Skocz do zawartości

Arthas

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    19
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

49 Neutralny

Ostatnie wizyty

456 wyświetleń profilu
  1. Arthas

    Bry

    Witaj! Ja i moi ludzie jesteśmy zaszczyceni Twoją wizytą.
  2. Czymże jest szczęście? Chłopak który zainteresował się tym miejscem prawdopodobnie by nigdy się nim nie zainteresował, jednak gdy Twoim życiem rządzi los… wszystko się może zdarzyć prawda? Rozłam spowodowany śmiercią pewnych ważnych osób, a także magiczne kostki, które kierowały jego życiem. Ace kierując się do górnej karczmy spojrzał na budynek krawiecki, który stał pusty. – A gdyby tak zostać krawcem? Zadał sobie to pytanie, po czym jego ulubiona zabawka była już w jego dłoni. Zdecydował, że wykorzysta najbardziej ryzykowny manewr jaki tylko mógł. Wybrał swoją ulubioną liczbę oczek na sześcian, który towarzyszył mu przez całe jego życie, o jaki numer chodziło? O nic innego jak piątkę. Blondyn podrzucił kosteczką w dłoni, a następnie ją upuścił na brukowany podest. Jego serce zaczęło bić szybciej z każdą chwilą, poczucie ryzyka dawało mu uczucie euforii, oddech stał się płytki i nie mógł wrócić do normy. Całe ciało zaczął oblewać pot, a dłonie zadrżały. Ta odbiła się kilkukrotnie od posadzki, wyskakując kilka razy do góry. Każda sekunda wydawała się trwać tyle co jedna godzina. Spadła wprost przed drzwiami zakładu, co było już samo w sobie dziwne, a gdy nasz bohater podszedł prosto pod owe wrota i spojrzał na kość jego twarz momentalnie zrobiła się blada. Oddech się zatrzymał, a cały świat stanął w miejscu. Chłopak zwany losem upadł na kolana, podnosząc swoją zabawkę z ziemi, aby następnie unieść ją wysoko ku niebu. – Cholera! Fatum?! Czy Ty robisz sobie ze mnie żarty? Ja, ja mam zostać krawcem? Czy może Ty Fortuno wystawiasz mnie na ciężką próbę otwierając mi drogę do wielkiego bogactwa? Dobre złego początki... Bogowie zadecydowali o początku nowej drogi, którą miał obrać hazardzista, oczywiście nie miał zamiaru rezygnować ze swoich działań, które do tej pory prowadził, a co ważniejsze ze swojego nałogu, który napawał jego ciało uczuciem uniesienia. Skorumpowany zachciankami swoich bogów udał się do slumsów, zakupił u handlarza kawałek papieru, atrament i pióro. Westchnął ciężko, siadając przy stole zaczął kreślić coś po pergaminie. Nim miał zabrać się za prowadzenie własnego biznesu, który wydawał się być dochodowy, jednak był do niego sceptycznie nastawiony musiał wymyślić nazwę. Tym oto sposobem na kartelusze powstawało kilka nazw, które mógł przyjąć zakład, w tym oto momencie żadna z nich nie pasowała mu na jego nowe miejsce pracy. Aż do momentu gdy spojrzał na swoją szpadę. – Szpada… Igła… Szpada… Igła… Szyć? Zaczął powtarzać pod nosem. Wtedy gwałtownym ruchem skreślił wszystko, co do tej pory zanotował, a papier przyozdobiła nowa nazwa – „Przeszywająca Igła”. Mając już pomysł na nazwę swojego nowego miejsca pracy, ukrył zwitek papieru w swojej sakwie, a następnie wyruszył wprost do miejskiej biblioteki. Iskrzące paluszki... Wertując księgi poszukiwał informacji, o sztuce szycia, łączenia materiału z jednym i drugim. Dla człowieka zręcznego opanowanie czegoś takiego nie powinno stanowić większego problemu prawda? Jednak… czy, aby na pewno? Szukając informacji w manuskryptach odpowiedzi na swoje pytania, starał się zrozumieć istotę tego zawodu, aby poznać go od samej podszewki. Zrozumieć jak ma układać dłonie, jak ma prowadzić czubek igły, aby zadowolić potencjonalnego klienta. Ile mu to zeszło? Nie potrafił zliczyć godzin, które na tym stracił, jednak był pewien tego, że jego wiedza teoretyczna jest na odpowiednim poziomie, aby mógł spróbować praktyki. Zebrał niezbędne materiały, aby spróbować wykorzystać swoje nowe zdolności manualne podczas działań. Jeżeli tylko mu się to udało… podniósł głowę wysoko do góry, kierując się do bram urzędu miasta, aby zarejestrować swoją działalność. Jaki będzie tego efekt kto wie, a kogo przeszyje przeszywająca igła? To także dobre pytanie. Cze przeszywająca igła kogoś przeszyje?
  3. Arthas

    ✅ Trzecia Ręka

    Poproszę w takim razie o stworzenie podforum gdzie temat będzie "ukryty" lub na hasło. Dostosuje się do tego co mówi Valeran. Co do zaproszenia, jeżeli ktoś IC znajdzie kogoś kto mu da szansę na wejście to nie widzę przeszkód.
  4. Arthas

    ✅ Trzecia Ręka

    No, nie ma z tym problemu, że Ci co tam coś robili, robili sobie to dalej. Nikt nikomu nie ma zamiaru w drogę wchodzić. A, jak jest coś odegranego więcej to muszę info dostać bo Valeran tylko o kuźni wspomniał.
  5. Prawdziwe oblicze hazardu... Czymże jest życie w obliczu ryzyka? A może pytanie powinno brzmieć czym jest życie bez ryzyka? To pytanie powinno być zostawione temu kto to czyta, moją ostatnią wolę, moje przysłowie żale, moje przeżycia, moje… cholera dość tego, bo smętnie się robi. – w tym miejscu charakter pisma uległ zmianie, stał się o wiele bardziej koślawy, nierówny, a co z tym idzie nieczytelny do końca. – Nie ma rzeczy, której nie można postawić w kości, karty, ruletce czy chociażby innej grze opartej na tak wielkiej losowości. Właśnie ta losowość zawsze dawała mi uczucie spełnienia, już od dziecka widząc jak ktoś gra w Black Jacka, moje serce zaczynało walić jak dzwon. Hoo… ogromne stawki? To było to, jednak złoto bywało nudne. Rekwirowanie majątku, ucięte palce, wybite oko, nóż między żebra… to były gry, które napędzały moją dziecięcą świadomość. Właśnie przez nie stałem się tym kim jestem niczego nie żałując. Widząc jak grają inni, prawdziwi zapaleni krętacze, którzy stawiali swoje życie na szali podczas rozgrywki było inspirującym doświadczeniem. Po dziś dzień pozostało mi wiele wypowiedzi w głowie, które wypowiadali. „Włączmy naszego maniaka hazardu!” „Pokaż mi, co to znaczy ryzykować!” Tak, nikt nigdy się nie wycofał, Ci ludzie grali dla samej gry nie dla korzyści materialnych. Tak… tak samo było ze mną! Zagrałem o swoje życie, a co mnie w zmian spotkało? Podłożenie się ze strony drugiej osoby… pamiętam co do niej powiedziałem. „Hazard jest zabawą, ponieważ oboje odczuwajmy ból jednocześnie. Dlaczego więc starałeś się, abyś sam poczuł ból w tej grze? Nie lubisz hazardu. Po prostu chcesz umrzeć. Jesteś osobą, której najbardziej nienawidzę. Mówiąc szczerze… wkurzasz mnie.” Wtem to oponent mój w chwili rozpaczy zaproponował mi kolejną ryzykowną igraszkę. Miałem mu oddać wszystko, co miałem, wtem on oferował mi łódź i wysłanie mnie w morze. Gdzie trafię i przeżyje to czysty kaprys losu… prawdopodobnie ten, kto to czyta znalazł mój list. Jeżeli udało mi się przeżyć… za pewne nadal leży pod kamieniem w polu, czy ktoś go znajdzie czy też nie, to czysta niewiadoma! ~ Ace
  6. Arthas

    ✅ Trzecia Ręka

    Trzecia Ręka Trzecia ręka, owe ugrupowanie, powstało aby połączyć siły, wszystkich tych których nikt nie chce. Wszystkich tych którymi ludzie pomiatają oraz wszystkich tych którym w życiu się nie potoczyło. Ludzie Ci skierowani brakiem akceptacji w społeczeństwie lub z własnych prywatnych pobudek, zmuszeni zostali do zejścia w mroczne, cuchnące i niebezpieczne miejsce. Zwane potocznie kanałami Witlmarku, wśród śmiałków lub szaleńców, jak zwał tak zwał. Można wśród nich znaleźć trzy grupy, na czele których stoją „królowie” którzy decydują o losach całego miejsca, w którym żyją. Mianowicie mowa o tutaj żebrakach, artystach oraz kuglarzach. Każdy mieszkaniec kanałów zawsze podlega pod jednego z nich i to właśnie przed nim odpowiada jeżeli zrobi coś przeciwko dobru ogólnemu. Trzeba zaznaczyć, że owi ludzie nie są mordercami. Jeno zwykłe szumowiny, stroniący od pracy i Ci, co zostali zmuszeni aby pchnąć swoje życie do bram ubóstwa. Trzech króli... jedna ręka, jaka będzie z tego puenta? Kuglarze… Jeden z odłamów podmiejskiej organizacji zamieszkującej kanały. Co można o nich powiedzieć są to głównie ludzie tajemniczy, skryci w sobie, bardzo często posiadający jakieś cechy, które wykluczają ich z życia społecznego na dłuższą metę. Do grupy tej można zaliczyć wszelkiej maści hazardzistów, iluzjonistów, karciarzy, minstrelów wędrowników którzy opowiadają najznakomitsze historie, a także wszystkich tych, którzy podtrawią bawić publiczność swoimi talentami. Ich głównym zadaniem jest robienie zamieszania i odwracanie uwagi przy pomocy swoich zdolności aorystycznych. Ich sztuka bądź sztuczki mają na celu wyciągnięcie od ich celu jak najwięcej złota. Grupie tej zdarza się parać mniejszymi kradzieżami, typu „znikło jabłko ze straganu”. Można ich przyrównać do trupy cyrkowej. Oni pierwsi badają teren, a potem przekazują zdobyte informacje innym odłamom organizacji, by dać im pole do manewru i czas na opracowanie planu działania. Artyści... Świat bez nich byłby nudny i smutny. Ich kreatywność niejednokrotnie ociepliła szarą rzeczywistość, w której przyszło nam żyć. Błądząc od karczmy do pubów, od dworów po wsie, starają się zadowolić ludzi, próbując się wzbogacić i ustatkować. Niestety życie pisze różne scenariusze. Często muzycy, malarze i poeci, nie mają za co się wyżywić, toteż większość z nich zaczęła parać się kradzieżą. Niektórzy, szczególnie ci bardziej finezyjni, obierają większe cele, które są poza zasięgiem zwykłego złodziejaszka. Awansują społecznie i choć polityką gardzą, przedostają się do wysokich stanowisk, tylko po to by ułatwić sobie życie. A Ty? Jesteś artystą? Żebracy... To określenie chyba mówi samo za siebie. Zbieranina szumowin, obdartusów i rabusiów pomieszkująca w „podziemnym królestwie”. A rządzi nimi jeden człek. Tak naprawdę nikt nie wie, dlaczego mieliby się go słuchać, wcale nie jest najbardziej światłym, czy inteligentnym spośród nich. Jednak Ciemna Strefa Wiltmarku postanowiła obrać go za autorytet, być może przez podejście, dobrą gadane i twardą rękę. Na co dzień wszyscy pracują we wszelakich miejscach, jako pracownicy farmy, kopalni, czeladnicy w zakładach, tragarze, a może karczmarze. Jednak ich ulubionym i preferowanym źródłem dochodu jest zdecydowanie żebranie. Nie ważne ile by nie zarabiali, nie ważne czy muszą, każdy szanujący się członek bandy musi żebrać. Co chcą osiągnąć? Czy są realnym zagrożeniem dla obywateli Wiltmarku?
  7. Arthas

    Slaani Skórą Rusza

    Imo. Pustnny krwiopijca powinien też być na wzór pełzacza, tak by lepiej się maskować z otoczeniem. You know, kamuflaż + atak z zaskoczenia. Ale mogę się mylić
  8. Eashiart Aldam - Klan Krwi Zasady: Członkowie Klanu Krwi są zrzeszeni wiarą oraz kaprysami losu, które skrzyżowywały ich drogi... Już wtedy bracia założyciele wiedzieli, że to nie przypadek, a wola ich Mrocznego Pana. Wręcz od początku poczuli do siebie zaufanie i ruszyli w podróż opowiadając swoje historie. Wtem dotarli do kotliny, gdzie wspólnie utworzyli kodeks, którego będą przestrzegać choćby świat miał się skończyć. Ale jak do tego doszło? To naprawdę ciekawa historia, jeżeliś rad usiądź i posłuchaj opowieści owianej tajemnicą i ingerencją sił nienaturalnych. Głucha cisza to jedyne co teraz było w jego głowie; powoli otworzywszy swoje powieki zobaczył żółty pył, jak w miejscu z którego pochodził, i poczuł na twarzy okropne ciepło spowodowane światłem słonecznym. Podniósł się do pozycji siedzącej, zakaszlał kilkukrotnie pozbywając się słonej wody z wnętrza ust. Usiadł po turecku na piaszczystej plaży, a następnie rozejrzał się. Na jego twarzy wymalował się szelmowski uśmiech, po czym uderzył zaciśniętymi dłońmi w piach, krzycząc. - Ha! Pomiocie Beliara? Chyba Synu skąpany w jego łasce, wy Cholerni Świniarze! W tym momencie zamarł; zaobserwował, iż ktoś się zbliża, a on praktycznie nagi pośrodku niczego, czymże się tu bronić? Jedno piasek w oczy rzucić mu pozostało, aczkolwiek ślepia swe skupił na przybyszach, bowiem nie jednego dostrzegło jego czujne oko, nie dwóch, a trzech! ~ Hamon Zil Alrima zastygł w miejscu, widząc nieznajomego powoli wstającego z piachu. Z oddali usłyszał chrzęst piasku pod stopami kolejnych obcych... Instynktownie sięgnął po sztylet, który z reguły powinien mieć, po czym zdał sobie sprawę, że wszystko wymienił na miejsce na statku. Przystanął tylko w cieniu i obserwował sytuację. ~ Zil ...Wychodząc z karczmy trzasnął drzwiami, rzucając parę obraźliwych słów w języku Ludu Varantu. Odebrał od Wykidajła swój ulubiony sztylet i ruszył na codzienną przechadzkę po plaży w celu odpoczynku. Nie spodziewał się, że tego dnia zastanie tam kogoś w dziwny sposób bliskiego... Miłym gestem powitał strażników stojących dziś na warcie i szybkim krokiem ruszył w głąb lasu na malutką plażę. Mimo gorącej pogody, Sajid nigdy nie zdejmował swojej ciepłej szaty, widocznie po całym życiu na pustyni przyzwyczaił się do takich temperatur. W oddali widział już turkusową wodę i lekko przebijające się promienie - szedł dalej w ich kierunku, popalając w fajce swój ulubiony ostatnio miodowy tytoń... Podszedłszy bliżej plaży zobaczył rozbitka, krzyczał on coś do samego siebie, ale nie usłyszał dokładnie jego słów. Handlarz zamarł na moment, ale postanowił zaryzykować i pewnym krokiem podejść do poszkodowanego. ~ Sajid Asim... Wierny wyznawca Beliara... Właśnie w tej chwili sięgał po doskonały okaz szczawiu królewskiego potrzebnego do kolejnej mikstury... Wyjął swój sierp, przymierzył i jednym płynnym ruchem obciął roślinę u podstawy. Dokładnie ją obejrzał i westchnął: Idealny... Wystarczy na przynajmniej trzy wywary... Delikatnie schował szczaw do torby i.... Wtedy ich zobaczył... Zamarł w bezruchu... Ujrzał człowieka leżącego na piasku, a także dwóch mężczyzn... Jednego stojącego w cieniu, jakby obserwował całą sytuację, oraz drugiego pewnym krokiem zbliżającego się do nieznajomego na plaży. Przypomniał sobie sen... Sen, w którym rozmawiał z nimi... I wiedząc, że to Beliar chciał, żeby się spotkali, ruszył w ich stronę z uśmiechem na ustach.... ~ Asim A więc stało się, pierwsza konfrontacja i zdziwienie, bowiem jaka jest szansa, aby czwórka obcych mężczyzn się spotkała w takich, a nie innych, okolicznościach. Szansa minimalna, ale jeżeli ktoś pociąga za sznurki w losach zwykłych śmiertelników tak już bywa. Lecz wróćmy teraz do punktu widzenia domniemanych protagonistów. Sytuacja, w której się znalazł bohater katastrofy morskiej, którą sam poniekąd spowodował, poczuł się dość... dziwnie. Czyżby jego zapas szczęścia się wyczerpał i musiał stawić czoło trójce wrogów? To było pytanie, na które już za chwilę miał poznać odpowiedź. Powstał z kolan na równe nogi, otrzepując swoje ciało z drobinek złotego kruszcu. Wzrokiem zlustrował po kolei każdego z przybyszów. Pierw rzucił mu się w oczy ten, co za drzewami skryć się chciał przed spojrzeniem Hamona, który, na to wyglądało, że był w centrum uwagi. Uśmiechnął się jeszcze szerzej, przecierając dłonią suche, popękane od morskiej wody usta. - Nieśmiałek... Hooo? Skwitował, wychodząc na przeciwko temu, który kierował się w jego kierunku. - Śmiałek oraz drugi śmiałek? Zarechotał; a o czym teraz myślał pokorny sługa Mrocznego Boga? Jak wybrnąć z syfu, w którym siedział. Nie widział zbytnio czy ma nie spuszczać ich z wzroku, czy może poszukiwać przedmiotów, które mógłby wykorzystać do obrony. Dlatego, gdy dystans między przybyszami wynosił około piętnaście metrów, wykrzyczał: - Próbujecie mnie podejść, co? Chcecie okraść biednego rozbitka z życia czy może resztek godności? Pewność siebie była wyczuwalna w jego głosie, a parszywy uśmieszek nie opuszczał jego lica. ~ Hamon ...Idąc w stronę rozbitka usłyszał jak ten mówi coś o kradzieży i porwaniu go. Zaśmiał się pod nosem i usłyszał dźwięk łamanych patyków pod nogami... Widocznie ktoś za nim podążał. Usłyszał jakby w torbie nieznajomego dzwoniły obijające się o siebie szklane fiolki... Równie śmiałym krokiem podszedł do rozbitka i powiedział: "Czy wyglądam Ci na kogoś kto rabuje bezbronnych?" Wtem obrócił się na pięcie, gdyż kroki nieznajomego były coraz głośniejsze i zobaczył białego człowieka; miał przy sobie torbę i kilka menzurek zwisających u pasa. Pachniał ziołami, z wyglądu przypominał zielarza lub alchemika... ~ Sajid Ja? Okraść? - Zaśmiał się - Jedyne co okradam to lasy tej wyspy z rzadkich roślin i grzybów. - Przyjrzał się dwóm nieznajomym i tylko potwierdził swoje przekonanie w tym, że już ich kiedyś widział... Zapytał więc: - Czy my się już kiedyś nie widzieliśmy? Chyba już ze sobą rozmawialiśmy... ~ Asim ...Sajid spojrzał się dziwnie na przybyłego i nie rozumiał skąd ten może go poznawać, a co dziwniejsze rozbitka również. Ostrożnie udając, że trzyma się za swoją szatę, sięgnął sztyletu i próbował wyjaśnić sobie z alchemikiem całą sytuację, spoglądając co jakiś czas na stojącego obok wyplutego przez morze człowieka. Starał się zainicjować konwersacje na temat jego całej "wizji", z której wynikałoby, że widział kiedyś handlarza. ~ Sajid Widząc dwóch innych pobratymców, Alramar rozluźnił się lekko. Próbował rozpoznać co nieznajomi mówią, jednak z tej odległości wychwytywał tylko pojedyncze stwierdzenia. Postanowił podejść bliżej. Im bliżej podchodził, tym wyraźniej słyszał o czym obcy rozmawiają. ~ Zil - Miałem sen... Sen, w którym byliście obaj. Łączyła nas jakaś więź... Nie mam zielonego pojęcia jaka to była wieź... Ale był tutaj także czwarty mężczyzna, a jego tutaj nie widzę... - Wypowiedziawszy te słowa, zaczął się rozglądać w jego poszukiwaniu... ~ Asim Uśmiech, który nie opuszczał twarzy rozbitka, skrzywił się w zupełnie przeciwnym kierunku. Słysząc pierw słowa na temat domniemanej niewinności dwójki ludzi, mlasnął kilkukrotnie, po czym zmarszczył brwi. Kolejna informacja na temat snu wzbudziła nieco jego podejrzenia, dlatego zrobił krok w kierunku zgromadzenia, tupiąc w piasek. - Skończycie tę paplaninę bandziory? Skoro tacy święci jesteście, to co powiecie mi na temat człowieka, który jest skryty?! Wygląda to jak zasadzka! A wiecie, co wam powiem? Ja zasadzek nie lubię i nie dam się tak łatwo podejść poprzez mydlenie oczu jakąś śmieszną historyjką! Wykrzyczał, wskazując palcem na zwiadowcę; z chwili na chwilę syn pustyni stawał się co raz bardziej porywczy w swoich działaniach. ~ Hamon - Nie mam nic wspólnego z tymi ludźmi...Sam chciałbym wiedzieć o czym rozmawia ten blady człowiek. ~ Zil - O czym Ty mówisz, zielarzu? Jakim prawem możesz kogokolwiek z nas znać? Opowiedz nam o tym. ~ Sajid - Znam was tylko z widzenia... Wiem jak wyglądacie, lecz nie kojarzę waszych imion. W owym śnie... Byliśmy w tajemniczej kotlinie i rozmawialiśmy ze sobą, ale co było na tej debacie omawiane nie mam pojęcia. Widziałem też widok tej wyspy z lotu ptaka; stąd wiedziałem gdzie mam się udać, by was spotkać... Coś nas łączy - powiedział zamyślony. ~ Asim -Kotlina? Jest tu taka jedna. Mogę was zaprowadzić, jednak wtedy będziemy musieli poważnie porozmawiać. Mówiąc to, szybko obrócił się na pięcie i ruszył ku celu. ~ Zil ...Z natury podejrzliwy handlarz w tym przypadku poczuł coś dziwnego, jakby niespotykane uczucie pchało go do tej kotliny. Po usłyszeniu słów wypowiedzianych przez ukrytego wcześniej mężczyznę, postanowił podążyć za nim do ciekawego miejsca. - Sajid Widząc to wszystko i słuchając bełkotu wszystkich tutaj zebranych, a także czując się zignorowany przez nich, żyłka wyskoczyła na jego ciemnym czole; zacisnął dłonie w pięści, po czym krzyknął, biegnąc za nimi. - Zabije was, jeżeli to jakieś bezczelne machloje! Przez resztę drogi cały czas trzymał się nieco z tyłu za grupą, mówiąc niechlubnie w ich kontekście pod nosem. ~ Hamon Eskapada, wyruszywszy z plaży za zwiadowcą, kierowana słowami jedynego białego mężczyzny w bandzie, przemnażała leśne szlaki, stepy czy mniejsze pagórki. Po drodze zdążyli się sobie przedstawić, opowiadając kilka słów na temat swojego jestestwa. Już wtedy się utarło, że Zil jest tym co mało mówi, ale jego znajomość terenu jest warta jego milczenia. Sajid był tym, który lubi sobie pogadać i rozwiązywać problemy słownie, z obszerną wiedzą na temat kunsztu handlowca. Asim człowiekiem, którym kierowały wizje i działania wywarów, a jego wiedza na temat roślin wzbudzała podziw u reszty członków drużyny. Co do ostatniego z nich, Hamona - mianowicie utarło się, że jest w gorącej wodzie kąpany; ogólnie wydawał się czarną owcą w stadzie, aczkolwiek na pewno był przydatny, skoro i on znajdował się w przepowiedni. Podczas trasy udało się ustalić jeden ważny szczegół - każdy z chłopów wierzył w jedynego słusznego boga. Docierając na miejsce wskazane przez znawcę terenu, czekali na zdanie Alchemika czy wskazane miejsce jest tym, o którym mówił. Ten jednoznacznie potwierdził; wtedy to praktycznie jednogłośnie mężczyźni stwierdzili, że w tym oto miejscu narodzi się Eashiart Aldam. Miał być to łagodniejszy odłam wiary w Piewcę Śmierci, prowadzący do umocnienia jego wiary na tym terenie. Bracia wspólnie ustalili zasady oraz cele swojego stowarzyszenia, a na jego przywódcę, a raczej człowieka, który służył dobrą radą, został wybrany Sajid Ibn Naqud ze względu na to, iż był najstarszy z całej czwórki - a co z tym szło, że posiada najwięcej doświadczenia. Jakie będą dalsze losy tego małego, ale bardzo zgranego kultu? Przekonajcie się sami! Cele: Przemowa dla wiernych: "Jesteśmy ludem wybranym. Bogactwo dla nas, władza dla Beliara. A jego królestwo nastanie, i zadrżą ci, ku którym skieruje swój gniew! Więc zapłać złotem, bo inaczej zapłacisz krwią! Beliar nie zna litości, dla słabych nie ma zmiłowania, tylko ból i śmierć. A ci z was, którzy obracają pieniądzem, daninę płacić muszą! Bo czymże jest złoto w obliczu nieuchronnego gniewu Beliara? Gdy gniew jego sięgnie zenitu, będzie już za późno. Wtedy wasze modlitwy nie zostaną wysłuchane. Tylko my, bracia krwi wiemy, jak Czarnego Pana ubłagać; wiemy jak przeistoczyć jego boski gniew w moc potężniejszą niż cokolwiek, co widzieliście na oczy własne. Chronić was będziemy, ale złota za te czyny oczekujemy. Wynagrodzeni zostaniemy w zaświatach boskich, my czarci bracia; wyklęci przez społeczeństwo dajemy wam ostatnią szansę na odkupienie i tylko od was zależy czy tą szansę wykorzystacie..." ~ Sajid ibn Naqud Członkowie: Hamon Narsil En Amul - Jeden z synów pustyni, pełniący rolę myśliwego w bractwie; w dodatku jest najmłodszym jego członkiem. Jeżeli ktoś chciałby go opisać kilkoma słowami, zapewne by użył frazy: "pyszałkowaty dureń z przerostem ambicji i totalnym brakiem szacunku do czegokolwiek, co nie jest zgodne z jego punktem widzenia". Może to wina jego młodego wieku, a może samego stylu bycia? Nie mniej jednak często wykazuje cechy apodyktyczne, a bez wyraźnego bodźca do działania bywa beztroski i leniwy. Wbrew jego niepohamowanej i brutalnej natury, Hamon potrafi być bardzo rozsądny na rzecz praktyczności. Mówiąc prościej, mimo ogromnego zamiłowania do tortur i sadyzmu psychicznego oraz fizycznego, stara się utrzymać ofiarę przy życiu jak najdłużej. Bardzo często potrafi śmiać się wrogowi prosto w twarz, co symbolizuje jego pewność siebie. Nie posiada żadnego kodeksu moralnego, a życie nie ma dla niego żadnej wartości. Dwudziestolatek jest niezwykle mocno przywiązany do wulgarnego języka i ofensywnych komentarzy oraz posiada chore, perwersyjne poczucie humoru. Wydaje się kierować jedynie wiarą, a także "sektą", do której dołączył - to właśnie ona i jej członkowie hamują jego dzikie żądze. Mimo tych wielu wad, nadal można na nim polegać w różnych sytuacjach. Sajid ibn Naqud - Pochodzący z Bragi na pustyniach Varantu, samotny koczowniczy handlarz z żyłką do interesu. Całe swoje dzieciństwo uczył się fachu i sztuki perswazji. Lada moment będzie miał równo trzydzieści lat. W bractwie pełni rolę mentora, przedstawiciela oraz podróżującego handlarza. Codziennie czyta księgi na temat swojej wiary oraz sztuki retoryki. Mimo, że należy do bractwa, nie widać tego po nim. Ludzie uważają go za zwykłego przybysza z pustyni, szukającego spokoju w mieście przy zimnym piwie w karczmie. Sajid jest zapalonym hazardzistą. Ze wszystkich w bractwie wydaje się swojego rodzaju przewodnikiem i myślicielem ze względu na swoje wykształcenie w sztuce porozumiewania się z ludźmi i rozmyślania. Preferuje on broń krótką - taką, która będzie niewidoczna pod jego szatą na wypadek ataku w trakcie przenoszenia towarów w inne miejsce. Handlarz uwielbia palić wszelkiego rodzaju tytonie oraz zioła, posiada on pokaźną kolekcję rożnych fajek oraz ma własną fajkę wodną w kotlinie bractwa. Zil Alramal - Połowę swojego życia spędził na szkoleniu w mało znanej jednostce asasynów zwanej infiltratorami. Z charakteru jest rzeczowy i małomówny, jednak gdy przychodzi czas wejścia na nieznany teren to ten potrafi całkowicie zmienić charakter, aby utrzymać pozory przybranej tożsamości. W skutek treningów nabył też dyscyplinę i cierpliwość wymaganą od jego profesji. Godzinami potrafi obserwować teren, nie ruszając się z miejsca. Nie rozmawia w ogóle o swojej przeszłości i stara się nie wychylać w trakcie konwersacji. Ma zwyczaje codziennych porannych treningów oraz wieczornych modłów. Asim Fadl Ullach - Nieznanego pochodzenia mężczyzna z zamiłowaniem do sztuki alchemii. Większość swojego życia mieszkał w Trelis, gdzie również nauczył się różnorakich mikstur i trucizn. W bractwie pełni rolę oczywiście alchemika. Próbuje podchodzić do wszystkiego z chłodną głową, lecz nadmierna ciekawość czasami bierze górę. Gdy ktoś mu podpadnie jest bezlitosny.... Nie okazuje chociażby odrobiny łaskawości. Zazwyczaj cichy, wolący się trzymać w ukryciu, niżeli być w centrum uwagi. Obowiązkowy i stanowczy. W przeciwieństwie do swoich braci nie lubi hazardu, a wręcz nim gardzi. Lubi usiąść przy jakimś ładnym widoczku i porozmyślać nad sensem swoich czynów i obmyślać dalszy plan działania. Przepisy: (OOC: Zdaję sobie też sprawę, że owym element może zostać odrzucony, dlatego jest jakby stworzony osobno. Składniki będą oddawane MG, który będzie obserwował cały proces przygotowania, a także oceniał go; jest szansa, że coś może się nie powieść. Wywar możliwy do stworzenia maksymalnie raz na dwa tygodnie (unikamy OP), a myślę, że to dość ciekawy smaczek pasujący do takiej organizacji. Zaznaczam, że owy wytwór nie może zostać wykorzystany do zabicia kogokolwiek, bo zadanie mu jakiejkolwiek rany przerywa natychmiastowo efekt. Ba, nawet nie chcemy go tak użyć.) Serum prawdy: - 20x łodyg lub skrętów z bagiennego ziela - Krew wyznawcy - 2x Nagrobny mech - 1x Czarne Ziele - 1x Szczaw Królewski - 1x Mikstura many (dowolna) - 2x Butelka z wodą - 1x Czysty alkohol Sposób przygotowania: Rośliny drobno posiekać, a następnie rozgnieć w moździerzu, aby puściły soki; podlać je wodą oraz alkoholem i gotować na wolnym ogniu aż do wrzenia. W momencie gotowania dodać miksturę many, a następnie zostawić wywar na dwadzieścia minut do ostygnięcia. Zawartość przesączyć i przelać do butelki, w której będzie się znajdować posoka wiernego. Ostatnim krokiem jest poświęcenie eliksiru na ołtarzu Beliara. Działanie: Osoba, która będzie pod wpływem serum, musi odpowiadać na pytania zgodnie z prawdą przez najbliższą godzinę. Całe jej ciało jest wiotkie, a ta nie posiada żadnych agresywnych intencji wobec pytających, tylko zachowuje się jak potulna owca. Po działaniu traci przytomność oraz pamięć z całego wydarzenia, które miało miejsce. (MK)
  9. W pomieszczeniu panował półmrok, jedynie blask świecy, która stała na drewnianym, mahoniowym stole, rozświetlał sylwetki dwóch postaci. Bezkresną ciszę przerywały oddechy dwójki osób siedzących przy wcześniej wspominanym meblu, jak i szum fal. Zdecydowanie byli na środku morza, lecz nie głośni, a skryci? Czym oni byli, albo raczej kim? Impas bez dźwięku przerwał głos jednego z nieznajomych. - Hej, skoro siedzimy w tym razem może mi opowiesz coś o sobie? Ponownie wszystko ucichło, a długi wdech powietrza do płuc, który zatańczył płomieniem świecy przerwał to wszystko. - Jesteś ciekaw mojej historii, mój blady przyjacielu? W końcu skoro zostało nam jeszcze tak wiele czasu mogę ci uchylić rąbka tajemnicy, jednak coś złego wisi w powietrzu... Coś bardzo złego, niepojętego i nieuchwytnego...jakby sama śmierć miała złożyć lodowaty pocałunek na twoich ustach. Można było usłyszeć dość przyjazny, niski ton głosu, ale z wyczuwalną nutą tajemniczości. Złowroga aura zapanowała w tym miejscu, tym razem jednak płomień poszedł w krok lekkiego zefiru, który pojawił się nie wiadomo skąd i dlaczego. Pokład kilkukrotnie zaskrzypiał, a fale przybrały na sile, rozbijając się o bok statku. Towarzysz, który zapytał o przeszłość przedmówcy, poczuł przerażenie, a któż by go nie poczuł w takiej sytuacji? Chciał coś powiedzieć, chciał zmienić sytuację w której się znalazł, lecz nie było mu to dane, bo przedmówca ponownie przejął inicjatywę w rozmowie. - Byłeś kiedyś na pustyni mój drogi? Ah... głupie pytanie, pewnie nie, bo palące słońce i skomplikowany układ dróg znany tylko nam assassynom; ludowi wybranemu przez samego boga ciemności Beliara; pewnie posłał by cię do jego królestwa szybciej niż inne niebezpieczeństwa, które czekają na podróżnych. Wypowiedź została przerwana przez hałas upadającego świecznika, a za nim można było dosłyszeć świst ostrza, co było następne? - agonalny jęk i lądowanie czegoś ciężkiego na stół. Co się właśnie stało? Assassyn, jak to sam się określił, wbił sztylet prosto w okolice jego serca; to powinno go dostatecznie uciszyć, ale jednocześnie utrzymać przy życiu tak długo, aby mógł wysłuchać reszty historii. - Tak więc, mój drogi... jeszcze żywy przyjacielu. Widzisz... czasem jedno pytanie może cię kosztować więcej niż jest tego warte. Jak to mawiał mój mistrz z Bakareshu: "Beliar nie zna litości, dla słabych nie ma zmiłowania, tylko ból i śmierć." A jam jest... Hamon Narsil En Amul. Żałuj, że to mnie spotkałeś na swojej drodze ojcze nieopatrzności. Jednak w zamian poznasz opowieść jakiej jeszcze nie słyszałeś o dzielnym chłopcu urodzonym w Ben Sali! Mieszkaniec pustyni wrócił na miejsce siedzące, stawiając kandelabr ponownie w pionie; w dodatku umieścił na niej woskowy twór, który jeszcze nie zdążył zgasnąć. Światło bijące od ognia ukazało puste niczym u lalki oczy tajemniczego mężczyzny, a z jego warg uciekała struga krwi, rozlewając się na stole i tworząc dość sporą plamę. Dźwięk skapującego osocza na podłogę odbijał się echem od kondygnacji okrętu. - Zacznijmy od tego ile lat już stąpam po piaskach pustyni; niewiele, bowiem nie całe dwadzieścia. A jak wspomniałem z Ben Sali pochodzę, miasto mistrzów rzemiosła kowalskiego, lecz ja nigdy nie opanowałem tej sztuki, nawet nie chciałem. Spędziłem tam większą połowę mojego życia, bacznie obserwując kunszt mieszkańców, a także zwyczaje moich braci. Większość z nich, jak już wspomniałem, parała się kowalstwem, mniejsza część handlem, a nieliczni warzeniem mikstur. Mnie najbardziej ciekawił jeden z nich... Tutaj urwał wypowiedź wstając z miejsca i siadając obok jegomościa, który był na pograniczu życia i śmierci. Przerzucił dłoń przez jego ramię i lekko odchylił się w tył, machając nogami na boki, a także wesoło się śmiejąc. - Wdzięczne imię Harsi`Ha Sal nosił, a parał się polowaniami. Wiesz, mistrz łucznictwa; można powiedzieć, że praktykowałem u niego podstawy tej dziedziny, lecz nie trwało to długo nim dostrzegł mnie Sigmor, proponując przeniesie do Bakareshu oraz stanowisko jego ucznia. Dlaczego mnie wybrał? Nie wiem po dziś dzień. Czego mnie uczył? Oczywiście nauk Wielkiego Beliara. Nigdy nie opanowałem magii, bo podobno nie byłem gotowy, aby zacząć choćby o tym myśleć. Można powiedzieć, że poznałem podstawy astronomii, wróżbiarstwa oraz... poznałem kilka ciekawych odmian tytoniu. Nazywanie mnie mędrcem to ogromne nadużycie... I tym razem zakończył swoją wypowiedź, podnosząc za włosy wpół żywego oponenta. - Słuchasz Ty mnie chodź trochę? Ah... nieważne! Uderzywszy jego potylicą o stół, dokończył swojego dzieła sprawiając, że ten bezwładnie osunął się na ziemię zmierzając ku krainie zmarłych. W tym czasie fale zdarzyły zyskać na sile, motając całą jednostką wodną na boki. Na zewnątrz zapanował sztorm, a jedynie źródło światła padło na deski, gasnąc tak samo jak nieszczęśnik, który trafił na Hamona; wywołało to całkowitą ciemność. Ciałem młodzika rzuciło o jedną ze ścian pomieszczenia w którym się znajdował i bezwładnie się po niej obsunął na dół. Pewnie Sigmor myśli, że nadal żyję i rzuca te swoje paskudne klątwy – pomyślał bohater, zostając na swoim miejscu; jedynie złapał się dłonią za ramię, które przyjęło na siebie siłę uderzenia i kontynuował historię, którą opowiadał już tylko sam sobie. Czuł, że może nie przeżyć tej nocy, dlatego chciał zrzucić z siebie to brzmię; wolną dłonią zakrył połowę twarzy, śmiejąc się sam do siebie; to nie był obłęd, a strach, który przemawiał przez jego struny głosowe. - Na czym to ja... a tak, Sigmor i jego nauki z których i tak prawie nic nie pamiętam. Bardziej interesował mnie kunszt zabójcy niż te jego brednie i mogłem posiąść tę wiedzę! Ba... była na wyciągnięcie ręki. Bowiem gdy już miałem poznawać kolejne tajniki wiary w wspaniałego Pana Zniszczenia, Harsi przybył do Bakareshu i zaproponował mi układ – chciał pierścień, który nosił mój opiekun i mentor, w zamian za wiedzę na temat tego jak nieść śmierć przy pomocy strzał oraz jak patroszyć zwierzęta. Coś co było przeze mnie pożądane, gdy jeszcze mlekożłopem byłem. Jak mogłem się nie zgodzić? No i co dalej... Dalej było tylko gorzej. Zamilkł, nie chciał dalej opowiadać; czuł jak coś go ciśnie i dusi wewnątrz, w dodatku sytuacja na zewnątrz nie była lepsza, a wszystko wskazywało na to, że tak jak on pozbawił życia uchodźcy, który nielegalnie znalazł się na tym statku, tak samo siły wyższe pozbawią go teraz tego samego. Czy bał się śmierci? Nie, raczej nie... Wiedział, że jego ukochany bóg uchroni go przed wszystkim, nawet jeżeli sprzeciwił się woli jednego z magów. Był na tyle rozgarnięty, aby zdać sobie sprawę z tego, jak oni okłamują innych, więc dlaczego miał być fair wobec nich? Soundtrack - No i co... zsunąłem tę błyskotkę z jego dłoni a raczej bym powiedział, że zabrałem ją wraz z jego paluchem. Jego gniew był wielki, a przekleństwa, którymi rzucał w moją osobę, jeżyły głos na głowie, oj tak... mówię ci. Goniło mnie pół miasta, jednak udało mi się wyśliznąć i trafić w umówienie miejsce. Tam obdarować mojego nowego mistrza przedmiotem, który sobie wymarzył chciałem, aczkolwiek nieroztropny ze mnie był młodzian i to bardzo. W całej adrenalinie nie ujrzałem jak byłem śledzony, a gdy podawałem ociekający krwią nabytek w jego dłonie usłyszałem świst tuż nad swoim uchem. Pocisk wymierzony we mnie przemknął tuż przy mnie i przeszył łowcę... przerażenie sparaliżowało moje ciało, lecz zwlekać nie mogłem. Czym prędzej, ile tylko sił w nogach miałem, ruszyłem przed siebie, gubiąc na pustyni prawie cały swój dobytek, jeno mały nóż się ostał, ale z nim się już poznałeś przyjacielu. Ponownie zwrócił się do dewianta, wstał z miejsca podpierając się dłonią o drewnianą belę. Mimo braku stabilności, udało mu się dojść do ciała, które zablokowało się na przymocowanej ławeczce. Ponownie na niej zasiadł, dość mocno trzymając się stołu, by następnie upaść; zajrzał pod blat, aby zobaczyć co u jego kolegi. Lecz nim się zwrócił do niego bezpośrednio, trącił go kilkukrotnie nogą. - Ah, jeszcze słuchasz tylko za dużo żeś chyba wypił. Ale jesteśmy już prawie na samym końcu tej opowiastki, więc dużo nie tracisz. Tak czy siak... widziałem, iż prawdopodobnie cała pustynia mnie szuka, dlatego gdy miałem tylko okazję korzystałem z pojedynczych beczek na wodę zostawionych dla podróżnych lub nawadniałem się w oazie. Nie zostawałem w miejscu, nie odpoczywałem... tak oto dotarłem do Lago, pod osłoną nocy przemknąłem przez pole, a tam - nie uwierzysz - niewolnik wraz ze swoim panem w sytuacji, której mógłby się powstydzić nie jeden wojownik. Ponownie wybuchł serdecznym śmiechem, a nogami kopał truchło; nie miał do niego szacunku, jednak nadal traktował go jak żywego. Wtem usłyszał hałas tuż nad sobą, krzyki ludzi oraz dobijanie się do drzwi miejsca, w którym był skryty. Jego mina momentalnie stała się dość poważna, a frustrację wyładował na pechowcu pod nim. Zamaszyste kopnięcia jedno za drugim, czuł pod stopą jak jego narządy wywnętrzę pękają, zalewając ciało tego, który już dawno odszedł. Jeden z krzyków brzmiał dość niepokojąco. - Pod pokładem jest podobno jeden z assassynów! Musimy się go pozbyć tu i teraz! - Od razu pojawił się drugi głos. - Nie teraz głupcze, zaraz skały zniszczą dno statku i sami się pozbędziemy wszystkich razem z nami. - Chłopaczyna westchnął, a powaga, która zagościła na moment na jego twarzy pękła niczym bańka mydlana, zastąpił ją śmiech; tym razem głośny i donośny, aby marynarze mogli potwierdzić swoje przypuszczenia. - Więc już wiedzą? No nic... jednak słuchaj co się teraz działo! Nie mogąc patrzeć na nierząd dziejący się tuż przed moimi oczami podkradłem się zza plecy tego, który swój miecz chciał zatopić w zniewolonym człowieku, tylko po to, aby zręcznym ruchem poderznąć jego gardło. Tak oto zakończyła się jego miłosna igraszka niczym fraszka, która spotkała ciebie. Oczywiście dłonią zatkałem jego usta, by okrzyku strachu z ust nie wydobył; wtem dostrzegłem łódź. Wyszeptałem mu do ucha, że jeżeli ukradnie ją wraz ze mną zyska wolność. Tak oto we dwóch odbiliśmy do brzegu, a on całą drogę wiosłował. Chwała to wielka mojemu szczęściu wtedy była; ów parobek mieszkańcem Cape Dun się okazał, a nasz kurs właśnie tam skierował. Gdy dotarliśmy na miejsce, świt nas promieniami powitał, a kilka metrów od brzegu wepchnąłem go wprost do wody; wskakując za nim przytrzymałem go pod taflą, aż ruchy jego ugasły. Kolejny rumor w miejscu, gdzie się krył bohater tej opowieści, ponownie posłał go na plecy; tym razem jednak krwią plunął, bo uderzenie było mocne. Okręt prawdopodobnie uderzył o kawałki skały wystające spod głębin oceanu. Wstając na równe nogi, po omacku dotarł do jednej ze skrzyń, podważył wieko ostrzem, z którym się nie rozstawał, a jego zmysł powonienia został podrażniony zapachem oleju do lamp. Na twarzy szarlatana wymalował się uśmiech; i tak nie miał nic do stracenia, dlatego zdecydował wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Odrapując sztyletem drewniane elementy zaczął tworzyć wióry, kontynuując swoją opowieść. - Tam było już z górki; dostrzegłem załadunek, który prawdopodobnie miał trafić na statek; ponownie wszystko żem na jedną kartę stawił. Skryłem się w jednej ze skrzyń, która była pełna wełny i tak oto trafiłem tutaj; nasze spotkanie nie było przypadkowe, mój drogi, ale o tym już wiesz. Sytuacja z chwili na chwilę stawała się coraz bardziej podbramkowa, a mając do dyspozycji ścinki celulozy wrzucił je do skrzyni, następnie odpieczętował butelki z olejem, polewając je nimi; aby jeszcze łatwiej płomienie było uzyskać, poświęcił część szat, które go odziewały. Mając gotowe to wszystko, padł na ziemię i czołgając się, dłońmi szukał świecznika. - Na pewno tam jest, słyszę go! - Wykrzyczał jeden z załogantów, a Hamon zaczął pocierać ostrzem noża o metalowy element, myśl miał prostą. Chciał wywołać iskrę, aby puścić wszystko z dymem; jaki miał w tym cel? To była jego jedyna szansa na ucieczkę. Do drzwi dobijali się pracownicy załogi, chcąc pozbawić życia mordercy z Ben Sali, lecz ten jedynie uśmiechnął się szyderczo, a gdy jego plan zaczął działać i wzniecił się ogień, odsunął się czekając, aż ten strawi fragment kadłuba tworząc dziurę. Operacja ryzykowna - w końcu dym mógł go zadusić, płomienie mogły wyjść spod kontroli i go pochłonąć niczym święty gniew Innosa, ewentualnie szybciej rozprawić się z nim mogli dzielni kamraci. W końcu wrota upadły pod naporem ataków, a pierwszy z nich wpadł do środka; miał już krzyknąć pewną frazę, lecz uprzedził go syn pustyni. - Teraz chcesz powiedzieć... Jest tutaj, widzę go, przeklęty pomiot Beliara! Wzrok został wlepiony prosto w przybysza, który pierwszy zaczął zmierzać w kierunku okrutnika. - Jest tutaj, widzę go, przeklęty pomiot Beliara! - Wraz z tą frazą na jego twarzy zawitała totalna dezorientacja, a młodzian rzucił swoim jedynym narzędziem wprost w jego czaszę; ten upadł jak długi, lecz za nim pojawiło się kolejnych czterech rosłych facetów uzbrojonych w zakrzywione szable. Cwany uśmiech zszedł z twarzy syna pustyni - osunął się na kolana, czując, że nie ma już szans. Obdarował swoich adwersarzy szczerym uśmiechem, mówiąc: - To koniec, macie mnie! Dajcie mi szybką oraz bezbolesną śmierć. Jego ton głosu był błagalny, zapas szczęścia, jak i sprytu, skończyły się, bo wyglądało na to, że ogień nie miał szans pochłonąć fragmentu łajby. Aż tu nagle pojawił się wybuch. Skąd się narodził? Nieotwarte butle oleju, poprzez nagrzanie zwiększyły swoje ciśnienie, uwalniając moc, którą zebrały. Morski środek transportu został przerwany wpół, a winowajca tego czynu wpadł do wody odnosząc liczne, mniejsze lub większe, poparzenia. Nie widział co się stało, ani co sprawiło, że przeżył to wszystko; dryfował po lazurowej cieczy, nie znając dnia ani czasu. Zwróciwszy się do samego siebie, gdy chwilowo odzyskał świadomość, stwierdził: - Ogarnęła mnie ciemność, przestałem myśleć i straciłem rachubę czasu. Wędrowałem dalekimi drogami, o których nic wam nie mogę powiedzieć. Tak po bliżej nieokreślonym czasie dotarł wraz z nurtem słonych mórz na Wschodni Archipelag, a mianowicie w okolice miasta Wiltmark. Tu zaczynał się nowy rozdział jego powieści, stracił wszystko co mógł... jednak zyskał życie! Jego ukochany bóg uchronił go przed przeciwnościami na jego drodze, a może to był zwykły kaprys losu... Kto wie?
  10. - To było tak dawno temu... Zimny pozbawiony uczuć głos rozległ się po eterze, nie miał się od czego odbić na otwartej przestrzeni. - Pamiętasz te czasy gdy mieszkałeś w Silden? Ta sama tonacja ponownie rozbrzmiała w okolicy tym razem jednak nieco ciszej. Z kim okaleczony blondyn, do kogo się zwracał? Do nikogo innego jak samego siebie! Lamentował w rozpaczy obłędu a zimny oddech śmierci ponownie pukał w objęcia jego świadomości. - Czy ja jeszcze żyje? Kim ja jestem?! Jego krzyk rozległ się po całej okolicy, a przerwał go jedynie trzask palonego drewna w ognisku, to wywołało moment konsternacji wyrywając go z transu w którym właśnie był. - Uspokój się Williamie, jestem Arthas część Ciebie której nie potrafisz zaakceptować daj mi opowiedzieć Ci pewną historię. Kropla potu ściekła po skroni bohatera tragicznego, kolejna zaś po jego nosie skapując na grunt i zostawiając na nim mokre ślady. Cóż to był za kaprys losu, że manipulant który niczym lalkarz w teatrze poruszał nićmi by przekonać ludzi do swoich racji czuł się jak jedna z nich. Parsknięcie śmiechem wydobyło się z bladych ust tak jakby śmiał się przeznaczeniu w twarz, bagatelizując i drwiąc z sytuacji w której się znajdował. Zaraz... Co? Przecież to nie William. Ponownie zlał go zimny pot a ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz któremu towarzyszyła konwulsja w okolicy żołądka. - Witaj złotko... Zapamiętaj jedno! Prawdą jest nasze istnienie a nie jego dokumentacja! Więc do jasnej cholery zamknij mordę i słuchaj! Gdyby ktoś obserwował te sytuację z drugiej strony mógłby dostrzec szaleństwo w czynach "Szczęściarza", a może to właśnie była cena tego szczęścia? W zamian za musiał toczyć nierówne boje w swoim umyśle w poszukiwaniu prawdy i swojego człowieczeństwa. Podczas poprzedniej wypowiedzi głos zadudnił w jego czaszce a jednocześnie opuścił wnętrze gardła. Dwudziestolatek zaczął się panicznie rozglądać po okolicy, był tak przestraszony, że prawie wykręcił gałki oczne do tyłu aby mógł zajrzeć sobie pod kopułę, czy to aby na pewno jakiś pasożyt nie mieszka w jego klepkach. Nie akceptował tego stanu rzeczy, gardził nim a jednocześnie go uwielbiał. Osunął się bezwładnie na ziemię, leząc w bezruchu, w bezdechu a także w bezdennej ciszy. Ten stan rzeczy trwał jeszcze kilka sekund po czym ten podniósł się gwałtownie niczym wybudzony z koszmaru. - Silden tak... Jak gdyby nigdy nic powrócił do historii, bez powodu... bez kontekstu. - Zapach ryb, to pierwsze co przychodzi mi na myśl na temat tej dziury zabitej deskami, szum wody... wielki wodospad, a także droga... droga w środku lasu do krainy skutej lotem zamieszkałej przez brodatych mężczyzn o wielkiej sile i talencie kowalskim. Przybywali, przybywali aby móc odkupić od naszej osady te śmierdzące dary rzek. Co jeszcze mogę ujrzeć gdy cofnę pamięcią, kilka barów, które wypełniali wcześniej wspomniani wojownicy z lodowej pustyni a także zmęczeni połowami rybacy. Ale... Ale... ALE! Jest jeszcze coś, arena! To właśnie tam śmiałkowie ścierali się ze sobą w celu poprawienia swoich zdolności, zdobycia sławy i pieniędzy. Pieniądze... to o to właśnie nam chodzi. Tutaj monolog został przerwany aby zaczerpnąć oddechu do płuc, lecz nie jednego a kilku. Chwila ciszy, to było teraz potrzebne szaleńcowi, a gdy tylko zrównał swoje tchnienie wrócił do historii którą przedstawiał samemu sobie, cóż za kuriozalne zdarzenie prawda? - Wielki okrąg... nie coś w rodzaju dołu który został wykopany siłą ludzkich rąk a następnie otoczony drewnianymi umocnieniami służącymi jednocześnie za trybuny. Przypomina Ci to coś? Na to pytanie nie padła odpowiedź, oszpecony zdawał sobie sprawę, że mowa o arenie w Wiltmarku która świeci pustkami. Zdecydował, że musi się nią zająć, jako iż zawsze był związany ze złodziejstwem czy chociażby napadami szukał relaksu w obserwowaniu rozlewu krwi. - Hah! To Ci dopiero kaprys losu, czyżby fortuna znów dawała Ci jednoznaczny sygnał co masz ze sobą zrobić?! Znów strach obleciał go od stóp do głów, jeżąc na nim wszystkie włosy. Jezu! Cóż za nieprzyjemny odgłos. Bezduszny, chrypki, chciałoby się powiedzieć że krwisty. Gula zaległa w gardle Arthasa i nie mógł się jej pozbyć. Zmęczony opuścił głowę, na wpół martwy. Jego ciało jeszcze oddawało ciepło, jednak jego dusza była już po drugiej stronie. Chłopczyk zapomniał o oddychaniu i nagle wziął ogromny haust powietrza, jakby wynurzał się z topieli. Cisza znów brzmiała nieprzyjemnie w jego głowie. Nie wiedział co gorsze, czy ten skrzypiący ktoś, który niszczy spokój jego ducha, czy może ta cisza, która wydłużała każdą sekundę. kap kap kap Pot ponownie oblał jego narząd powonienia skapując na jeden z kamieni w okolicy tworząc piękną nutę. - ARGHHHHHHH! Ryknął chłopak zirytowany brakiem zrozumienia tego co się właściwie tutaj dzieje. Nagle spojrzał przed siebie, a tam on! Natychmiastowo przełknął gulę, która do tej pory mu siedziała. Zrobił miejsce dla znacznie większej. - No hej! Lustrzany on zaczął przekręcać głowę w coraz to bardziej nienaturalny sposób. Uśmiechał się szyderczo z pozycji mieszczana, jakby znał proste rozwiązanie na tę całą sytuację. Iluzja zniknęła. Okolicą niósł się tupot trepów. Ciepły oddech poczuł na swoim policzku. Przerażenie? Nie.. To był już obłęd. "Zabierzcie mnie stąd, zabierzcie mnie stąd". Krzyczał niemo. Ciałem targały nienaturalne skurcze strachu. Z nim ostro rozległ się trzepot skrzydeł a chłopiec myślał, że to znów ten głos. - Kim jesteś!? Wydarł się w niebo głosy nasz bohater. Brzmiał jak wystraszony kundel, który groził potężnemu buldogowi. Nagle... Głowa opadła bezwładnie a on zniknął. Zwisało ino truchło, które tętniło pustką. Nic nieznaczące litry krwi pompowane bezsensownym sercem. Dum dum, dum dum, wbijany rytm tętna. Lalka przeznaczenia upadła nagle na ziemie, ale on był wciąż przywiązany do powłoki cielesnej. Pragnął ostatniego tchnienia które da mu wieczny spoczynek, ale jednak nie chciał opuszczać jeszcze tego miejsca kierując się do królestwa bogów. Okowy strachu zamknęły jego istnienie głęboko w podświadomości. Skurczony do granic możliwości, skulony i schowany w najciaśniejszym kącie swego jestestwa - tym był teraz nasz drogi Blake. Chłopiec porzucił swoje ciało na rzecz spokoju ducha. - ALEŻ DZIĘKUJĘ! W jednej chwili jak fala tsunami dotarły do niego obrazy mordu, krwi, powodzi posoki, fali śmierci. Wszystkie jego czyny które popełnił w przeszłości atakowały go niczym grom z jasnego nieba. Zaszlochał. Na nic więcej go nie było stać. Blondyn zaczął poruszać się jak lalka. Spojrzał na swoją pierwszą ofiarę, która była tylko wytworem jego wyobraźni. Oczy wyszczerzył w bezkresnym pragnieniu, uśmiech zaświtał w nieopisanej radości. Usta spierzchły z pragnienia krwi. Trwał w momencie uniesienia wiedząc czego dokładnie chce od losu... aż nagle. . . . Zamarł. Jak lalka wisząca na sznurkach swego właściciela, tak i on, w tej nienormalnej pozycji, której prawa fizyki przeczą. Ni to na kolanach, ni na nogach, na wpół obudzony, na wpół martwy. Pozycja tak idealnie przedstawiająca jego stan ducha. - HA, STAN CZEGO?! Zakpiło to coś co siedziało w jego głowie. On się bał, on nie chciał. A wystraszony pies, to groźny pies... Zmęczony wojną która miała miejsce w nim samym oddał się w objęcia Morfeusza. Śnił on o swoim miejscu urodzenia i arenie która tam się znajdowała. Symbole które mu się objawiały nawiązały do jego osoby. Krew - Która symbolizowała zbrodnie jakich dokonał. Sława - Odpowiadająca pragnieniu rozgłosu i szacunku. Złoto - Odpowiedź na jego obsesję na tle monet i ciągłe zysku. Nie wiedział ile spał... nie wiedział ile w takim stanie trwał. Jednak gdy się zbudził zmarszczył brwi, a na jego oszpeconej twarzy wymalował się przerażający uśmiech. Wiedział co musi teraz uczynić, to był jego cel który musiał się ziścić co by się nie działo. - Stanę na czele areny, aby sprawdzić co mają do zaprezentowania wojownicy z miasta Wiltmark, a także wszyscy ze Wschodniego Archipelagu. Podpisano William Anthony Blake. Ostatnia fraza była obietnicą złożoną samemu sobie za spektakl którego musiał doświadczyć. Był pewien swoich słów jak niczego innego w życiu, z zaciśniętymi pięściami ruszył w kierunku areny czekając na śmiałków którzy chcą się sprawdzić.
  11. Arthas

    Mini wydarzenia.

    Obecnie na serwerze panuje pustka w miejscach gdzie winni znajdować się pracownicy, gdyby wchodzili raz na dwa-trzy dni nie było by problemu ale ich po prostu ciągle nie ma. Chodzi mi na przykład o chłopów co mogą zrobić wędkę lub inne przedmioty niezbędne do wykonywania zawodów które ich wymagają. A trochę ich jest... dlaczego na czym polega pomysł. Raz na tydzień w jakiś dzień gdzie będzie godzina szczytu organizować przyjazd "wędrownego handlarza# w którego wcieli się MG i będzie mógł sprzedać trudno dostępne przedmioty, zrobić zawody w łapaniu ryb bez narzędzi(forma Rp, wygrany by dostał przedmiot związany z wydarzeniem) Czy chociażby inne tego typu rzeczy, sam wędrowny handlarz byłby dość dobrym pomysłem jednak częstotliwość tej uroczystości była by rzadsza nie wiem, raz na dwa trzy tygodnie. Myślałem już o tym od dłuższego czasu widząc co ma miejsce ale ostatecznie przekonało mnie przelotne rzucenie okiem na discorda. Czekam na opinie krytyczne, bądź te pozytywne a także sugestie. Jeżeli odzew będzie pozytywny mogę to jakoś ładnie rozpisać by to miało ręce i nogi. Pierw jednak chcę poznać opinię ludu! ~ Wasz William Anthony Blake ~ Edit1: Dlaczego to dobry plan? Po pierwsze nie wymaga skryptu a jedynie od kogoś odgrywania owej postaci przez 1-2h
  12. Arthas

    Bondżorno.

    Witam wszystkich bardzo serdecznie, nazywam się Robert. Na ten moment to powinno wystarczyć ale teraz coś o mnie. Mam dwadzieścia trzy lata a z serią Gothic jestem związany kompletnie od malutkiego, niezliczone są moje podejścia do przejścia tej gry a także modów które miałem okazję ograć. Baaa, żeby tego było mało od dzieciaka jestem roleplayerem, miałem styczność z wieloma forami PBF czy pojedynczymi sesjami. Przez pięć lat pełniłem funkcję mistrza gry, a po trzech latach zostałem supportem. (czas zsumowany) Dlatego połączenie obu tych aspektów daje mi sporo przyjemności, jak zawsze moja pierwsza postać przyjmuje imię Arthas. Jest to taka moja tradycja, grać takiego nie do końca zdrowego na rozumie kolesia. Pokazuje w ten oto sposób dwie strony medalu. Mianowicie z jednej strony chłop do rany przyłóż a z drugiej robi wszystko by wyciągnąć jak najwięcej korzyści i manipulować innymi. Gardzę dwoma rzeczami OOC i byciem OP. Jak mam umrzeć i faktycznie wynika to z fabuły to tak musi być, bo logiczne jest to, że grając typem z pod ciemnej gwiazdy jesteśmy na to narażeni. Liczę na owocną współpracę z wami i naprawdę długie godziny na tworzeniu świata. Pozdrawiam wszystkich i czekam na zobaczenie się w grze!
×
×
  • Dodaj nową pozycję...