Skocz do zawartości

uRbi

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    1
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

0 Neutralny

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. uRbi

    Travis

    Piękna wizja, a rzeczywistość Jestem Travis. Po prostu Travis, wychowałem się w sierocińcu. Nie mogłem narzekać. Ludzie, których tam poznałem byli najmilszymi jakich przyszło mi w życiu widzieć. Kiedy byłem już trochę starszy, mając około 8 lat pomagałem w kuchni. Nie powiem, że lubiłem gotować, zwyczajnie łatwo mi to przychodziło, a i chciałem okazać wdzięczność tym, którzy całkowicie za nic mnie wychowywali. Wszyscy byli wolontariuszami. Nielicznymi, którym los dzieci nie był obojętny. Każde spotkanie z nimi było po prostu wspaniałe. Wśród wychowanków panowała niezwykle przyjemna atmosfera, pełna dobroci i troski. Pewnego dnia, mając wówczas dwanaście lat, wyszedłem z moim o dwa lata starszym kolegą z sierocińca po zakupy, byliśmy świadkami przejścia przez miasto orszaku paladynów. Grupa zbrojnych ludzi w pięknych pancerzach będących wręcz dziełami sztuki była cholernie inspirująca. Na tyle, że wykreowała drogę, którą chciałem podążać gdy dorosnę. Chciałem stać się kimś takim dla ludzi. Ludzi, którzy dawali z siebie wszystko, aby zastąpić mi rodzinę. Chciałem być silny po to, by oni czuli się bezpiecznie. Niedługo potem przyszło moje zderzenie z rzeczywistością. Nie grzeszyłem siłą, nie miałem kompletnego pojęcia o szermierce, ani też ogólnego pomysłu jak stać się obrońcą ludu. Po niezliczonej ilości prób nad moim prawie złamanym duchem zatlił się płomyk nadziei. Zamiast niespełnionych wizji wrócił mój analityczny i chłodny umysł, który tak bardzo sobie ceniłem. Opiekunowie bali się, bo nie mieli pieniędzy na prowadzenie sierocińca. Na ulicach natomiast często widziało się te same twarze w szykownych ubraniach, które wolały wydać na to niż pomóc tym, którzy tego potrzebowali. To i kilka pomniejszych wydarzeń rzuciły osiemnastoletniego mnie w stronę lokalnej gildii złodziei. Proste roboty polegające generalnie na wejściu po cichu do czyjegoś domu i wyniesieniu czegoś cennego, nic nadzwyczajnego. Swoją część w całości dorzucałem do funduszy sierocińca z myślą, że cel uświęca środki. Po jednej z takich robót coś się jednak zmieniło. Wynieśliśmy od lokalnego alchemika zawiniątko, w którym czuć było przez materiał jakąś fiolkę. Nasz wątłej budowy szef z maniakalnym spojrzeniem na łup dosłownie wyrwał go jednemu z nas, rozpakował i wypił zawartość fiolki. Chyba nikt nie spodziewał się tego, że zaraz potem nasz chuderlawy przywódca będzie w stanie dwuręcznym toporem, który zdjął znad kominka, odrąbać głowę jednemu z moich towarzyszy. Zaraz po tym odciąłem się od gildii i rozpocząłem pracę w lokalnym szpitalu jako opiekun chorych, koniec końców to wychodziło mi chyba najlepiej. Równocześnie w mojej głowie stworzyła się piękna hybryda. Mój analityczny umysł pogodził się z wizją potęgi poprzez wspólny mianownik- mikstury. To one były kluczem do wszystkiego. Pracowałem w szpitalu i spałem tam, nie chciałem obciążać sierocińca. Spałem rzadko, bo większość wolnego czasu spędzałem na zbieraniu różnych roślin, z którymi eksperymentowałem używając szpitalnej aparatury. Moje postępy, pomysły i konkluzje zapisywałem w oprawionym brązową skórą notesie. Prezencie na odchodne od opiekunów z sierocińca. Prace nie szły jednak za dobrze, nie miałem żadnego wykształcenia w kierunku zielarstwa czy tym bardziej alchemii. Miałem dość wymiotowania własnych mikstur. Zdałem sobie wtedy sprawę, że idealne obiekty badawcze mam tuż pod nosem. Ludzie, którzy i tak mieli umrzeć. Poza tym zmieniając lekarstwa na moje własne wyroby mogłem zbadać również potem sam w zaciszu te pierwsze. Wtedy jeszcze wmawiałem sobie, że dalej robię to dla ludzi. Ale liczyła się już tylko wiedza. Wiedza, która miała uczynić mnie zdolnym dosłownie do wszystkiego. Zrozumiałem, że to ona jest prawdziwą i jedyną potęgą. Okres w gildii złodziei nauczył mnie tyle bym mógł po cichu zakraść się do pacjentów i podmienić co trzeba było. Zostałem tak tylko ja, mój notes, badania i wróbel, który zawsze towarzyszył mi w badaniach siedząc na oknie. O ile to był ten sam wróbel. Lżej było mi myśleć, że tak właśnie było. Prace zaczęły w końcu jakkolwiek posuwać się do przodu i byłem w stanie zanotować coś cennego, a nie wyrywać tylko kartki z moimi wymysłami. Wszystko szło płynnie do tej feralnej nocy. Starszy facet, już na dobrą nieświadomy otoczenia, obudził się w nocy z napadem krwawego kaszlu. Miałem akurat dyżur, tzn. podawałem ludziom leki, które mieli przy łóżkach. Moja ulubiona funkcja. Ruszyłem gdy tylko usłyszałem napad kaszlu, od razu podałem „medykamenty”. W tamtym czasie, w wieku dwudziestu lat, już nie ruszało mnie cierpienie pacjentów, byli dla mnie jedynie źródłami wiedzy, z których mogłem czerpać. Reakcja mężczyzny na mój nowy wywar była dość niespodziewana. Zamiast usnąć, jak zakładałem gdy warzyłem miksturę, jego ciało zrobiło się sine, żyły wyszły na wierzch i koniec końców zasnął, ale snem wiecznym. Jeszcze gdy odchodziłem od łóżka denata notowałem na gorąco wszystko ze szczegółami, gdy w przejściu do izby zauważyłem innego pielęgniarza, który pełnił dyżur w przeciwległym skrzydle. Nie wiem co tu robił, ale patrzył na mnie ze zgrozą wymieszaną z niedowierzaniem. Nie oglądając się na nic, minąłem biegiem osłupiałego mężczyznę i ruszyłem przed siebie, jak najdalej za miasto, mając przy sobie jedynie swój notes i coś do pisania. Gdy pierwszy szok minął, uświadomiłem sobie, że w ogóle nie ruszyła mnie śmierć tego człowieka. Zadałem sobie jeszcze raz pytanie czemu ja to wszystko robię i skąd we mnie ta bezduszność. Zanim pod drzewa, przy których siedziałem, przyszła odpowiedź, przyleciał kto inny. Na rosnącym naprzeciw mnie drzewie usiadł wróbel. Pomyślałem, że szaleńcy często mają coś nie tak z głową. Moim zboczeniem zostały chyba te brązowe, małe ptaki. Zacząłem analizować sytuację. Zostałem mordercą, nie mam po co wracać do miasta. A nawet jeżeli człowiek i tak miał umrzeć tej nocy, to wszystko pójdzie na mnie. W każdym razie nie miałem za dużego wyboru. Tuż przed świtem wkradłem się do miasta, aby udać się do dzielnicy portowej i wsiąść na pierwszy lepszy statek. Po kilku dniach wysiadłem jak się okazało w całkiem innym królestwie- niejakim Archolos. Dowiedziałem się, że niedaleko znajduje się sama jego stolica- Wiltmark. Podobno robią tam dobre wino. Wspaniale się składa, po alkoholu zawsze mi się lepiej myślało. Wygląda to na idealne miejsce by zacząć od nowa. Ale co właściwie zacząć? W podróży oprócz kombinowania jak przeżyć bez grosza przy duszy, stwierdziłem, że zaledwie jedna rzecz jest pewna w życiu. Nie, nie podatki, wiedza. Wiedza sama w sobie jest kluczem do wszystkiego. Po imieniu łatwo wpaść na czyjś trop. Odrzucać stare? Trochę szkoda. Może zamiast tego jakiś pseudonim? Pseudonimy ktokolwiek może przybrać jakiekolwiek. Może te małe ptaszyny na coś się przydadzą. Nazwałem sam siebie wcześniej szaleńcem. W sumie ciekawe jak łatwo i bez emocji mi to przyszło. Ale ładne niebo. Ześwirowałem? Nawdychałem się tych swoich pseudomikstur? Psia jego mać Travis ogarnij się. I tak nikomu nigdy tego nie opowiesz, a trzeba wykombinować skąd czerpać wiedzę, za co żyć i gdzie mieszkać. Więc jak to mówią, komu w drogę i tak dalej… -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Hej, dzięki wszystkim, którzy tutaj dotarli Od razu się przedstawię. Na imię mi Patryk, mam 20 lat. Z papierowym RPG mam do czynienia od ponad 2 lat, w których zazwyczaj jestem MG. Ogrywałem Cthulu, Warhammera, D&D i Pathfindera. W ramach koronaferii od uczelni postanowiłem w końcu przejść Gothica od 0 bez kodów, a teraz trafiłem na RP w tym uniwersum, żyć nie umierać. To będzie moje pierwsze podejście do GRP i mam nadzieję, że zostanę na dłużej, bo zapowiada się elegancko. Liczę na szampańską zabawę i mam nadzieję, że biografia nie kłuje zbytnio w oczy
×
×
  • Dodaj nową pozycję...