnie przed oblicze Nicolasa de Herte. Obecnie był chyba jedyną osobą w mieście, która mogła dać mi zarobić. Ze zdenerwowania, trzasnąłem mocno drzwiami od pracowni. Huknęły głośno, a framuga zatrzęsła się wyraźnie. Zamknąłem oczy i westchnąłem głęboko. Szybko zgarnąłem swój przybornik, zgarnąłem pod pachę czyste płótno na ramie i po chwili już szedłem w kierunku bramy miejskiej. Minąłem niewiele osób po drodze, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Prawdopodobnie nawet mnie nie znali. Co innego, gdyby tą ulicą szedł mój ojciec. W jego czasach, kłaniano mu się na ulicach. Ludzie rzucali w jego kierunku dobre słowa, szanowali go, ZNALI GO. Uspokoiłem się dopiero docierając do małego wzgórka, z którego miałem dobry widok na zamglone w oddali góry. Z przybornika wyciągnąłem dziennik, kawałek ostrego węgla którym pisałem, no i oczywiście paletę farb i pędzle. Zacząłem od dziennika. Wyciągnąłem się na trawie i otworzyłem go na ostatniej zapisanej stronie. Był tam niedokończony wiersz, który pisałem w środku nocy, wyglądając przez okno na śpiące miasto. Oczywiście, nie zamierzałem go kontynuować - nastrój kompletnie nie pasował. Przekręciłem na następną stronę i zacząłem pisać. We śnie ujrzałem wyspę pośród morza Chowała się w mgłach i oparach złych Drzewa, jak włócznie wbite w nieboskłon Wyrastały z jądra ciemności Moja łódź tonęła pośród ostrych skał Unosiłem się na falach czarnych wód Których nazwy nie znali najstarsi marynarze A nie czułem nic poza lekką, morską bryzą Zszedłem na ląd, na Wyspy Umarłych Gdzie żaden z żywych stać nie powinien Lecz stałem tam Ja, z żywym błyskiem w oku I w to co ujrzałem, uwierzyć nie potrafiłem Umarłych grono, wśród ciemności drzew Tańczący korowód drwiących z życia Nie mogłem oderwać od nich wzroku Aż ciemne wody obmyły falą me stopy Z weny wyrwał mnie krzyk drapieżnego ptaka. Spojrzałem za nim, podziwiając jak szybuje wysoko, po czym pikuje w dół za zdobyczą. Dopiero po chwili zorientowałem się, że patrzę w kierunku gór, pośród których leży osada Undabar. Zamknąłem dziennik i otrząsłem się. Na myśl o tym miejscu ogarniało mnie przerażenie. Postanowiłem nie marnować chwili i zabrałem się do obrazu. Na wpół leżąc na trawie, uchwyciłem panoramę lasu, zza którego wyrastają góry. Siedziałem na wzgórku to wieczora. Gdy tylko słońce zaczęło zmieniać barwę na pomarańcz, skończyłem pracę. Wracając przez miasto nadal krążyły nade mną jak drapieżne ptaki myśli o krainie umarłych, o Undabarze. Wiedziałem, że tej nocy napiszę więcej na ten temat. Po prostu to czułem.
  4. EternalAtake

    Witam

    Cześć, miło mi Cię poznać, Kaan.
  5. Tales

    Marta

    Dziewczyna urodziła się w środkowej Myrtanie, w skromnej wiosce, wśród ludzi bez wygórowanych oczekiwać. Gdzie pochodzenie nie grało roli, bo każdy był równie nisko urodzony. W małej chatce, na skraju wsi, rozległy się krzyki dopiero co urodzonego dziecka, które mogłyby zwiastować radość, cieszenie się nowym członkiem rodziny. Jednak nie tym razem. Malwina, mama Martusi, zmarła podczas porodu. Był to wyjątkowy cios dla jej ojca, Zenona. Grabarza, który własnymi rękami musiał oddać swą małżonkę ziemi. Na tej opuszczonej przez bogów prowincji Marta nie miała łatwego życia. Wieść o tym, że Malwina nie przetrwała porodu rozeszła się, rzecz jasna, jak to bywa w takich miejscach. Dla wielu było to powodem, żeby patrzeć na nią spode łba. Przez całe dzieciństwo nie spotkała się z szacunkiem ze strony rówieśników, ani społeczności. Nawet w domu nie czuła się dobrze z ojcem, który popadał w coraz większe pijaństwo, co doprowadziło ich do zapaści finansowej. Chcąc zmienić swój los udała się wraz z przypadkowym woźnicą, miłym człowiekiem spotkanym na trakcie, do pewnego miasta, którego nazwa nie wybrzmi w tej opowieści. Tak uciekła z domu, mając zaledwie szesnaście lat. Dotarłszy do miasta, pierwszy raz w swoim życiu, odczuwała zachwyt. Zeskoczyła z wozu i udała się do kilku prosperujących karczm, jednakże nie potrzebowano w nich żadnej dodatkowej pracownicy. Tak, gdy infantylne plany młodej, lekkomyślnej dziewczyny zawiodły, nastała noc. A ona nadal była w tym mieście, nadal ze skromną torbą przewieszoną przez ramię, nadal w skromnych ubraniach, które komicznie wręcz kontrastowały z najpodlejszą szatą ubogiego garncarza. Marta zatrzymała się na ławie, w południowej części miasta. Przyglądała się ludziom nocy, takim którzy dawali po sobie poznać, że dopiero zaczynają.. Aż jeden z takich ją przyuważył. I pewnie, bo jak inaczej podejść do takiej biednej osoby, podszedł i rzekł: "Co taka piękna panna robi o tej porze?" Pytanie niby retoryczne, a jednak nie. Zależy od strony, która z jednej zobaczyła dziwkę, a z drugiej cierpiącego mężczyznę. Obie perspektywy równie błędne, co prawdziwe. Marta poszła z mężczyzną, który obiecał jej cieplejsze łóżko od drewnianej ławy. Była również głodna, bo żal jej było odbierać resztki jedzenia z domu staczającego się ojca. Następne miesiące minęły względnie szybko. Świętowała siedemnaste urodziny z przyjaciółką, Laylą. Był to też dzień w którym zdradziła jej dlaczego mieszka sama. Że jakoby nie posiada żadnego pochodzenia, a piękna izba w mieście nie wzięła się znikąd. "Puszczam się."- powiedziała z wyraźnym przyjęciem na twarzy, a później historia sama się opowiedziała. Layla znała Martę na tyle dobrze, by potrafić ją czuć. Wiedziała też czego jej brakuję. Potrafiła jej to dać. Dlatego w jej siedemnaste urodziny przestały się przyjaźnić. Pokochały się, a Layla spędzała z nią noce, bo chciała być przy niej. Prawdą jest, że Marta pośród swoich wszystkich bóli i zawiłości losu mogła poszczycić się urodą, która była wyjątkowa. Wyjątkowy błękit, niczym toń czystych wód w jej oczach miał głębię większą, niż typowa u zjawiskowych kobiet. W jej oczach panowały emocje, pewne rozbicie i smutek, którego nie można określić jednym spojrzeniem. A blond włosy, delikatne w dotyku. Jakby były reprezentacją całego jej ciała. Szczupłej, lekkiej, przywołująca skojarzenie z powiewem wiatru, który delikatnie muska twarz, jak dłoń Marty muskała szyję Layli przed pocałunkiem. Nic nie trwa wiecznie, nawet miłość, a zwłaszcza miłość. Chociaż ta, była równie wyjątkowa, co jej historia. Być może dlatego trwa nadal?Marta zadaję sobie czasem to pytanie, ale nie myśli o sobie. Myśli o niej. I ukrywa emocję pod kolejnymi dawkami narkotyków, która zaczęła zażywać coraz częściej od kiedy Layla wyjechała do innego miasta. Obie były młode, jednak Layla była mniej niezależna. "A może nie chciała być?" Pomyślała Marta siedząc w oknie i obserwując krople deszczu, zatrzymane przed jej twarzą. Zażyła kolejną dawkę i zasnęła. Z przykrością spędzała dziewiętnaste urodziny bez nikogo. Starała się nie myśleć o tym wydarzeniu. Ale miała sen, retrospekcja przeniosła ją o równe 2 lata. Widziała Layle. Widziała siebie. Widziała kim była i kim mogła się stać, a później zbudziły ją uderzenia ćwieków o drzwi do jej izby. Ubrała się w pośpiechu ale nie wyszła. Nie mogła. Niedługo potem, podczas pewnej nocy, utraciła świadomość pod wpływem silnych używek. Zbudziła się na statku, który jak się później okazało miał już za sobą kawałek drogi, a kursował na Archolos. Beznamiętnie przyjęła to do wiadomości. Obojętność po substancjach psychoaktywnych nie jest żadnym nowym odkryciem, jednakże w jej przypadku chodziło o coś jeszcze. O brak czegokolwiek w poprzednim życiu, za czym mogłaby tęsknić. Tak więc rzucona w wirze losowych wydarzeń nie myślała wracać do Myrtany. Osiadła w Wiltmarku, a jej historia pozostanie nieznana...
  6. kox kp to prawda super mi sie czytalo
  7. Okiennice jak zwykle odsłonięte od poranka, otwarte na oścież, wpuszczając nieco powiewu świeżości do tej naprawdę pokaźnie oświetlonej sali. Tu świece, tam kinkiety, a na specjalnych pulpitach kilkanaście rodzajów ubrań różnego kroju, koloru i - co najważniejsze! - wyniosłości. Nie ulega wątpliwości, że szyld ponad wejściem głównym nie kłamał - oto zakład krawca. Wszyscy dobrze wiedzą, że od już naprawdę pokaźnego kawału czasu pracownię tę oblega protekcją jedna z tych przedwiecznych, wielopokoleniowych rodzin, które mają w mieście od groma do powiedzenia i trzymają w garści jakiś bardzo dochodowy biznes. I zresztą tutaj stereotyp sprawdza się... No, SPRAWDZAŁ, bardzo dobrze. Może i Soranzo kiedyś cieszyli się większą sławą, wpływami i bogactwem, które teraz bardzo wyraźnie starają się przywrócić, ale wciąż trzyma ich sentyment mieszkańców, kierowanie różnymi profesjami i - tutaj definitywnie najistotniejsze - nieprzerwany zarząd domem aukcyjnym, który jest dla miasta jak rzeka złota. A jego właściciele i kierownicy bardzo skrupulatnie pilnują, by ten wodospad monet płynął nieprzerwanie. Próg komnaty z leciutkim skrzypem otworzył się - czas na wejście kolejnego klienta. Szybki rzut okiem na poszczególne stanowiska i widać, które z tych strojów są dla byle mieszczan, a które dla najwyższego stanu szlachty. Ilości zdobień nie powstydziłby się zapewne sam król, a skoro nie zrobiłby tego on, to magnateria już z pewnością! Człek czasem coś poprawi wąsa, najwyraźniej czekającego grzecznie na przycięcie, czasem zmieni włóczkę, czasem coś odetnie, czasem krzyknie "IGŁA! Podaj dłuższą igłę!". To wcale nie jest takie dziwiące, jak dla zaprawionego w swoim fachu krawca. Czeladnika jednak ni widu, ni słychu, tak jakby właściciel mówił, ba, nawoływał, sam do siebie. Może liczy, że drugie wcielenie poda mu żądany przedmiot?... Chwila, chwila. Na ladzie nie ma dodatkowych igieł. Skąd on ma nową? Wypadałoby, by klient w końcu skończył z powoli obmierzłą już obserwacją. Tak, to ten czas, gdy trzeba podejść do lady. Rozmowa się rozpoczyna, Pablo wskazuje palcami kolejno różne dystyngowane stroje, opisując ich rozmiary, materiały aż końcowo przechodząc do ceny. Kilka z nich to jeno proste stroje, typowe dla mieszczan, inne - jak zresztą już było mówione - celujące w większe wymagania kmieci. A im dłużej przyglądać się jego dłoni, tym bardziej odznacza się na niej charakterystyczny sygnet. On nie pozostawia wątpliwości ani trochę - właściciel najwyraźniej sam w sobie pochodzi ze sławetnego, mniej lub bardziej, rodu Soranzo. I zdaje się, że to właśnie jeden z tych starszych, bardzo wspierający napęd domu aukcyjnego. Chwila ciszy, przerwana nagle przez miękki dźwięk jakiegoś dostojnego stroju, rzuconego na ladę... z podłogi? Sytuacja potrzebowała kolejnych paru sekund, by odsłonić wszystkie karty tej mylącej konsternacji. Co poza nią jest właśnie najdziwniejsze - wszak każdy w mieścinie choć z widzenia zna już tego stwora, który jeno po dwóch próbach zdołał wczłapać się na ladę i na niej usiąść, nawet spojrzeniem uwagi nie zwracając na nowo- mimo że jest tu już od paru minut -przybyłego. W końcu wszystko jasne, w każdym razie dla klienta obarczonego brzemieniem niepamięci; chwila skojarzeń i rychło połączone zostały wspomnienia o nadprogramowym pomocniku tutejszego krawca, choć niektórzy zwykli nazywać go ledwie maskotką. Faktyczny czeladnik gdzieś najwyraźniej wybył, może po brakujące materiały, więc co rusz różne rzeczy znosi właścicielowi tamtejszy goblin. Wielu już dziwiło oczy, dlaczego nie biega z kijem i nie tłucze wszystkich po łydkach imitując trolla, warcząc jak wilk i żrąc wszystko niczym szczur. I pewnie spoza kręgu zainteresowań samego właściciela nie dowie się tego nikt. Grunt rzeczy jest jednak taki, że stworzenie to jest w pełni... No, w każdym razie w dużym stopniu, nauczone różnych poleceń, by nie atakować każdego napotkanego motyla i przy okazji pomagać w zakładzie. Teraz wygląda na to, że przyniósł jakiś strój, podsumowany przez Pabla jako "idący na aukcję". To, mimo lekkiego zdziwienia z początku, bardzo cwany myk. Z racji działalności kompanii handlowej różne rzeczy tworzone przez profesjonalistów cechów, typu właśnie krawca, są co jakiś czas przekazywane domowi aukcyjnemu. Kto da więcej, ten ma szansę całkiem okazyjnie nabyć nowe odzienie. Lub miecz, lub łuk, lub sakwę, lub kolekcję skał. Kto wie, co pojawi się na kolejnej licytacji.
  8. Wczoraj
  9. Aplikacja zaakceptowana.
  10. Durel

    [Karczma] Harpie Gniazdo

    Aplikacja zostaje odrzucona.
  11. Durel

    [Winnica] Czarna Róża

    Na prośbę użytkownika, temat przeniesiony do archiwum.
  12. Ostatni tydzień
  13. Aplikacja zaakceptowana.
  14. Noclegownia jest miejska.
  15. Leonidas

    ✅[Kasyno] Diament Wiltmarku

    Aplikacja przyjęta.
  16. Leonidas

    ✅[Karczma] Tunelowy Bulgot

    Aplikacja przyjęta.
  17. Hansen

    Witam

    Hej, Kaan 😉❤️
  18. michalkox98

    [Winnica] Czarna Róża

    Piękna ilustracja <3 :)
  19. Obecny skład rodziny Delarosa - od lewej siostrzeniec Francisco; głowa rodziny - Sergio; siostra Elena i córka Lorena Ta opowieść rozpoczęła się wiele lat temu; na długo przed tym, jak Lady Madelyn wkroczyła między strzeliste wieże Wiltmarku, by sprawować nad nim swą światłą władzę. Historia ta zawiera w sobie przykład tego jak człowiek, który wraz z połogiem otrzymał tak wiele dóbr doczesnych i przezeń postradał rozum. Hrabia Gaspard Delarosa - bo to o nim mowa - był mężczyzną z pozoru oświeconym, bogobojnym i rozsądnym. Jednak pod swoją skórą, śliską niczym wężowa, skrywał postać gnuśną, pyszną i lekkoduszną. Włości rodziny Delarosa, nad którymi pieczę sprawował ów mąż, były bowiem liczne zaś wrota skarbców z trudem utrzymywały w ryzach przechowywaną fortunę. Folwark zdecydowanie nie był jednym z największych na Wyspach, ale należał niewątpliwie do tych najpiękniejszych. Zapytacie może, czymże rodzina ta trudniła się w swej codzienności? Sztuką znaną w całym świecie, z której słynie Archolos - winiarstwem! Receptury ich były utrzymane w ścisłej tajemnicy, a przednie trunki powstałe w znoju prac zachwycały bukietami smaków niejednego smakosza. Historia ta jednak miała być o rodzinie Delarosa, dlatego więc pora wrócić do Gasparda, zwanego też przez niektórych „Szatanem spod znaku Róży”. Cny hrabia, jak już wcześniej wspomniałem, nie był człowiekiem bogatym w ogładę. Większość czasu swego spędzał na degustacji swojego przedniego wina, zamiast na zarządzaniu polami dorodnych winogron i doglądaniu produkcji trunków. Legendarne upodobania do alkoholu owego jegomościa to do dziś historia, o której lubią szeptać mieszkańcy Wiltmarku. Jeno dzięki swej żonie Gaspard nie roztrwonił dorobku swoich przodków. Jednak i to zmieniło się potem, a miasto utraciło najlepsze wina na Archolos. Żona, jedyna ostoja opuściła go niedługo potem, nie mogąc znieść nowych, nieokiełznanych zachowań męża. Uciekła pod osłoną nocy i słuch po niej zaginął. Brak stanowczej, żelaznej ręki skutecznie hamującej owego mężczyznę w jego hulankach rozpoczął powolny proces upadku rodziny. Gry w kości, wizyty dziewek lekkich obyczajów i wiele mniejszych grzeszków stanowiły kilka małych kamyczków rzuconych w dół góry nieszczęść. Lawina niedoli przybierała na sile, bo niedługo hrabia popadł w długi, a to zaś doprowadziło do wizyt u lichwiarzy. Przez to zaś folwark, niegdyś znany z bogactw, z każdą wiosną podupadał, by w końcu stać się punktem zapalnym dla czekającego fatum. Hrabia Gaspard powracając z jednej ze swych nocnych wojaży w dzikim szale, z powodu bliżej niepoznanego całej rodzinie, złapał za pochodnię i ruszył wojować z budynkami folwarku. Chociaż niestrudzonym był on wojownikiem - przynajmniej po solidnej dawce trunków - i choć pola bitwy ustąpić nie chciał to prędko ostudzono jego samobójcze zamiary. Bez strat się jednak nie obyło. W szalejącym pożarze rozpętanym przez gospodarza, z dymem poszła biblioteka rodowa, a wraz z nią wszystkie kroniki, zapiski i księgi, a co najtragiczniejsze wszystkie receptury, które rodzina doskonaliła od wielu lat. Hulanki hrabiego, chociaż nie ustały, nie trwały długo albowiem niespełna dwa miesiące później zmarł on we własnym łożu. Otoczony winem i dziewkami mężczyzna odszedł z przyczyn, które miejscowy cyrulik raczył określić słowami: „Za szybko chłop żył, to i szybko odszedł”. W ustach tłuszczy dalej krąży plotka, że to któreś z dzieci pomogło ojcu i patronowi rodu dokonać żywota, lecz prawda pozostaje tajemnicą. Jest to jednak historia o rodzinie, więc i przyszła pora przedstawić tego, kogo zostawił po sobie niesławny Gaspard Delarosa. Syn pierworodny o imieniu Sergio, który to do dziś piastuje pieczę nad - teraz już sporo uszczuplonym, ale dalej mimo wszystko znacznym - majątkiem rodu. Drugi syn rodu - Santiago - przebywał przez swoje życie w cieniu i tak też odszedł pozostawiając po sobie na pastwę okrutnego losu małżonkę Elenę. Powód jego wiecznego spoczynku pozostaje zagadką aż do dziś. Córa Gasparda, której imię nadano Luiza była osobą, dla której nasze piękne kwitnące Archolos okazało się zbyt małe. Za męża przybrała sobie ona podrzędnego powsinogę, który to oczarowując kobietę podróżami i wspaniałymi przygodami, porzucił ją potem, z dzieckiem na ręku gdzieś daleko od rodzimych stron. Jedynym dobrem, jakie wynikło z tego - pożal się Innosie - związku, był syn o imieniu Francisco. Plotki dobrych ludzi, które na targowiskach można usłyszeć głoszą, iż przybył on niedawno na rodzinne Archolos z woli swego wuja, głowy rodu. Wreszcie nadeszła pora, by wspomnieć w tej historii pewne słowo o nowej głowie rodu Delarosa. Sergio jest przeciwieństwem swego ojca – niczym Innos z Beliarem różnią się cechami swoimi obydwaj. Uwalniając ród od długu, sprzedał część włości; folwark i sąsiadujące z nim pola winorośli, by go uregulować. Chcąc również zmazać z siebie i rodziny plamę rozpusty, zrzekł się tytułu szlacheckiego, bowiem i ten renomą złą do cna był przesiąknięty. Rodzinie pozostała teraz zatem jedynie dosyć ciasna winnica w sercu wyspy, wspaniałym mieście Wiltmark. Nie żyją oni co prawda niczym myszy kościelne z powodu swojego ubóstwa, lecz znanym faktem powtarzanym przez przedsiębiorczych obywateli wyspy jest to, że jedni mają poglądy, a inni interesy. Prawdą jest także w przypadku Sergio, że chce on przywrócić blask, honor i poważanie, tak dawno utracone niegdyś przez jego ojca. I choć nie tak dawno temu również owdowiał, nie złamało to jego zapału. Wraz z córą Loreną i wdową po zmarłym bracie Eleną działa on znów, eksperymentując z produkcją winnego trunku. Sam Sergio zaś wierzy, że tylko ciężką pracą można zdobyć każdą pożądaną sobie rzecz, choć jego jedyna potomkini jaką po sobie pozostawił, niefrasobliwy kwiat tejże rodziny, pomimo swej pomocnej ręki w rodzinnym interesie, zdaje się przekładać własne potrzeby ponad marzenia ojca. Tu jednak urywa się ta snuta opowieść, bowiem sama szanowna rodzina Delarosa i ich wola zadecyduje, jak się ona skończy. Kiedy czas pozwoli, znów powrócę, by słowo o nich wam przekazać, a i opowiedzieć co nieco o historii wysp tych naszych wspaniałych. Teraz chwili odpoczynku zażyć mi się należy i winem się uraczyć, ku czci Bogów i wysp Archolos rzecz jasna!
  20. Kaan

    Cześć :)

    Po wielu miesiącach odpowiadania na natarczywe pytania zadawane przez Lexę, rzecz jasna na temat startu Elisium, jestem pierwszą osobą, jaka cię powita. No więc witam. Cześć! Wreszcie przybyłaś, moja królowo. Nie mogłem się doczekać!
  21. Lexa

    Cześć :)

    Po wielu miesiącach namawiania mnie przez Kaana na grę zgodziłam się. No więc jestem. Cześć! : )
  22. Madbowski

    ✅[Karczma/Gospoda] Zgon

    Po jakimś czasie właściciel karczmy "Zgon" Sejki postanowił ,że odpocznie od tego miejsca i od miasta. Wyruszył więc w podróż daleko stąd. Nie zdradził gdzie wyrusza lecz powiedział ,że prędko nie wróci. Sejki powierzył pieczę nad karczmą Gerduinowi,który jako jeden z niewielu trwał przy nim do końca, wspierając go w trudnych momentach oraz pomagając mu zarządzać przybytkiem. Rdzawobrody, po odejściu poprzedniego właściciela zabrał się od razu za tawernę. Najpierw wyrzucił pracowników ,których zatrudnił Sejki, to też brali oni za dużo pieniędzy,byli mało produktywni a Gerduin nawet ich nie lubił, tym bardziej im nie ufał. Następnie zwołał kilku swoich dobrych i godnych zaufania znajomych. Nie byli to może wykwintni i majętni ludzie lecz wiedział ,że takich mu potrzeba. Zatrudnił kilku w karczmie jako ochroniarzy a jednego z nich wrzucił na stanowisko szynkarza. Znał ich możliwości i zdolności. Potrzebował twardych ludzi ,którzy nie będą bali się maczać palców w machlojkach i tym podobnych rzeczach. Nowy właściciel powoli wprowadzał swoje modernizacje oberży w życie, bowiem chciał zmienić kompletnie obliczę karczmy "Zgon". Teraz jego jedynym celem nie był już powrót do ojczyzny ,z której pochodzi ale wzbogacenie się na tyle ile to możliwe i osiedlenie się w Wiltmark na stałe, skąd mógłby zarządzać swym przybytkiem. Pod wpływem czasu Gerduin stał się pazerny i chciwy. Był wszędzie tam gdzie można było coś zarobić/dostać. Najważniejszą rzeczą, jak i celem dla Rdzawobrodego stały się pieniądze. Był w stanie nawet zejść na drogę przestępczą by wpadło do jego sakwy kilka nowych złotych monet. Wraz ze swoją nową brygadą dążył przede wszystkim do tego by karczma "Zgon" stała się centrum dolnego miasta. Chciał on zdobyć wpływy i władzę w biedniejszej części aglomeracji, by to on i jego ekipa nieoficjalnie mieli prawo głosu w ważnych sprawach dla społeczności plebejuszy, ludzi mniej majętnych,prostaków i innych tego typu degeneratów. Chciał pobawić się w "króla" biedoty, spróbować nowych smaczków. Z obłąkanego i zdezorientowanego człowieka zmienił się w totalnego ciemiężcę, despotę bez skrupułów.
  23. A więc tak... Mój pierwszy raz... Miałem wtedy może z czternaście lat, byłem jedynym czarnym majtkiem na statku pewnego starego kupca. Dziad był strasznym sadystą i nie ukrywajmy - rasistą. Wszyscy niżsi rangą marynarze wiedli na jego szalupie psi żywot. Na moich oczach, codziennie ktoś nie wytrzymywał. Komuś załamywały się plecy pod ciężarem przenoszonych towarów, ktoś spadał z olinowania czy rzucał się za burtę, próbując uciekać. Starucha to zawsze bawiło, podobno nawet prowadził dziennik kto, jak i dlaczego zmarł. Nie dziwne chyba, że wszyscy chcieliśmy się go pozbyć. Był jednak pewien problem - dwumetrowy problem o wielkich barach i z bardzo ostrym toporem. Przyboczny naszego kapitana. podobno nordmanczyk, ale nigdy nie widziałem nikogo podobnego do tej bestii. Dlaczego ktoś taki trzymał się boku jakiegoś reumatycznego wypierdka? Nikt z nas nie wiedział. Chodziły słuchy, że jest niewolnikiem, albo po prostu stary go dobrze opłaca. Było w nim coś szczególnego, coś co sprawiało, że w pierwszej chwili nie zauważało się jego postury. Nie miał nosa. Na środku jego twarzy czerniały dwa, niesymetryczne otwory, krwistoczerwone, pokryte siecią żył. Wyrastały z nich pojedyncze włosy o barwie świeżego siana. Powód, dla którego pamiętam ten szczegół tak dobrze jest prosty. To ja bowiem wbiłem w jeden z tych otworów nóż. Tak... To był pierwszy raz kiedy kogoś zabiłem. Nie myślcie o jakiejś wielkiej walce, siłowaniu się czy unikaniu jego potężnych uderzeń. Zwyczajnie podszedłem i to zrobiłem. Nie wiem czy zrozumiał co się dzieje, zanim moi kompani rzucili się na niego. Skończył jako kupa mięsa rzucona rybom. Po buncie staliśmy się bandą podrzędnych piratów. Nie było wśród nas kapitana, nie było żadnej organizacji. Jakiś czas szwendaliśmy się po morzu, napadając na jakieś statki dla uzupełnienia zapasów. W końcu jednak straciliśmy dobrą passę i musieliśmy zejść na ląd. Ruszyliśmy ku najbliższej wyspie mając nadzieję, że uda nam się tam spieniężyć towary, które zdobyliśmy. Oczywiście ominęliśmy port. Spuściliśmy kotwicę niedaleko brzegu, a do miasta przerzucaliśmy towary małą łódką. Na jednej z takich eskapad, zostaliśmy przyłapani. Nie było szans na ucieczkę. W ten sposób trafiłem do więzienia. Jako dzieciak nie byłem traktowany poważnie. Musiałem zyskać szacunek i wpadłem na jeden pomysł. Muszę przyznać, miałem już wtedy wyobraźnię, nie ma co. Używając tylko drewnianej łyżki, którą uprzednio naostrzyłem na ścianie, zdołałem pozbawić życia tego, który najwięcej ze mnie drwił. Gdy już leżał pod moimi nogami wykrwawiając się z dziury w szyi, wpakowałem mu parę dźgnięć w brzuch po czym wbiłem drewniany kołek w jego oczodół. Znaleźli go tak po paru godzinach. Strażnicy nawet się nie przejęli. Wytargali jego ciało i zmyli nadmiar krwi. Współskazańcy natomiast byli nieco bardziej emocjonalni. Część obwiniała się nawzajem, część miała to głęboko. Moi dawni kamraci spoglądali na mnie ukradkiem. Nie afiszowałem się z tym zbytnio. Wystarczyło mi to, co zyskałem w ten sposób: spokój. Nie miałem okazji do zabijania przez długi czas potem. Miałem wtedy może ze dwadzieścia lat, nie więcej. Od wyjścia na wolność pływałem bez celu na statkach wykonując wszelkie prace. Co zarobiłem, przepijałem albo wydawałem na ubrania. Nie opływałem w luksusy i na nich mi nie zależało. Los w końcu zadecydował i skończył to spokojne życie. Zaciągnąwszy się jako tragarz na okręt kompani kupieckiej, nie wiedziałem, że w owej kompani trwa walka o władzę, która na morzu przerodziła się w regularną wojnę. Z początku jakoś nie zdziwiła mnie ilość zbrojnych i wysoka jakość ich ekwipunku. To, co wyrabiały te odziały nie mieściło mi się w głowie - przynajmniej wtedy. Przez miesiąc czy dwa, przez które z nimi trzymałem, widziałem więcej mordów, gwałtów, egzekucji czy rabunków, niż przez resztę mojego życia. Na porządku dziennym było wycinanie w pień osad rybackich płacącym haracz nie tym co trzeba czy podpalanie mniejszych wysp w całości, aby nie nadawały się na kryjówkę. Dla mnie jednak najbardziej przydatne okazały się abordaże. W ich trakcie cała załoga była mobilizowana. Po pewnym czasie przestałem mieć zahamowania. Najemni żołnierze polubili mój zapał, zaczęli mnie trenować w wolnych chwilach. W portach przerzucałem towary, w trakcie rejsów ćwiczyłem walkę pod okiem weteranów. Może nawet zdołałbym wówczas porzucić pracę tragarza na rzecz zostania najemnikiem, ale... No właśnie, "ale". Prywatna wojna wyraźnie nie podobała się lokalnym władzom. Często wchodziliśmy w spory, ale nigdy nie doszło do walk. Największe utarczki przechodziliśmy z okrętami pod banderą Królestwa Myrtany. Pewnego razu mijając jeden z ich okrętów zasygnalizowali nam rozkaz zatrzymania statku. Nasz kapitan oczywiście odmówił. Skończyło się ostrzałem artyleryjskim i wyławianiem wszystkich poza najemnikami z wody. Do żołnierzy strzelano z kusz, upewniając się, że nie przeżyją. O dziwo mnie i kilku innym tragarzom udało się sprzedać królewskim wojskom historię o tym, że jesteśmy niewolnikami i nas uratowali. Obecny na pokładzie sierżant stwierdził, że w takim razie powinniśmy wstąpić w ich szeregi. Jako jedyny na to przystałem i jako jedyny nie zostałem zakuty w kajdany i sprzedany na najbliższej wyspie. Miałem dwadzieścia parę lat, postawną budowę i całą kolekcję przeróżnych blizn. Przed jakimś czasem skończyłem służbę w wojsku. Ominęły mnie walki z orkami, podboje Varantu czy inne podniosłe wydarzenia. Byłem prostym żołnierzem na małym statku pilnującym dróg handlowych przed piratami. W ten sposób uratowałem pewnego kupca, który w zamian dał mi list polecający do rodziny niejakich Soranzo z Archolos. Prawdę mówiąc zapomniałem o tym papierze do chwili, gdy pakowałem się przed opuszczeniem statku. Nie mając nic innego do roboty, postanowiłem dostać się na wyspę i uzyskać obiecaną przez kupca nagrodę. Nie wiedziałem co to będzie, liczyłem na gruby sztos monet i dobre wino. Na miejscu jednak zostałem wcielony do prywatnej straży bogatego rodu. Pracowałem u boku samego Marcella, wpierw w jego domu aukcyjnym, a potem już przy coraz mniej oficjalnych sprawach. Stary mnie lubił i szanował, szczególnie za moją gotowość do robienia wszystkiego, czego potrzebował. To były czasy. Nosiłem zawsze świeże ubrania i miałem zawsze błyszczącą broń. Sprawy pogorszyły się dopiero, gdy władzę zaczęli przejmować jego potomkowie. Znałem ich, żyłem wśród nich i prawie całe ich życie byłem na ich usługach, dlatego nie chciałem ich opuszczać. Postanowili więc stworzyć organizację, którą szumnie nazwali Gwardią. A ja oczywiście zostałem Gwardzistą...
  24. Wifre

    Giorno Moretelli

    Szkoda, ż3 nie wystartuje
  1. Pokaż więcej elementów aktywności
×
×
  • Dodaj nową pozycję...