Skocz do zawartości

Serek

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    10
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

34 Neutralny

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Serek

    ✅Rodzina Soranzo

    Nastąpiło nowe otwarcie serwerka, czas gry cofnął się o parę lat. Post Pasiorsonka jest więc nieaktualny, a historii rodziny dodałem całkiem nowy akapit, odnoszący się do czasu aktualnej rozgrywki. Zedytowaliśmy również delikatnie opisy postaci<3
  2. Serek

    Ocalali Undabaru

    Grupka zbiera się razem w określonych porach i miejscach, więc bez obaw! Krawiec żyje, żyje! Ale nie ma co się dziwić, że milczy od jakiegoś czasu i rzadko jest w zakładzie. Wszak Erwin niedawno zginął;p
  3. Serek

    Ocalali Undabaru

    Obserwacje trwały już od poranka. Jak zawsze, jak nigdy. Dzień w dzień, noc w noc. Ustali, jak strażnicy na pozycjach, zwołani do warty. Spoglądali w dal miasta: wgłąb murów, wgłąb typowych, jakże przyziemnych trosk mieszkańców. Miłości i domowych wojen, spisków i kontraktów. Słońce było coraz. wyżej. Należało powstać, dobyć toporów. I ruszyć tam, gdzie nikt nie chciał ruszać. W stronę gór. Skierowali się na daleki zachód, stąpając między drzewami, między skałami. Mijali bestie, ptaki, gryzonie. Nie czas był na łowy. Zadanie było większe, ważniejsze, poważniejsze. Słońce w trakcie podróży minęło wschód i zenit. Coraz bliżej było do zachodu, nim zdołali bezpiecznie dotrzeć na miejsce. Aż podeszli. Do gór, do Undabar. Daleko, ale jednak wydawało się, że nadal zbyt blisko. Oznaczyli stopami grunt. Wskazali palcami proste linie, krzyżujące główną ścieżkę. I złapali za topory. Zwrócili się w tył głowami, ramionami, torsami i biodrami. I pokierowali do drzew. Uderzali, jak rozwścieczony wąż. Rozgramiali ciszę, płoszyli ptaki na gałęziach. Ćwierki zastąpiły jedynie puste obijania stalą o korę. *** Budowali, rąbali. Zrywali liście, gałęzie i krzewy. I nieśli, wzdłuż drogi. Aż rzucali przed siebie, w jeden punkt. Przecięli prostą linią drogę. Minęła noc, minął dzień. I droga nie była już drogą. Zaledwie ślepym zaułkiem, zablokowanym przez masę śćiętego drewna i losowej zieleni. Jak mur, gruby i wysoki. Barykada, mająca powstrzymać każdego, kto nieświadom swych pobudek samobójczych zechciałby kroczyć dalej - wgłąb Undabar. *** "Bale i kloce drwa, leżały i czekały. Ino by je przetransportować. Wiedziały, jaki los im pisany - oddzielić dwa światy. Żywych, i umarłych, z grobu powstałych."
  4. Serek

    Ocalali Undabaru

    Wichry były coraz mocniejsze. Smagały - delikatnie, powolnie, acz jednak na przestrzeni wieków destrukcyjnie. Wiatr poruszał związaną kitę, zdobiącą tył głowy jednego z dzierżycieli broni. Drewnianej, giętkiej, łączonej długimi ramionami cięciwy. Zbliżył się, niosąc na ramionach zwierzę. Ptaka, o dziobie zakrzywionym i potężnym. Jak zawsze, mięso - tym teraz był, jakże chętnie zdobywanym przez grupę wyrzutków. Zbliżali się na powrót w te strony. Pośród drzew, chaszczy, aż do prostej, wydeptanej ścieżki. Wydeptanej przez ludzi, nie zwierzęta. Dni. Tygodnie. Miesiące temu. Teraz to jeno ruina; posadzka zdobiona mchem, posągi pozbawione mosiężnych kończyn. Arena, otoczona drewnianymi palami. Płotem, barykadą. Z głęboką jamą wewnątrz, stołami, siedziskami. Tronami i czaszkami. To tam pokierowali się - po raz kolejny. Nie pierwszy, nie drugi. Kolejny. Znali to miejsce, uznawali za swoje. Ziemię niczyją, nie dzierżawiąc już ani skrawka złotych gór, uznali za swój teren. Choć i tę okolicę często opuszczali, podróżując od drzewa do drzewa, od krzewu do krzewu. Przybywali co jakiś czas. Raz krótszy, raz dłuższy. Coś ich wiązało z tym miejscem. Staczali tam pojedynki, uczyli się wzajemnie technik łowieckich, preparowali mięsiwo. Jak zawsze, pośród swych prowizorycznych obozów. Lecz tutaj zdarzało im się zostawać dłużej. Nie na noc, by pędem opuszczać okolicę już od brzasku. Nie, tutaj zostawali na jedną noc, potem dwie, potem trzy. Obserwowali cichy krajobraz, dbali o siebie. Tylko i wyłącznie siebie. Ten dzień był... Niespokojny. Obcy, jakby bardziej zdziczały niż zazwyczaj. Coś nadchodziło. Coś wprawiało w drgania grunt. Ciężkie, drewniane. I wkroczyło na drogę, otoczone ludźmi. Wojownikami i szlachcicami, możnymi i ich sługami. Wszyscy skryli się pośród drzew, obserwując znad wzgórzy. Niczym cienie, podążali za eskortą. Za nimi, nad nimi, przed nimi. Wóz ustał u bram. Portalu, prowadzącego na arenę. I uderzyła strzała. Grot, przybity jak do wilczego ciała, ustały twardo w ziemi. Wszyscy zbiegli, skryli się. Na ziemi, za drzewami, za wozami. Rozpoczęły się krzyki. Krzyki, którym odpowiadało jeno milczenie. Błoga, spokojna cisza. Aż nastąpiły kroki. Jeden, drugi. Wyszli zza gór, zza drzew. Ustali na kamiennym przejściu, przyjrzeli się okolicy. Pustej, znów wyzwolonej od jarzma poszukiwaczy skarbów. Zeszli niżej, powrócili na swe stanowiska. Do nauki, do walki. Budowania więzi braterstwa. Dopóki nieproszeni goście nie powrócili. Przyjrzeli się, machali rękoma, nadal krzyczeli. Bez gróźb, bez obelg. Pozornie pokojowo, acz jednak chaotycznie. Dwójka skryła się wgłąb komnat, wgłąb ruin. Trzeci zbiegł za posąg, czwarty - z daleka - obserwował scenerię. Nie pozostawił swego posterunku, jak stróż na warcie. Trwał wśród konarów, słoniony przed spojrzeniami. Ekspedycja podchodziła coraz bliżej. Była już u wejścia. Aż rozległy się wrzaski, warkoty. Strzały nie spłoszyły ich dość skutecznie. Imitacja dzikich, potwornych zwierzów, wzbudziła grozę wśród serc. Nie uciekli, zmrożeni zostali, jak lodowe posągi. Parę sekund, parę chwil. I przez deski przebiła się ostała dwójka. Szarżując, jak porażone trwogą zwierzę, biegnąc na oślep. Jak do szturmu, nieudanego swego czasu na wielkie góry. Przetrwali, zwyciężyli, zbiegli. Po raz kolejny. Powrócili do wzgórz. Schowani za drzewcami, strzegąc na powrót. Pilnując, obserwując. Doglądając, jak pasterz swych owiec. Coś jednak było nie tak. Ślady krwi. Nie ich, nie ekspedycji. Nikt nie był ranny. A jednak, nosiciel chusty na swej głowie krwawił. Noga, pełniąca funkcję wodospadu. Jucha, coraz szerzej zdobiąca kamienne płyty. Trójca powróciła. Zbliżyła się pewnie. Najstarszy pozornie nosiciel tatuaży ustał wyprostowany, jak w oczekiwaniu. Dwójka zbliżyła się. Bez grymasów, bez ruchów brwi, bez skrzywienia ust. Podchodzili twardo, niczym tarczami spychając członków wyprawy pod ścianę. Wgłąb dalekiej jamy, zmuszając ich do pozostawienia rannego towarzysza. "Klinox!", krzyczały jeno głosy. Emocje huczały coraz mocniej, coraz większe nerwy, coraz mniejsze panowanie. Ale to inny świat, odcięty, odległy. Pięć metrów przed scenerią konającej duszy, na wyciągnięcie ręki, a jednak jak zza bariery - nietykalny, wygłuszony. Dwoje mężczyzn ostało się jak w bańce, całkowicie odcinając od reszty harmideru, reszty coraz silniejszego zgiełku. Liście, preparaty, soki. Więzy wokół krwawiącej łydki, zdobionej śladami zębów wilczej paszczy. Pożółkłych, ostrych i śmiercionośnych. Aż rozległ się donośny gwizd. Płynny, szybki, idealnie wycelowany. Zbudowany długą praktyką, jak na znak boskiego objawienia wyciszając wszystkich w komnacie. Pozostali powrócili do swego towarzysza. Po raz kolejny trójca opuściła te ruiny. Nie w popłochu, nie w ucieczce. W spokoju i opanowaniu. Lecz wciąż bez słów, jakby pozbawieni mowy. Wspięli się na wysokie góry, obserwowali drogę w zamyśleniu. Bez rozmów, bez dywagacji. Wpatrywali się w dal, błądząc wzrokiem po drodze, jeszcze do niedawna na nowo wydeptywanej przez właścicieli wozów. Temat nigdy nie został rozpoczęty jakimkolwiek słowem. I nigdy już nie powróci. Przeżyty, wyciszony. Wśród umysłów, wśród wspomnień. Lecz porzucony przez języki. Nastał zmrok. Powstali, odepchnęli się rękoma od coraz zimniejszego gruntu. I odeszli przed siebie. Czas spocząć.
  5. Serek

    Ocalali Undabaru

    -Słyszałeś może o pierwszym dniu w roku, podczas którego rodzą się wyjątkowe dzieci? Jeżeli szczęście nam dopisuje, raz na... parę lat, mamy okazję wychowywać kolejnego powiernika wiary, którego gwiazdy oddały właśnie tego dnia. Tak, widzę o czym myślisz... - Starzec przerwał na chwilę, przyglądając się wyraźnie zafascynowanemu chłopcu. - ...To ci spośród nas, których z pomocą swojego towarzysza namaszczam i wysyłam do świętej kaplicy w odległym zakątku krainy. Niosą dary, by zapewnić naszemu wielkiemu klanowi dalszą chwałę. By zaginione Duchy Dziczy mogły schronić się wśród skrzydeł naszego ołtarza, odpocząć od walki ze złymi widmami. Przynosząc podarunki - żywność, tradycyjne wyroby kowalskie czy ozdoby - zapewniamy im siłę. To one chronią nasz dom przed złem, zapewniają urodzajność i strzegą, by rzeki nigdy nie wyschły. Są dla nas jak mentorzy, strażnicy i przyjaciele. Pewnego dnia do nich dołączę, dbając, by klanowi nigdy nie stała się krzywda. I Ty również, gdy nadejdzie Twój czas. To zaszczyt dla każdego z nas, móc bronić klanu ramię w ramię z Przodkami. -Wycofujemy się... - Rzekł rosły człek z toporem na ramieniu, wśród grupy z wyraźnym zdruzgotaniem na twarzy oglądając napotkaną scenę. Nie trwało to długo - każda kolejna sekunda ukazywała więcej i więcej postaci, wyłaniających się jak widma z cieni. - Nie słyszycie?! RUSZAJCIE SIĘ, BO WSZYSCY ZARAZ ZGINIEMY! -Legenda tego klanu sięga bardzo dalekich stron, gdy przodkowie podróżowali wprost ze zmrożonych gór Nordmaru. Przebyli morza i oceany, walcząc z pogodą, statkami a nawet morskimi potworami. Aż odnaleźli góry naszego fortu. Zbudowali tu wielki posąg pierwszego jarla, stworzyli mury, wybudowali domy. Spoglądaliśmy na tę piękną krainę znad wzgórz, pod okiem naszych mentorów. Zawsze byli w asyście szamana. Nierzadko jeden szaman wspierał paru jarlów. Czarodzieje skradli sekret długowieczności, może prócz mocy to jeden z darów od Duchów. Tak czy inaczej... Ach... - Ojciec przerwał opowieść, zauważając, że dziecko podczas historii już dawno zasnęło. Mimo rabanu na zewnątrz - niczego takiego dziwnego w tej społeczności, szczególnie z dołami i areną nieopodal. Wieczór ledwie nastał, wojacy nadal się spierali o większą chwałę. [...] ucałował dziecię ledwie w czoło, wstając jak najciszej i wychodząc z domostwa. I dopiero zyskał moc widzenia: niebo poszarzało, wszędzie podniosła się mgła. Pora wskazywała na wieczór, ale okolica była... czarna. Ledwie chwila starczyła, by z mroku gór wyszła ciemna postać, krocząc w stronę światła domostwa. A za nią kolejna. I kolejna. Im bliżej były, tym kształty bardziej nabierały charakteru. Wyrazu. A gdy światło okiennic było dość blisko, by oświetlać lica, wszystko stało się dopiero w pełni zrozumiałe. Dźwięki sprzed paru minut nie były potyczką wojaków, lecz jeno walką o życie. Obroną tego, co wszystkim drogie i miłe. Walką przegraną z kretesem, czego siewcami ostali się zaledwie umarli, każdy kolejny z jeszcze większą ilością śladów broni i ran. Umarli, do których w ciągu chwil dołączył mężczyzna jeszcze przez momentem opowiadający legendy o potędze klanu. Umarli, ale po dwakroć, którzy z bruku powracali na klęczki. A z klęczek unosili postury do pionu, idąc pośród morza zimnych rąk, siejąc - jak na rozkaz, niczym puste marionetki - jeszcze większy chaos, rzeź i zniszczenie. Spojrzenia nie skupiały się na niczym. Deszcz padał nieprzerwanie od wielu godzin, wszystkie zwierzęta skryły się w norach. Wśród przemokniętych drzew, obarczonych jarzmem ciemnej nocy, ostali się zaledwie ci, którzy nigdy nie powrócili. Oparci o korę, obserwując chód mrówek, przeżywających w swoim świecie istne tsunami. Mrówek, które tak jak oni nie zdążyły powrócić do domu na czas. Nie ruszali się z miejsca przez następne długie godziny. Minęła noc, minął dzień. Dopiero po kolejnym zmroku odzyskali szczątkową resztkę animuszu, wybudzając się chwilowo ze stanu absolutnej katatonii. -Posłuchajcie... - Jarl wstrzymał się przez chwilkę, zwalniając uścisk swych skrzyżowanych na piersi rąk. Rozejrzał po monastyrze, wychylił nieco głowę. Wskazał jedną dłonią krajobraz, rozciągający się pod stopami całej wioski. - Rozejrzyjcie się. To nasz dom. Piękny, urodzajny. I potężny, jak nigdy dotąd. Pełen dumy i chwały. Teraz jednak nadchodzą dni błogosławieństw, czas więc ponownie zebrać Waszą grupę. Jesteście jak bracia, od dnia narodzin mający powołanie w naszej społeczności. Czas pokaże, kiedy dołączy do Was kolejne dziecię. Przybędę, w obliczu całej wioski, ze swym synem. Tak młodym, tak zaradnie aspirującym na mego następcę. Opuścicie te święte góry - obdarzeni darami. Skierujecie się wgłąb krainy. Duchy czekają, winniśmy odprawić modły ku ich czci. Nie ma czasu do stracenia. Deszcz nie przestawał uderzać z impetem o grunt, burza dawno osiągnęła swe apogeum... -Skupcie się! Ręce szerzej, twarze bliżej! Musimy oddać się duchom w pełni! Na pewno da się to odwrócić! To tylko mroczny omen! Nie przestawajcie, spełniajcie modły w naszej świętej kaplicy! Musimy oddać pełnię intencji, przodkowie wystawili na cierpliwość naszą gorliwość! To nauka! LEKCJA! ...A wśród grzmotów rozgniewanych chmur, echem niosły się wyznawcze okrzyki obłąkanych Undabarczyków. Tych, którzy z trwogą w sercach zbiegli ze swego domu. I powrócili do odległej kaplicy, dorównując prędkością stadu wygłodniałych zębaczy. Padli na kolana, padli na twarze. I modlili się. Minutami, godzinami. -Jeżeli się pospieszymy, zdążymy dotrzeć do tamtego przesmyku przed zmrokiem! - Wśród co rusz gaworzących towarzyszy, topornik wyglądający na przewodnika całej wyprawy zabrał głos, wskazując prawicą następny kierunek ścieżki. Pogoda nie dopisywała, dni od dłuższego czasu były pochmurne, z każdą godziną mżawka coraz bardziej dawała się odczuć. Grupa paru mężczyzn, z torbami i bagażami, kroczyła nieprzerwanie przed siebie, nie zważając na coraz większe błoto u stóp. Każdy jeden był dla siebie jak druh, rodzony brat, wsparcie w każdym momencie. Wysyłani co parę długich miesięcy wgłąb Archolos, odwiedzić kaplicę, poświęconą starszym Undabar. Strzeżenie tradycji i dbanie o dobro klanu - płynące z przebłagania duchów różnymi darami - było tym, co niezwykle twardo utrzymywało niezachwiane morale klanowiczów. Było też dla mężczyzn sprawdzianem dla samych siebie, sprawiając z nich niezrównanych zwiadowców, łowczych i wojowników - górską twierdzę opuszczali z tamtejszymi wyrobami, a wracali nierzadko nogi wręcz gnąc od ciężaru trofeów. Ta podróż jednak była... Inna? Zwierzęta panoszyły się po okolicy nadzwyczajnie licznie, co rusz zatrzymując podróżujących wysłanników Undabar. Dotychczasowe ustrzelenie zwierzów podczas podróży przemieniło się tym razem w walkę o życie, pełną brudu, potu i ran, gdy bez przerwy kolejna spłoszona bestia wręcz w nich wbiegała. Z głównej drogi zrezygnowali już dawno - ilość stworzeń blokujących szerokie przejście była stanowczo zbyt duża. Boczne, okrężne ścieżki, też są nimi usłane. Może i minimalnie słabiej, ale nadal ich obecność zdawała się nazbyt osobliwa. Co jednak przekroczyło progi kniei, że nawet najwięksi drapieżnicy zbiegli w strachu? Strzała powędrowała z charakterystycznym świstem wprost w tułów ścierwojada, skutecznie i możliwie jak najszybciej pozbawiając go życia. Reszta ptaków dawno zbiegła z polany, pozostawiając łowczych z ledwie jedną zdobyczą. Wyniesioną wgłąb lasu, gdzie pośród drzew niosły się ledwie dźwięki stąpania po liściach. Było tam jeno małe ognisko i kilka ściętych drzewców, czekających na możliwość upieczenia mięsiwa. To nie pierwszyzna - podróże po krainie i życie wręcz z dnia na dzień stały się codziennością. Noc w prowizorycznym obozie, aż rankiem podróż oczekiwała ponownie. Rzadko kiedy wracali w to samo miejsce dwa razy. Co rusz byli w innej części lasu, albo i w innej części doliny. Przez długi czas rzadko kiedy się odzywali. Spojrzenia były mętne, jakby puste. Zdruzgotane. Najczęściej przypatrując się podłożu, stawianym po mchu krokom. Wiele dni... Tygodni? Mijało, nim każdy z nich poznawał siebie na nowo. Nim poznawał na nowo swoich towarzyszy. Pracowali na siebie wzajemnie, dbali o dobro grupy. Polowali wyłącznie tyle, ile było konieczne, by zapewnić sobie wyżywienie czy łaty do pancerzy ze skór. To było już jedyne, co im pozostało. Skóry, osłaniające torsy. Niesplamione brzemieniem wspomnień, każdej nocy wracających niczym koszmar, cieniowe widma, przypominające jawę. Wychodzące z mroku jak spod murów twierdzy, ukazując nienaturalne, makabryczne lica. *** Długi czas każdy widziany z daleka człowiek wydawał się tak wyglądać. Jak potwór, widmo, duch, nieumarła kreatura, abominacja życia. Kroczenie pośród drzew i obserwacja były jedynym, na co pozwalały ich zmrożone niepewnością i strachem ciała. Wiele tygodni zajęło wypowiadanie na nowo pierwszych słów. Nikt jednak nie jest obdarzony mocą spoglądania w dal, by przewidzieć, czy kiedykolwiek jeszcze nie będą znikać jak najdalej na widok każdej żywej duszy. Grunt od brzasku dmiał, jak w róg. Ciężkie, liczne kroki, niosące wibracje po całej okolicy. Przyjście. Ustanie. Krótki okrzyk. Wymarsz. Undabarczycy, choć nigdy już nie zwali tak samych siebie po splamieniu honoru ucieczką, jedynie byli obok, choć jednak nie będąc. Jak zawsze pośród liści i mchu, podążając za oddziałem niczym cienie. Obserwowali wśród skał, z każdym kolejnym krokiem odczuwając narastający popłoch. Ten legion... On zmierzał w stronę gór. W stronę Undabar. Samobójcy. Ale po raz kolejny... Ciała jakby zostały zamrożone. Może powinni odejść, odwrócić wzrok, porzucić bolesne wspomnienia o tym miejscu? Ciekawość była jednak zbyt silna. A może była to szczątkowa, acz wciąż dumnie drwiąca nadzieja. Wojsko nadchodzi, krok za krokiem. Przekroczyli pierwej bramę między skałami. Przebyli trasę koło wody. Róg rozbrzmiał, odbijając się od skał. Niosąc po całej okolicy, jak sygnał do szturmu. Dobyto broni. Podniósł się pierwszy sztandar. Pierwszy okrzyk. Drugi. Trzeci. Akompaniament zażartej, nieugiętej walki z potworami w ciągu paru chwil zastąpiły wrzaski. Wołanie o pomoc, o wycofanie. Zza pierwszej bramy wybiegł zaledwie jeden człowiek. W stroju skórzanym; byle ochotnik, żaden żołnierz. Parę metrów. Kilka kroków. I upadek. Strzała w plecach. I kolejna. I kolejna. Parę chwil, aż oczodoły jego stały się puste. I powstawał, jak nienaturalna kreatura, trwożąc dusze wszystkich, którzy mieli nieszczęście obserwować ten widok. Odwrócił się, jakby nasłuchując. I pokierował z powrotem wgłąb twierdzy. Wtedy już panowała ledwie cisza. Broń upadła, pancerze zmiażdżono. Ciała rozerwano. Nadszedł moment odwrotu. Nieboszczycy jednak już okazji tej nie mają. Nie została im dana, gdy z każdej strony nadciągali umarli. Wzgórze, osłonięte krzewami, opuścili dawni Undabarczycy. Ich twarze malowały zaledwie przerażenie. Głęboki smutek. Zwrócili się w tył. Powędrowali po raz kolejny między drzewami, jak najdalej od tych przeklętych gór. Napełniali bukłaki, zbierali wodę w naczynia. Chłodzili twarze wodą rzeki, zmywali krew upolowanych zwierząt z koszul. Jedna jednak nie została oczyszczona. Stała się czerwona. Cała krwista. Przerwano zbieranie wody. Wszyscy powstali z klęczek. Obserwowali, jak wprost z góry nadpływa rzeka juchy. Teraz już nie dało się w niej dostrzec wody. Pod taflą tak jakby ktoś płynął. Wystawił jeno rękę. I kolejna osoba, wystawiając nogę. I kolejna, wystawiając głowę... Aż ujawniały się powoli ścięte kawałki mięsa, torsy bez kończyn, szczątki ubrań. Góry Undabar zebrały swe makabryczne żniwo. Nordowie zebrali ledwie swój dobytek. Ustali nad wodą, każdy jeden u swego boku. Przypatrywali się szczątkom, płynącym wzdłuż morza czerwonego. Bez grymasu. Bez emocji. Ten krajobraz był do przewidzenia. Odwrócili się ponownie. Lecz nie w popłochu. Nie biegli, nie uderzali ciałami o drzewa w amoku. Odwrócili się. I odeszli, bez ugiętych w strachu nóg. Powędrowali w stronę wzgórz, zajmując się na powrót wyłącznie sobą.
  6. Serek

    Ptaki Nocy

    birds of prey and the fantabulous emancipation of one harley quinn ogolnie moglbym sie jak to ja czepiac wielu powtorzen w tekscie i tak dalej i tak dalej, ale jak tak sobie poczytalem to umiem jednak wyciagnac calokszalt pomyslu bez oplatania tego w piekne slowka;p wiec na ogol pomysl spoko, troche bym przystopował z zabijaniem eLiTaRnYcH aSasYnóW, a kupcy są wysłannikami samego Zubena, więc to b a r d z o grube szychy, ale poza tym pomysł spoko. grupa łapiąca się wszystkiego, stopniowo podejmująca coraz radykalniejszych zleceń. a i ciekaw jestem jak wam wyjdzie gra ze składem zdaje sie trzech kobiet, ktorych i tak jest zawsze i wszedzie deficyt;D
  7. kox kp to prawda super mi sie czytalo
  8. Drewniane okiennice przybytku jak zwykle odsłonięte są od najwcześniejszego poranka, gdy tylko słońce zaczynało swą codzienną wędrówkę po niebie. Po wejściu do środka można dostrzec specjalne podwyższenia, na których ostały drewniane kukły, przyodziane w ubrania wszelkiego rodzaju, kroju i koloru. Nie ulega wątpliwości, że szyld ponad wejściem do tego miejsca nie kłamał - oto zakład krawca! Wszyscy dobrze wiedzą, że Srebrna Nić stoi pod protekcją jednej z rodzin, które mają w mieście dużo do powiedzenia; Soranzo może kiedyś cieszyli się większą nieco sławą, bogactwem i przywilejami, ale teraz bardzo usilnie starają się je przywrócić. Coś zaskrzypiało, a próg przybytku przekroczył kolejny nowy klient. Mimowolnie zmierzał w kierunku drewnianej lady, znajdującej się na samym końcu długiego pomieszczenia, rozglądając dookoła i czasem zatrzymując, co rusz rzucając okiem na różne stanowiska. Już tylko wchodząc do środka wystarczyła chwila, żeby zorientować się, które punkty z danymi strojami były dla jakiej warstwy społecznej. Otóż to - im dalej w głąb przybytku, tym jakość oraz zdobienie ubrań wchodziły na kompletnie inny poziom. Mężczyzna w końcu podszedł do lady, poprawił nieco swe uczesane włosy. Rozmowa się rozpoczęła, Pablo - bo tak zwie się krawiec zarządzający tym miejscem - zaczyna wskazywać na poszczególne dystyngowane stroje, opisując kolejno ich rozmiary, materiały wykonania i finalnie przechodząc do samej ceny. Kilka z nich to jeno proste stroje dla kmieci, a jeszcze inne - jak zresztą było już mówione - celowały bardziej w większe wymagania mieszkańców. Im dłużej przyglądać się jego dłoni, tym bardziej odznacza się charakterystyczny sygnet, który nie pozostawia wątpliwości ani trochę - właściciel najwyraźniej sam w sobie pochodzi ze sławetnego, mniej lub bardziej, rodu Soranzo. Po chwili ciszę przerwał miękki dźwięk jakiegoś dostojnego stroju, rzuconego na ladę... z podłogi? Sytuacja potrzebowała paru dłuższych chwil, żeby się wyjaśnić. Chwila skojarzeń i rychło połączone zostały wspomnienia o nadprogramowym pomocniku tutejszego krawca, choć niektórzy zwykli nazywać go ledwie maskotką. Faktyczny czeladnik musiał gdzieś najwyraźniej wybyć, może po brakujące materiały, więc co rusz różne rzeczy zanosił właścicielowi tamtejszy goblin. Wielu już dziwiło oczy, dlaczego nie biega z kijem i nie tłucze wszystkich po łydkach, imitując trolla, warcząc jak wilk i żrąc wszystko niczym szczur - i pewnie spoza kręgu zainteresowań samego właściciela nie dowie się tego nikt. Grunt rzeczy jest jednak taki, że stworzenie to jest w pełni... No, w każdym razie w dużym stopniu, nauczone różnych poleceń, by nie atakować każdego napotkanego chrząszcza i przy okazji pomagać w zakładzie. Teraz wygląda na to, że przyniósł jakiś strój, podsumowany przez Pabla jako "idący na aukcję". To, mimo lekkiego zdziwienia z początku, bardzo cwany myk; z racji działallności kompanii handlowej różne rzeczy tworzone przez profesjonalistów cechów, typu właśnie krawca, są co jakiś czas przekazywane domowi aukcyjnemu. Kto da więcej, ten ma szansę całkiem okazyjnie nabyć nowe odzienie. Lub miecz, lub łuk, lub sakwę. Kto wie, co pojawi się na kolejnej licytacji.
  9. Gdy wiele, wiele lat temu Francesco Soranzo kroczył jeszcze po tym świecie, samozwańczy poszukiwacze przygód i najpospolitsi odkrywcy bardzo dosadnie odczuwali deficyt znalezisk. Wszędzie tam, gdzie pojawiła się kompania archeologa, wszelkiej maści stare runy, artefakty czy proste tablice znikały nawet z najgłębszych grobowców i jaskiń. To on zapoczątkował całe, wiekowe już, imperium, zaskarbiając sobie uznanie wśród możnych dworzan, a nawet i samej rodziny królewskiej. Przez naprawdę wiele lat tułaczki po bezkresnych pustyniach i zmrożonych górach zdołał on zebrać i sklasyfikować naprawdę pokaźny, a może nawet i największy w dziejach, zbiór "Fragmentów przeszłości", jak to powszechnie określał swoją kolekcję. Spisał również trzy obszerne tomy na temat swoich podróży, owoców wykopalisk i ogólnego życia w tej nierzadko niebezpiecznej profesji, dając uczonym po dziś dzień temat sporów na temat przeszłości zarówno jego, jak i jego znalezisk. O ile początki, swego czasu jeszcze młodego, Francesca, nie były zbyt proste, tak z biegiem czasu zaskarbił sobie uznanie społeczne i - a jakże - pieniężne. Po przeszło trzech dekadach ogłoszono wszem i wobec, iż ten niezrównany pionier archeologii uzyskał od samego władcy tytuł szlachecki, co tylko pozwoliło mu w pełni rozwinąć skrzydła i rozpocząć edukowanie interesantów w dziedzinie historii. Właśnie dzięki naprawdę rozległemu zainteresowaniu patrycjuszy postanowił on spisać pierwszą z trzech wspomnianych ksiąg, umacniając swoją pozycję publiczną. Osiadł on ostatecznie w sercu Archolos, niezbadanej swego czasu wyspie gdzieś wśród archipelagów. Mógł w sędziwym wieku obserwować absolutny szczyt, na jaki osobiście wyciągnął swą rodzinę - którą to zresztą zapoczątkował, biorąc za żonę rdzenną mieszkankę młodej jeszcze wioski Wiltmark. Dzięki temu mógł oddać się poezji, którą darzył szczególnym uczuciem od zawsze, pozostawiając w rodzinnych bibliotekach jeno kilka swych wierszy. Pokoleń przewinęło się na linii historii naprawdę wiele, członkowie sławnego już Soranzo ostali się jako przedstawiciele w niemal każdym cywilizowanym rejonie. Na kontynencie, wyspach i wszelkich mieścinach. Był to już okres, gdy starego i obarczonego wewnętrznym kultem Francesco określało się po dziesięciokroć "pra"-dziadem, najprawdziwszym patriarchą tej kupieckiej dynastii. Wnuki pogrzebanego starca dumnie i dzielnie nosiły jego nazwisko, rozwijając sławę rodu po wszystkich stronach, nadal odszukując coraz to nowsze i ciekawsze znaleziska. Archolos było swoistą stolicą wiekowych już Soranzo, ostatecznie nabierając takie miano gdy dziad obecnego pokolenia - Marcello - otworzył sławny swego czasu dom handlowy. Rozpoczął pierwsze licytacje, sprzedając niektóre ze znalezisk, mnożąc fortunę rodziny wręcz dwudziestokrotnie. Aukcje stały się regularne, odbywając co kilka dni, bardzo często wraz z najnowszymi konwojami zbiorów. Wirtuoz sztuki retorycznej wydał na świat dwóch synów - Godfryda i Donatello, z czego, niestety, do czasów dzisiejszych ostał się jeno ten pierwszy, zostając oficjalnie głową rodziny. Drugi jednak pozostawił wyspie w spadku dwóch swoich synów - Rollsa i Royca. Jeden z dwóch braci Marcello również spłodził potomka, jak na swoje nieszczęście, zmarłego w bardzo młodym wieku Artezzo. Ale i on, choć u schyłku życia, zdołał spełnić swoje powołanie względem rodziny. Małżonka jego urodziła Pablo i Erwina, dwóch niebotycznie kreatywnych chłopów, którzy po założycielu długowiecznego rodu odziedziczyli naprawdę idealne umiejętności retoryczne. *** Następuje dzień dzisiejszy. Tradycja rodzinna, kultywowana przez wiele lat, musiała zostać porzucona. Komukolwiek z zewnątrz ciężko określić w pełni jasno, dlaczego Soranzo zamknęli dom handlowy, oddając go w wolne ręce. Może interes przestał być opłacalny jak kilka lat wstecz, może woleli skupić się na zagarnięciu większości interesów w mieścinie, by zwiększyć swe wpływy, a może po prostu przekopali wzdłuż i wszerz całe Archolos, i nie zostało już absolutnie nic, czym mogłaby zajmować się kompania handlowa. Majątek rodziny jednak zdołał uformować się w ogromny, złoty kopiec, gdy przez te wszystkie lata Rolls i Royce zarządzali domem aukcyjnym, a Erwin i Pablo organizowali kompanię handlową. Teraz pierwsza dwójka zajęła na własność kuźnię w górnym mieście, prosperując jako najlepsi tutejsi kowale i płatnerze, Pablo zwrócił się w kierunku krawiectwa, a Erwin natomiast ostał jako łuczarz i myśliwy w jednym. Godfryd? Jak to staruszek, aktualnie jest zarządcą Wiltmarskiej farmy. Soranzo są w mieście silniejsi niż pewnie byli kiedykolwiek. Strzegą swoich interesów, dbają, by złota rzeka Wiltmarku nie przestawała płynąć. Strzegą też jego dobra obronną, stalową ręką, mając wśród swej rodziny nosicieli tytułów rycerskich. Dbają o gród, wspierają gwardię i robią wszystko, by tętniło tu życie - jak na szlachtę, praktycznie władającą tym miastem, przystało. Godfryd Czterdziestosześcioletni brat zmarłego już Donatella Soranzo. Samotny, bez żony i dzieci człek stanu rycerskiego, senior rodu, teoretycznie przewodzący teraz całej rodzinie. Całkowicie siwy, z włosami i brodą ułożonymi w dość prosty sposób. Jak na swój wiek wydaje się pełen wigoru i siły, zawdzięcza to codziennym ćwiczeniom oraz jak sam twierdzi, modłom kierowanym ku Innosowi. Z natury spokojny, skory do rozmowy i wyrozumiały, sprawiający wrażenie poczciwego staruszka. To ten człowiek, dla którego liczy się przede wszystkim dobro rodziny. Martin Niskiego wzrostu człek, o niezwykle ciemnych włosach i bokobrodach. Jeden z dwójki, trzymającej pieczę nad górnomiejską kuźnią. Jest kompletnym przeciwieństwem swojego brata - bywa arogancki, skory do kłótni i nadwyraz wybuchowy. Świetnie odnajduje się w często bezwględnym środowisku interesów. Lubuje się w oglądaniu pojedynków na miecze, a nawet - kontrastowo - świetnie gra w szachy. Zaciekle kolekcjonuje wszelkiej maści broń białą i pancerze; jest niezwykle oddany prowadzeniu rodzinnych interesów, przewodząc biznesowi w roli kowala. Aston Wysoki, trzydziestoczteroletni mężczyzna o brunatnych włosach i piwnych oczach, z krótko przystrzyżoną brodą i siwymi prześwitami. Lubujący się w luksusach, ale nielękający pracy fizycznej. Bardzo skrupulatnie ważący na swe słowa i - wobec tego - zdanie innych. Dumnie kultywuje tradycję rodzinną, pałając niezwykłą pasją do historii, a jeszcze większą do złota. Wolny czas spędza jako strzelec, malarz i koneser dzieł sztuki. Mimo zamiłowania do estetyki, prowadzi kuźnię w asyście swojego brata bliźniaka, gdzie zresztą często można go spotkać w roli płatnerza. Jest niezwykle oddany swemu rzemiosłu, odpowiadając za piękne zdobienia brygantyn rycerstwa Soranzo. Erwin Drugi syn młodo zmarłego Artezzo Soranzo; młodszy, trzydziestoczteroletni brat Pabla. Wraz z wiekiem - poza obowiązkami rodowymi - z chęcią udzielał się w organizowanych polowaniach, co z racji wysokiego statusu rodziny było mu udostępnione. Człek ten gustuje w ciemnych barwach stroju, krocząc o krótkiej fryzurze i skromnej bródce. Jak na człowieka zajmującego się finansami przystało - jest bardzo skrupulatny i sumienny, będąc również niezwykle nieufnym wobec innych. Często przechadza się po mieście dumając o interesach i obserwując mieszkańców; bywa widziany ze szpadą, nierzadko idąc na polowania, mając często u boku czeladników. Po śmierci ojca rozdzielił się z bratem na zarządzanie dwoma odnogami interesów, obierając za cel łuczarstwo i myślistwo. Chodzą też słuchy, że z racji urzędowania w górnym mieście, Erwin jako jeden z członków rycerstwa zarządza Kołem Łowieckim zajmującym się organizowaniem polowań na grubą zwierzynę, jak i organizowaniem polowań grupowych. Pablo Drugi z braci, starszy od swego brata o dwa lata, przejawiający nierzadko dosyć despotyczne i skrajne zachowania. Mimo współpracy z Erwinem wieloma rzeczami zajmuje się w pojedynkę, nadal starając się nauczyć brata obycia w profesji. Jest przede wszystkim aż do bólu stonowany, okazując bardzo adekwatne do różnych sytuacji nastawienia. Nade wszystko ceni sobie złoto, absolutnie w każdej sytuacji doszukując jak największego zysku. W mieście nie jest wcale tak ciężko go zauważyć - tutejszy i jedyny zresztą krawiec nosi długą, zdobioną, czarną szatę, nierzadko zdobiąc strój kapeluszem i biżuterią. Wraz z bratem - Erwinem - jest trzecią osobą obdarzoną tytułem rycerskim, tylko podkreślając swoją pozycję w mieścinie.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...