Skocz do zawartości

Leonidas

Mistrz Gry
  • Liczba zawartości

    50
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

60 Neutralny

2 obserwujących

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Czarnoksiężnik z Undabaru Część 1 Twierdza Undabar, niegdyś wspaniała osada zamieszkiwana przez zaprawionych w boju wojowników, stała się miejscem przenikającym do cna złem i destrukcją. Tylko nielicznym śmiałkom udało się dotrzeć na tyle blisko, by móc zobaczyć na własne oczy skalę zniszczeń, które dokonały się za sprawą tajemniczego czarnego maga, przybyłego nie wiadomo skąd. Przemienieni w jego nieumarłe sługi mieszkańcy wioski wzbudzają słuszny strach, a tym, którym to nie wystarcza, dość powiedzieć, że nikt nie zna granic mocy owego nekromanty. Skoro był w stanie podporządkować sobie Undabar, kto wie, do czego jeszcze jest zdolny? W połowie sierpnia znalazła się grupa dzielnych wojaków, oddanych Innosowi rycerzy, których celem zostało zmiecenie z powierzchni ziemi siedliska zła. Jednak to oni zostali zanihilowani, a resztki ciał poległych spłynęły rzeką do miasta. Dało to ludziom do zrozumienia, że zwykłą siłą nikt z Undabarem nawet nie ma co zadzierać - w przeciwnym wypadku podzielą los członków krucjaty. Jakimkolwiek sposobem, coś ze spaczoną osadą trzeba zrobić, stanie z założonymi rękami sprowadzić może na Wiltmark tylko upadek, czas zdecydowanie nie stoi po ich stronie. Nieważne, co kto powie na temat fanatycznej, samobójczej wyprawy w góry, nie można zaprzeczyć, że oni są w tym momencie jedynymi, którzy starli się w bezpośredniej walce z potęgą czarnoksiężnika i mogą dostarczyć cennych informacji na temat metody podejścia do zagrożenia. Oczywiście nie mogą oni powiedzieć wiele na temat samego maga, a to równie istotna kwestia. Ten człowiek gdzieś musiał zdobyć swoje umiejętności, ktoś musiał być jego mistrzem; musi mieć także swój cel. Wątpliwe, żeby była to najzwyklejsza żądza władzy, potęgi czy bogactwa, inaczej już dawno ruszyłby z armią w bój, a nie siedział w górskiej wiosce. Chyba, że na coś czeka? Może w Undabarze jest coś, co wykorzystuje do jakiegoś rodzaju mrocznego rytuału? W końcu - jaki jest jego słaby punkt? Wszystkie te kwestie pozostają zagadką, którą trzeba rozwiązać. ~ Zadania Zorganizujcie grupę, której zadaniem będzie rozwiązanie zagadki Undabaru, Przeszukajcie okoliczne lasy w poszukiwaniu ocalałych z Krucjaty Undabarskiej, Dowiedzcie się więcej na temat nekromanty, Przygotujcie plan działania i odpowiednie wyposażenie,
  2. Zanim będziesz mógł prowadzić swój zakład, Twoje podanie musi zostać najpierw przyjęte. Zamykam i przenoszę do archiwum.
  3. Znikający Ludzie Dzień jak co dzień w Wiltmarku. O brzasku pienie kur wybudziły z głębokiego snu mieszkańców, dobitnie oznajmiając o początku nowej doby. Thelman wstał z łóżka i spojrzał na swoją skromną izbę. “No, przynajmniej mam dach nad głową” rzucił w duchu. Powtarzał to codziennie, od kiedy tylko dostał pracę, a co za nią szło, własną chatę. Rozpoczął monotonny proces wypełniania swojej porannej rutyny - przemył się w stojącej przed domem beczce z wodą, wykrzyknął kilka pozdrowień do mieszkańców swojej ulicy, a następnie wrócił do środka i zjadł śniadanie. Bardzo proste, kubek mleka wraz kromką chleba ze świeżym dżemem, zakupionym wczorajszego dnia na targu - raz na jakiś czas mógł sobie pozwolić na odrobinę luksusu. Jedząc, myślał o ostatnio zasłyszanej informacji - że w mieście grasuje porywacz, że w tajemniczych okolicznościach znikają obywatele. Otrząsnął się jednak. Był już poważnym człowiekiem, miał dobrą robotę, nie powinien zaprzątać sobie głowy takimi bzdurami. Ubrany i gotowy do pracy, opuścił swoją chałupę i ruszył w kierunku kuźni. Daleko nie miał, ledwo dwa zakręty i był na miejscu. Zwykle z daleka widział już swojego mistrza, Folke, szykującego zakład do otwarcia, nawołającego go, by się pospieszył, bo dzień już zmierza ku końcowi. Tym razem jednak było inaczej… Przywitały go zamknięte drzwi, zimny piec i brak jakichkolwiek oznak życia - nawet chrapania, słynnego wśród sąsiadów Folkego. Zaniepokojony, Thelman podszedł pod próg i załomotał kołatką. Żadnej reakcji. Przejęty, obszedł pracownię dookoła, w kierunku tylnych drzwi, i już zaczął grzebać w kieszeniach, szukając zapasowego klucza. W środku było zupełnie pusto. Ani żywej duszy. Czeladnik, wystraszony nie na żarty, porządnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Jedyne jednak co dostrzegł, to wywrócone na wierzch łóżko, a nad nim - dopiero od środka to zauważył - wiszące na zawiasach okiennice, które ktoś precyzyjnie ułożył tak, by żaden przechodzień nie zwrócił na to uwagi. Nie zastanawiając się zbyt długo, wykrzyknął “STRAŻ!”. ~ Zadania: 1. Dokładnie przeszukać dom kowala i jego podwórko. 2. Przepytać ludzi odnośnie zniknięć i przeprowadzić dochodzenie. 3. Znaleźć porywacza i uratować obywateli.
  4. Leonidas

    Undabar

    Osada na zachodnich szczytach - Undabar, duma potężnych barbarzyńców. Dom wojowniczego, górskiego ludu, słynącego z odwagi, honoru, budzących respekt i trwogę ludzi. Mówiono, że nie znają strachu, że ich ciała nie czują bólu. Malowali się do bitwy, a ich mocarne topory i twarde tarcze nigdy nie ustępowały. Undabarczycy nie używali słów "odwrót" czy "porażka". Przez lata mieszkańcy górskiej wioski obrastali coraz to większą warstwą legend, która w bitwie działa niczym najlepsza zbroja, po każdym wygranym starciu stająca się mocniejsza, bardziej realna. Skrzętnie z tego korzystali, napadając na karawany i mniejsze osady, gromadząc w swojej siedzibie niewyobrażalne stosy skarbów. Wielu próbowało wkraść się do środka i chociaż móc spojrzeć na tą fortunę, tylko na chwilę położyć oczy na nieludzkich bogactwach. I nie byłoby prawdą, gdybym powiedział, że nikt ich już nigdy nie widział. Następnego dnia zawsze spływali w dół doliny, z biegiem rzeki. W kawałkach. Tak było przez dziesiątki lat, jeżeli nie kilka wieków. Nic jednak nie trwa wiecznie. Dzień 23, lipiec, rok 807 kalendarza larańskiego Dieter był znanym, całkiem lubianym w mieście człowiekiem. Owszem, uważany był za lekko dziwnego, jednak mimo wszystko był to najlepszy w okolicy myśliwy, obeznanym z każdym zakamarkiem na wyspie. Miał on pewną przypadłość, dosyć nierzadko spotykaną w jego profesji - mowa tutaj o częstej potrzebie pobycia samemu. W dziczy, poza miastem. Szczególnie lubił spacerować w okolicach kopalni, w godzinach bardzo wczesnych, zwykle była to piąta rano. Nikt nie potrafił zrozumieć jego zwyczaju, ale w końcu nie bez powodu uważano go za trochę zdziwaczałego. Tego dnia Dieter zapuścił się w swoim spacerze nieco dalej niż zwykle. Mógł sobie na to pozwolić, niewiele było na tej wyspie istot, którym nie stawił już czoła i których trofeów nie sprzedał w mieście. Dzień zapowiadał się wspaniale, zaiste piękne było lato tego roku. Niebo czyste, ani jedna chmurka nie przesłaniała słońca. I nawet o tak wczesnej godzinie nie czuć było zimna. Łowca mógł w pełni oddać się swojej prawdziwej pasji: podziwianiu cyklu natury, oglądaniu życia w pierwotnej formie. Nic mu nie przeszkadzało. Nagle jego uszu dobiegł... zdawało mu się? Natychmiast podniósł głowę, nastawił uszu, wstrzymał oddech. Cisza. Stał w tej pozycji jeszcze przez chwilę, po czym wrócił do swojego poprzedniego zajęcia, jednak zdecydowanie bardziej czujny. Nie, to już usłyszał, był tego pewien. Krzyk, bardzo przytłumiony, daleki. Błyskawicznie ściągnął z pleców swój łuk i bezszelestnym biegiem ruszył w stronę głosu. Po chwili zatrzymał się, nasłuchując. Nie jeden, ale wiele głosów. Szczęk broni, walka. Spora walka. Ruszył dalej. Z każdym kolejnym krokiem wizja wielkiej bitwy stawała się coraz prawdziwsza, ale Dieterowi jedno nie dawało spokoju. Kto? Kto bił się tak wysoko w górach? Undabarczycy, to jasne, tylko z kim? W takich ilościach? Dieter był jedną z niewielu osób znających drogę do wioski. Krętą, niebezpieczną, zdradliwą. Mężczyzna sporo ryzykował, pędząc nią w takim tempie. Jego ciekawość jednak wymagała zaspokojenia. Coś dziwnego się działo, a Dieter musiał się dowiedzieć, co. Zbytnio się jednak spieszył. Noga mu się omsknęła, cudem uniknął roztrzaskania głowy o skałę. Udało mu się zsunąć na zwykłą ścieżkę. Już chciał zacząć dziękować Innosowi za szczęście, jednak spojrzał przed siebie i zobaczył coś, czego nigdy nie spodziewał się ujrzeć. Był to widok iście zatrważający, mącący odwagę w sercach najmężniejszych z mężnych. Kilkanaście metrów przed nim wywrócił się właśnie uciekający na łeb na szyję Undabarczyk. Wojownik podniósł się i już chciał zacząć znowu uciekać, kiedy w jego udo wbiła się strzała. Dieter spojrzał za plecy człowieka i ujrzał innego, stojącego z łukiem w ręce barbarzyńcę. Coś jednak było nie tak. Myśliwy dopadł skały obok i schował się za nią. Strzelec miał ogromną dziurę w torsie! Jakim cudem on żył?! Nie żył, idioto! To magia, nekromancja! Dieter skupił całą swoją siłę woli, by nie krzyknąć, zamiast tego obserwował... ...jak leżący na ziemi wojownik z wbitym w nogę pociskiem dalej próbuje się odczołgać. Dostrzegł Dietera, ich spojrzenia przez chwilę się spotkały, a Undabarczyk błagalnym wzrokiem prosił o pomoc, o ratunek. Nagle jednak zaczął wrzeszczeć jak opętany. Nieludzki, powykręcany głos odbijał się od górskich ścian. Myśliwemu zjeżyły się włosy. Leżący na ziemi człowiek zaczął się wić, nieustannie wyjąc w nieopisanym bólu. Chwilę później widoczny był powód - wszystkie żyły zaczęły mu wychodzić na wierzch, mięśnie kurczyć, włosy wypadać. Mężczyzna wysychał, starzał się, rozpadał. Szybko stracił siłę na krzyk, tylko ostatnim drygiem dłoni próbował oddalić się od wioski. W końcu przestał się ruszać, momentalnie zapadła głucha cisza. I słyszalny był tylko krótki, urywany oddech przerażonego łowcy. Trup jednak znów zaczął się ruszać. Dieter potrząsnął głową, nie wierzył własnym oczom. Ciało definitywnie zaczynało się podnosić. W bardzo nienaturalny, niepokojący sposób. W końcu uniosła się jego głowa, a puste oczodoły spoczęły na Dieterze. Tego było już za wiele. Tropiciel natychmiast odkrył w sobie niezwykłe umiejętności i nadludzką szybkość. W przeciągu paru godzin był w mieście. Strażnicy zatrzymali go, widząc wyczerpanie i panikę na jego twarzy. Dieter potrzebował chwilę, by złapać oddech, a następnie chwiejącym się głosem opowiedział, co widział. Gwardziści spojrzeli na siebie. Jeden z nich bezzwłocznie zaprowadził go do swojego dowódcy, Magnusa, i przedstawił historię, opowiedzianą mu przez Dietera. Kapitan z początku nie wiedział, co powiedzieć. Odnalazł jednak w sobie głos i wypytał myśliwego o szczegóły, temu zaś podano coś do picia. Po jakimś czasie człowiek uspokoił się i jeszcze raz opisał swoje przeżycie. Jednak w środku jego historii do pokoju wpadł strażnik, meldując, że w pobliżu kopalni widziano nieumarłych. Dowódca jeszcze raz spojrzał tylko na Dietera, a następnie wyszedł. Myśliwy słyszał tylko pospiesznie wykrzykiwane rozkazy, po czym stracił przytomność. Zmarł następnej nocy. Przyczyna nie została ustalona. Według sąsiadów podobno krzyczał przez sen. Dzień 14, sierpień, rok 809 kalendarza larańskiego Mieszkańców Wiltmarku obudzono bardzo wcześnie. Odgłos maszerujących, uzbrojonych żołnierzy odbijał się od murów miasta. Zaspany, kapitan wyszedł przed swoją kwaterę, na dziedziniec zamkowy. Bardzo szybko jednak się wybudził. Przed nim stał prawdziwy kwiat rycerstwa wyspiarskiego, cały oddział pięknych blach, najlepszej broni i niepokonanych umiejętności. Przed szereg wyszedł niezwykle wysoki człowiek o spojrzeniu, które wydawało się zmniejszać ludzi dookoła niego. Biła od niego nadzwyczajna pewność siebie i naturalna zdolność przywództwa. Przedstawił się jako sir Darius Krause, samozwańczy lider krucjaty przeciw Undabarowi; żądał przekazania pod jego rozkazy dwóch znających teren przewodników. Magnus był już całkowicie zdezorientowany, zaniemówił. Kątem oka dostrzegł pospiesznie zbiegających po schodach magów, już z odległości słysząc ich krzyki. Zabraniali oni Dariusowi ruszać w góry, mówili, że to samobójstwo, a kapitan natychmiast poparł ich stanowisko. Rycerz był jednak nieugięty, jego ludzie tak samo. "Fanatycy" pomyślał kapitan. Nie zamierzał z nim zadzierać, taki człowiek był zdolny do wszystkiego. Oddelegował do niego dwóch swoich ludzi, a gdy Krause tylko ich otrzymał, nie czekając, nakazał swoim wojskom wymarsz z miasta. Magowie natomiast nie dawali za wygraną, przez całą drogą do bram błagali ich, aby zawrócili. Magnus wszedł na mur, oglądając przemarsz imponującej armii. Szybko jednak zdał sobie sprawę, że źle ocenił przybyszów. Owszem, przód stanowili świetnie wyposażeni wojownicy, było ich jednak maksymalnie trzydziestu. Gros oddziału stanowiła zbieranina łowców przygód, złodziei i masy różnego tałatajstwa, głodnego znanego z opowieści skarbu Undabaru. Strażnik odmówił za nich krótką modlitwę w myślach. Następnego dnia mieszkańcy miasta doświadczyli czegoś, co będzie im się śnić po nocach do końca życia. Czasami zdarzało się, że do Wiltmarku dopływały jakieś oznaki nieumarłej bytności z Undabarze, czy to ciało, czy struga trupiego jadu. Teraz jednak nie sposób było dojrzeć zwykłej wody. Przeogromny strumień ogołoconych ze wszystkiego trupów i krwi spływał w stronę morza. Widok był to okropny, wielu ludzi zaczęło wymiotować. Sporo ciał osiadło na plaży. Paru odważnych rzuciło się do nich, zabierając na nosze. Chcieli im oddać ostatni hołd, każdy człowiek zasługiwał na pochówek. Tego dnia odbył się największy w historii Wiltmarku masowy pogrzeb. Od tego czasu mieszkańcy mocniej zamykają swoje drzwi, a straż wznowiła rekrutację do swoich szeregów. Morale miasta wiszą na włosku, ludzie boją się nawet spoglądać w stronę gór, obawiając się, że pewnego dnia dojrzą pędzącą w ich stronę hordę nieumarłych. Kto może powstrzymać to szaleństwo?
  5. No, o wiele lepiej się to prezentuje po zmianach. Jeżeli miałbym robić jeszcze jakieś poprawki, to tylko związane ze stylem pisarskim, ale to kwestia osobna dla każdego. Także, jest dobrze. Historia ładnie, schludnie przedstawiona, logicznie wpasowuje się w sytuację na serwerze, trucizny dogadaliśmy na discordzie - nie mam już do czego się przyczepić. Ode mnie okejka.
  6. Treść naprawdę mi się podoba, chociaż to może wynikać z mojej niedawno nabytej miłości do prozy Lovecraftowskiej . Ale... Ułożenie tekstu boli w oczy. Zanim zacząłem czytać, zmniejszyłem czcionkę z 20 na 18 - nie mogłem wytrzymać. Dialogi w środku zwały tekstu nie powinny występować - jak w książkach, wyróżnij je własną linijką i oddzielnym myślnikiem. A, i po obu stronach myślnika powinna występować spacja. Mała rzecz, a jakże ułatwia czytanie. Wprowadź te parę zmian i bardzo chętnie będę promować
  7. Opis miasta będzie często aktualizowany Północna Brama Wiltmarku zawsze pękała w szwach od podróżnych, szukających zarobku w bogatym mieście. Nigdy jednak wrót nie przekraczały takie tłumy uchodźców, pragnących znaleźć ochronę w bezpiecznych murach miejskich. Zasilają oni szeregi biedoty i niższej klasy społecznej. Bez wątpienia nie dla nich jest winiarnia, miejsce spotkań wszystkich majętniejszych mieszkańców Wiltmarku. Pokaźnych rozmiarów budynek z niewielkim ogródkiem od zawsze uważany był za przybytek wysokiej klasy i przez lata udało mu się utrzymać taką reputację. Rynek główny to zdecydowanie najżywsza część mieściny - wszelkie uroczystości, jarmarki czy targi odbywają się właśnie tutaj. W tym miejscu mieszkańcy wspólnie się bawią, handlują bądź słuchają gubernatorskich obwieszczeń. Nie sposób przegapić majestatycznej fontanny usytuowanej w centrum placu, na której w dumnej pozie dostrzec można rzeźbę przedstawiającą Borcha Wiltmarka, założyciela miasta, wraz ze swoimi wiernymi ogarami. Jest to także obszar skupiający wielu ważnych miejskich osobistości - ot, choćby kuźnię, z której całymi dniami rozbrzmiewa huk bezustannie pracujących młotów kowalskich. To tutaj można znaleźć najlepsze narzędzia i broń w całej okolicy. Po drugiej stronie ulicy znajduje się sklep ulokowanej drzwi dalej gildii myśliwych, oferującej piękne trofea z budzących trwogę stworów. Ongiś, by dostać się do któregokolwiek z budynków, trzeba było przebić się przez pokaźną kolejkę obiegającą cały plac - wychodziła ona ze stojącego naprzeciwko pomnika urzędu miejskiego, zajmującego się wydawaniem dokumentów, glejtów i pozwoleń. Teraz jednak mieszkańcy zachodzą tam wyłącznie za najwyższą potrzebą, a ogonek tylko czasami opuszcza drzwi gmachu. Do następnej części miasta prowadzi przejście, a w nim swoją pracownię ma alchemik - dosyć popularna profesja w tych czasach. Ci jednak, którzy postanowią przyjechać do Wiltmarku, a nie są ubogimi żebrakami, lokują się właśnie w karczmie, oferującej najwyższej jakości posiłki i trunki, a także dającej nocleg strudzonym podróżnikom. Na niższym piętrze tego samego budynku funkcjonuje także warsztat tkacki, bez ustanku produkując odzienie dla mieszkańców. Po drugiej stronie Górnego Miasta znajduje się zapomniany przez Innosa skwer, ze świecącą pustkami studnią na środku - stoi tutaj prawdopodobnie tylko dla jej wątpliwych walorów estetycznych. Dla niektórych jednak ludzi to miejsce jest iście zbawienne, a dzieje się tak za sprawą umiejscowionego tutaj działającego szpitala, będącego w tych czasach prawdziwym, najrzadszym skarbem, będącym cichym ukoronowaniem każdego kompleksu miejskiego. Miejscem urzędowania władz, a jednocześnie najlepiej ufortyfikowaną częścią Wiltmarku jest zamek, do którego wstęp ma tylko niewielka grupa upoważnionych ludzi. Reszta musi zadowolić się widokiem podestu, na których czasami wykonywane są egzekucje, najczęściej poprzez powieszenie. Swoje koszary posiada tutaj również straż miejska, której cały otaczający platformę placyk służy za obszar treningowy - okoliczni mieszkańcy często słyszą szczęk broni, wykrzykiwane rozkazy bądź odgłosy maszerujących podczas musztry wojskowych. Jednocześnie, forteca zawiera w sobie salę sądową, miejsce rozpraw i wydawania wyroków na mocy samego Króla Archolos, niemożliwych do zakwestionowania przez jakiegokolwiek urzędnika Wiltmarku. Po przeciwnej stronie placu znaleźć można zejście, prowadzące do podziemnych lochów, najgorszego koszmaru przestępców. Na piętrze natomiast, w sali biesiadnej, przyjmowani są wszelkiego rodzaju goście. Od zamku odchodzi most, prowadzący do najbardziej rzucającej się w oczy części miasta. Wybudowany na skale pomiędzy dwoma biegami rzeki Klasztor Magów Ognia to miejsce, z którego można podziwiać całą, przepiękną okolicę, a najlepiej można to robić w przerwach między czytaniem woluminów z bogatego księgozbioru biblioteki klasztornej, czy też modlitwami ku czci Innosa. Wielu dostojników, kupców i bogaczy z Wiltmarku często zachodzi tutaj w celu zasięgnięcia rady u mądrych Magów, lub też by zakupić mikstury, produkowane w sporej pracowni alchemicznej. Południowa Brama prowadzi do “tej gorszej”, biedniejszej części. Dolne Miasto w żadnym stopniu nie przypomina pięknych kamienic i wybrukowanych ulic Górnego, będąc siedliskiem wszelkiej maści przestępców i partaczy, ale także taniego noclegu i szybkiego, nie zawsze legalnego zarobku. Porządku tutaj pilnować ma oddelegowany do tego wydział straży miejskiej, który jednak - ze względu na swoją reputację - nazywany jest potocznie “chłopską milicją”. Siedzibę swoją mają w pokaźnych rozmiarów budynku, po lewej stronie od bramy. Naprzeciwko stoi zaś miejsce pracy wielu biedaków, warsztat stolarski, wiecznie pracujący nad niekończącymi się remontami rozpadających się okolicznych chat. Tych, których nie stać na nocleg w górnym mieście, kieruje się właśnie tutaj, do karczmy w Dolnym MIeście. Speluna rodem z bohaterskich opowieści gości każdego, oferując tanie piwo i mocne lanie dla niepłacących klientów. Od karczmy często dochodzą odgłosy burd, a wielu z jej gości szybko trafia do stojącego obok lazaretu, polowej wersji szpitala z Górnego Miasta, funkcjonującego w znacznie gorszych warunkach - ranni jednak nie mają prawa narzekać, że ktokolwiek chce się nimi zająć. Skrzyżowanie dwóch głównych ulic Dolnego Miasta to jedno z niewielu spokojnych miejsc w dzielnicy. Swoją pracownię ma tutaj kowal i alchemik, stanowiący tańszą alternatywę dla ludzi, których sakiewki są zbyt chude na towary z Górnego Miasta. Ludzie strudzeni ciężkim i niewdzięcznym życiem mogą szukać pocieszenia w kaplicy, w której co tydzień odprawiane są msze. Budynek obok za swoją bazę wypadową wybrała gildia myśliwych, wyżywiająca niemalże całą dzielnicę. W rogu ulicy natomiast znajduje się magazyn. Centrum życia mieszkańców Dolnego Miasta - targ, plac, a także rzucająca się w oczy arena. Chociaż oficjalnie walki w mieście są zakazane, to tutejsze miejsce jest pewnego rodzaju wyjątkiem, funkcjonującym pod specjalnym dekretem Gubernatora i opieką straży. To tutaj właśnie mieszkańcy mają okazję poznać podstawy sztuki wojennej, jakże przydatnej w wypadku oblężenia. W końcu nie ma lepszej obrony miasta niż przygotowani mieszkańcy. Kanały wiltmarskie są zdecydowanie najobrzydliwszą i najniebezpieczniejszą częścią miasta. Siedliska swoje mają tam wszelkiego rodzaju szumowiny, rzezimieszki i złodzieje, czekając tylko na jakiegoś nieuważnego człowieka, który w swojej głupocie postanowi zapuścić się w podziemia.
  8. Leonidas

    Tekstury Interfejsu

    To jest standardowy problem, który pojawia się podczas próby gry na singlu przy "włożonych" addonach. Najprostrzym rozwiązaniem jest usunięcie wszelkich addonów (nie G2O, tylko samych paczek serwerowych. Mapy problemów nie robią), wtedy oryginalna gra powinna działać tak, jak zawsze - może poza minimalnymi zmianami tu i tam. Jeżeli to nie zadziała (co się rzadko zdarza), wtedy niestety Gothica trzeba przeinstalować. A gry nie musisz sobie od razu odpuszczać :). Prace na naszym serwerze od kilku dni rozpędziły się całkiem nieźle - powiedzieć mogę, że start będzie na pewno, pozostaje tylko kwestia czasu. Z pewnością nie będzie to kolejny Bannerlord
  9. Leonidas

    Tekstury Interfejsu

    A na jaki serwer wszedłeś?
  10. (za pozwoleniem Jaskra) Hej hej, witam wszystkich. Umiecie czytać, widzicie tytuł postu. Ale zanim przejdę bezpośrednio do rzeczy, opowiem krótką historię o tym, dlaczego w ogóle robię taki temat. Na początku tego lata dostałem pozycję scenarzysty w pewnej grupie moderskiej (nazwy przytaczał nie będę), która działa w okolicach Gothica. Po kilku latach przerwy, wreszcie miałem okazję wrócić do starego zajęcia. Moja pozycja w ekipie bardzo szybko wzrosła, po paru tygodniach w praktyce byłem równy liderowi, co niezbyt dobrze świadczyło o tych ludziach, jednak mimo wszystko działałem dalej. Mniej więcej w tym czasie zaakceptowany został mój projekt na scenariusz do moda, a złożone mi zostały niesamowite wręcz obietnice odnośnie ilości i doświadczeniu ludzi, którzy mieli przy tym pracować - w tym także "byłych członków ekipy "Dziejów Khorinis"". Problem polegał na tym, że - choć zgłosiło się do mnie kilka osób (których liczba nie dochodziła nawet 20% tego, ilu miało ich być) - realnie przy projekcie pracowałem ja, oraz jeden inny człowiek, który załatwiał mi rozmowy ze wszystkimi, z którymi chciałem pomówić. Wielokrotnie wszyscy mnie tam denerwowali do szpiku kości, swoimi pustymi obietnicami i zerowymi kompetencjami, a także niemożliwością skontaktowania się z nimi za pośrednictwem jakiegokolwiek źródła. W końcu nadszedł moment, kiedy miałem już tego kompletnie dość i odszedłem bez słowa. Ale moja głowa nie przestała pracować. Narodził się pomysł, który przez następne miesiące kiełkował w moim umyśle, często o nim myślałem i dokładałem do niego nowe części. Teraz zamierzam zebrać ludzi i wprowadzić go życie - już bez totalnego zidiocenia wszystkich dookoła, tylko z ekipą, którą będę kierował, dzięki czemu będę miał pewność, że każdy jest na swoim miejscu i nikt nie znalazł się tutaj przypadkowo. Jest na tym forum parę osób, które kiedyś ze mną pracowało, i bardzo dobrze wie, jak to wygląda - nie stawiam swojej wizji projektu na piedestale i nie wymagam, żeby wszyscy wykonywali bez słowa sprzeciwu moje polecenia. Praca ze mną opiera się na burzy mózgów i ogólnej rozmowie, wspólnemu analizowaniu każdego elementu koncepcji i elastyczności planu, który na etapie produkcji cały czas zmienia swoją formę - głównie za sprawą propozycji, które płyną ze strony innych członków zespołu. Mam także świadomość, że wszyscy pracujemy "za darmo, z pasji", więc nie rzucam chorymi terminami na prawo i lewo, a także nie wymagam ciągłej aktywności - jednak mimo wszystko oczekuję zaangażowania w projekt, bo nie chcę być znowu zostawiony samemu sobie, jako jedyny człowiek, który wkłada serce w tworzenie tego moda. Poza tym, oczywiście, nie robię szkoły. Nie zamierzam nikogo uczyć od zera pisania, programowania czy grafiki - mogę udzielać wskazówek, porad, a także pomagać przy rozwijaniu swoich umiejętności, jednak nie prowadzę kursu dla zielonych. A teraz trochę o fabule moda. Uprzedzam tylko, że nie zdradzę za dużo, dam tylko ogólny zarys. Dokładne informacje są zarezerwowane dla ludzi, którzy będą zainteresowani wspólną pracą. W każdym razie: historia będzie się toczyła wiele lat wstecz, na wyspie Khorinis, za czasów, kiedy istniała cywilizacja Budowniczych, a Myrtańczycy dopiero budowali miasto i kolonizowali resztę lądu. Będzie to opowieść o jarkendarskim zwiadowcy, który będzie wysyłany na misje dotyczące przeszpiegów, podczas których będziemy mieli okazję zobaczyć, jak kiedyś wyglądała wyspa - historia odkrycia Górniczej Doliny, początków wydobycia rudy, klasztoru Zmiennokształtnych, kamieni ogniskujących, a także świątyni Magów Ognia, Szponu Beliara, Kamiennych Kręgów, a także wielu innych miejsc, które możemy zwiedzać w Gothicu. W drugiej części moda opowieść stanie się mroczniejsza, a przede wszystkim smutniejsza, przepełniona moralnymi wyborami i rozterkami, gdzie nie będzie dobrej decyzji. Będzie to opowieść o splugawieniu i upadku kultury Jarkendaru, a zdradzę tylko, że nie wszystko, co zostało zapisane na kamiennych tablicach, musi być prawdą. Ale kogo potrzebuję? Tutaj kwestia jest bardzo szeroka - programistów, grafików 2D i 3D, maperów, scenarzystów. To jest dla mnie must-have. Mile widziani są także wszelkiego rodzaju dźwiękowcy, aktorzy głosowi (bo planuję w pełni zdubbingowanego moda), a także specjaliści od animacji na silniku Gothica, bo parę przerywników filmowych również znajduje się w moim zamyśle. Wszystkich chętnych proszę o pisanie do mnie na priv (tutaj lub na discordzie: Deyfre#9832), najlepiej wraz z przykładami swoich prac. Dziękuję za uwagę i zapraszam!
  11. Leonidas

    Zmiana odnawiania staminy

    Zabierasz mi zarobek. Kiełbasa musi się kręcić
  12. Leonidas

    [Archiwum] Gunter

    No dzieło sztuki, istny przykład wspaniałości polskiej literatury. A tak na serio to bądźmy poważni, ale co to ma być. Wejście w jakąkolwiek biografię z gwiazdką wymaga minimalnego wysiłku, a daje do zrozumienia, że coś takiego to śmiech na sali. Nawet, jeżeli jesteś nowy i dopiero zaczynasz, to szczerze wątpię, abyś nigdy nie miał okazji przeczytania jakiejkolwiek dobrej książki, czy chociaż krótkiego jej fragmentu, chociażby na lekcji języka polskiego w szkole.
  13. Leonidas

    Pożyjemy, poczekamy.

    Nic raczej nie stoi na przeszkodzie tymczasowego przedłużenia (bądź skrócenia) przełożenia czasu IC na OOC. Weźmy np. sytuację, gdzie planowany jest jakiś nocny event, który nie wiemy, jak długo może potrwać, a chcemy mieć pewność, że nagle nie zrobi się jasno. W końcu, jak dobrze wiemy, to właśnie wieczory i noce dają najlepszy klimat - nie twierdzę, że dzień powinien trwać zaledwie parę godzin, a reszta doby ma spowić ciemność. Dążę do tego, że bardzo ciężkie, bądź nawet bliskie niemożliwego, byłoby określenie uniwersalnego przełożenia czasu, który tak samo dobrze sprawdziłby się w każdej sytuacji.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...