Skocz do zawartości

Pasiorson

Użytkownik
  • Liczba zawartości

    39
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

45 Neutralny

4 obserwujących

O Pasiorson

  • Urodziny 01.10.1869

Ostatnie wizyty

263 wyświetleń profilu
  1. Drzwi trzasnęły głośno, a framuga zadrżała wyraźnie. Zatrzymałem się, oddychając ciężko. Słyszałem jak za zamkniętymi przed chwilą drzwiami, ojciec wstaje ze stołka i zaczyna sprzątać stół. Wiedziałem, że przesadziłem. Przecież on tylko chce mi pomóc, wskazać właściwą ścieżkę. Powoli otworzyłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia. Ojciec rzeczywiście sprzątał na stole, nie zwracając na mnie uwagi. Zbliżyłem się do blatu, patrząc na mój ostatni projekt. Był to stary obraz, który przybył do nas z domu bogatego kupca z Myrtany. Nie był bardzo zniszczony, w większości po prostu brudny. Wyczyszczenie go nie było większym wyzwaniem, ale odkryło parę miejsc, które musiałem wyretuszować. Tutaj zaczęły się schody. To było moje piąte podejście, a ojciec ciągle nie był zadowolony z wyniku mojej pracy. Zazwyczaj znosiłem to spokojnie i posłusznie, zabierałem obraz i robiłem wszystko od nowa. Oczywiście tym razem pękłem... - Wybacz. Poprawię to. - Nie. - odpowiedział, po chwili milczenia - Ja się tym zajmę. Ty weźmiesz ten drugi. Zatkało mnie na chwilę. Jedyny inny obraz w naszej pracowni pochodzi bezpośrednio od Waymara, który zamierzał odnowione dzieło wstawić do swojego nowego pałacu. Był to rodzinny obraz namalowany przez mojego dziadka, przedstawiający protoplastów rodu władców Wiltmarku. Przez wiele lat leżał zapomniany w piwnicach pod zamkiem, dopiero przy pracach nad nowym pałacem został odnaleziony i przywieziony do nas. Obraz był w opłakanym stanie, ale większość prac została już wykonana. Zostało tylko wyretuszowanie. - Nie rozumiem - przyznałem w końcu - Nie dziwię się. Pozwól że ci to wytłumaczę. - ojciec spojrzał się na mnie, a ja zobaczyłem swoje odbicie w jego okularach - To co zrobiłeś tu. Nigdy nie zdołałem tak dokładnie zakryć uszkodzeń. To miałem na myśli mówiąc "Nie masz już co robić przy tym obrazie". A ty oczywiście postanowiłeś rozwalić do końca nasze drzwi. - A... W takim razie... - Tak dokładnie. W takim razie zajmiesz się dziełem mojego ojca. Zrobisz to lepiej ode mnie i znacząco szybciej. Ja wezmę ramę i przygotuję ją do złocenia. No i oczywiście skończę twój projekt. Jutro, po wyschnięciu powinien być gotowy do odesłania. Ojciec zaczął się krzątać po pracowni. Mój obraz powędrował na półkę z prawie skończonymi przedmiotami. Leżały tam najróżniejsze srebrne i złote ozdoby - zastawy, szkatułki, biżuteria. Wszystko to trafiało do nas w różnym stanie, większość trzeba było porządnie wyczyścić. Tym się właśnie zajmowaliśmy z ojcem. Byliśmy konserwatorami. - Kon... ser... wator? - człek uniósł brew i skrzywił się - To prawdziwa praca? Brzmi jak jakieś oszustwo... - Prawdziwa. Właśnie dzięki temu zarobiłem... zarobiliśmy z ojcem na dom w górnym mieście. Tłok w karczmie nie pozwalał na spokojne prowadzenie rozmowy. Praktycznie krzyczeliśmy do siebie. Mój towarzysz był prostym człowiekiem, którego praktycznie poznałem przed chwilą. Postawiłem mu piwo i zaczęliśmy gadać. Był bardzo uprzejmy, ale niezbyt rozumny. - Zarobiłeś na... Czyszczeniu rzeczy? - Tak. Nie tylko. To praca wymagająca znajomości wielu sztuk. Ojciec studiował je w Laranie, a ja u niego. Jestem też malarzem, rysownikiem. Trochę gram na instrumentach i piszę. - O! Piszesz? A co takiego. - W sumie zazwyczaj to, co ludzie chcą. Czasem ogłoszenia, czasem listy. Raz kopiowałem księgę. - Widziałem taką kopiarnie w klasztorze na kontynencie. Niezwykle nudna praca... - Mi się podobało... Wzruszyłem ramionami i upiłem łyk piwa. Przez chwilę milczeliśmy. Lubiłem raz na jakiś czas wybrać się do karczmy, porozmawiać z ludźmi. Dużo można się było dowiedzieć w takich miejscach, a co ważniejsze - można było tu znaleźć klientów. Wielu z tych bogatszych mieszczan lubiło przychodzić tutaj aby pokazać się uboższym. Wydawali całe mieszki złota, dosłownie rzucali monety na lewo i prawo. Właśnie takich ludzi potrzebowałem. Od śmierci ojca, jedyne co mi pozostało to jego mądrze rozlokowane oszczędności. Większość z nich pochodziła jeszcze z zapłaty od Waymara. Wtedy właśnie przeprowadziliśmy się do Górnego Miasta i otworzyliśmy nową pracownię. Dobrze nam szło, dzięki nowej lokalizacji mieliśmy więcej klientów. Ale potem czasy się zmieniły... Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojego rozmówcy. - To teraz pewnie ci się nie wiedzie, co? - Skąd ta myśl? - Jak to. Ludzie mają problemy, niektóre biznesy ledwo co się trzymają. Wątpię żeby przy takiej sytuacji, ludzie się przejmowali sztuką. - Tak... To prawda. - zdziwiłem się na nagły przebłysk inteligencji, jaką wykazał mój towarzysz - Co więcej, straciłem wiele kontaktów. Ojciec znał wiele osób na kontynencie i innych wyspach. Gdy go zabrakło, zostałem w sumie sam... - Tja. Brzmi jak niezłe gówno. Nie możesz się zająć czymś innym? - Całe życie spędziłem z ojcem w pracowni. Nie wiem co mógłbym robić. Znam się nieco na ślusarce, jubilerce, obróbce drewna. Ale na niczym tak dobrze, żeby się tym zajmować wyłącznie. - A na malarstwie nie da się zarobić? - Ha! Chciałbym! - zaśmiałem się gorzko - Jakby jeszcze komukolwiek w dzisiejszych czasach zależało na obrazach. Zapadła chwila ciszy, oczywiście tylko między nami. W karczmie nawet zrobiło się głośniej, bo własnie tłuszcza wiwatowała na cześć szlachcica, który zdołał podnieść sukienkę jednej z posługujących dziewek. W tej chwili był niesiony na rękach paru lokalnych osiłków, którzy kierowali się z nim w stronę drzwi. Westchnąłem ciężko i wypiłem resztkę piwa jednym haustem. Po raz kolejny wróciłem do domu z niczym. Nie dopuszczono mnie przed oblicze Nicolasa de Herte. Obecnie był chyba jedyną osobą w mieście, która mogła dać mi zarobić. Ze zdenerwowania, trzasnąłem mocno drzwiami od pracowni. Huknęły głośno, a framuga zatrzęsła się wyraźnie. Zamknąłem oczy i westchnąłem głęboko. Szybko zgarnąłem swój przybornik, zgarnąłem pod pachę czyste płótno na ramie i po chwili już szedłem w kierunku bramy miejskiej. Minąłem niewiele osób po drodze, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Prawdopodobnie nawet mnie nie znali. Co innego, gdyby tą ulicą szedł mój ojciec. W jego czasach, kłaniano mu się na ulicach. Ludzie rzucali w jego kierunku dobre słowa, szanowali go, ZNALI GO. Uspokoiłem się dopiero docierając do małego wzgórka, z którego miałem dobry widok na zamglone w oddali góry. Z przybornika wyciągnąłem dziennik, kawałek ostrego węgla którym pisałem, no i oczywiście paletę farb i pędzle. Zacząłem od dziennika. Wyciągnąłem się na trawie i otworzyłem go na ostatniej zapisanej stronie. Był tam niedokończony wiersz, który pisałem w środku nocy, wyglądając przez okno na śpiące miasto. Oczywiście, nie zamierzałem go kontynuować - nastrój kompletnie nie pasował. Przekręciłem na następną stronę i zacząłem pisać. We śnie ujrzałem wyspę pośród morza Chowała się w mgłach i oparach złych Drzewa, jak włócznie wbite w nieboskłon Wyrastały z jądra ciemności Moja łódź tonęła pośród ostrych skał Unosiłem się na falach czarnych wód Których nazwy nie znali najstarsi marynarze A nie czułem nic poza lekką, morską bryzą Zszedłem na ląd, na Wyspy Umarłych Gdzie żaden z żywych stać nie powinien Lecz stałem tam Ja, z żywym błyskiem w oku I w to co ujrzałem, uwierzyć nie potrafiłem Umarłych grono, wśród ciemności drzew Tańczący korowód drwiących z życia Nie mogłem oderwać od nich wzroku Aż ciemne wody obmyły falą me stopy Z weny wyrwał mnie krzyk drapieżnego ptaka. Spojrzałem za nim, podziwiając jak szybuje wysoko, po czym pikuje w dół za zdobyczą. Dopiero po chwili zorientowałem się, że patrzę w kierunku gór, pośród których leży osada Undabar. Zamknąłem dziennik i otrząsłem się. Na myśl o tym miejscu ogarniało mnie przerażenie. Postanowiłem nie marnować chwili i zabrałem się do obrazu. Na wpół leżąc na trawie, uchwyciłem panoramę lasu, zza którego wyrastają góry. Siedziałem na wzgórku to wieczora. Gdy tylko słońce zaczęło zmieniać barwę na pomarańcz, skończyłem pracę. Wracając przez miasto nadal krążyły nade mną jak drapieżne ptaki myśli o krainie umarłych, o Undabarze. Wiedziałem, że tej nocy napiszę więcej na ten temat. Po prostu to czułem.
  2. A więc tak... Mój pierwszy raz... Miałem wtedy może z czternaście lat, byłem jedynym czarnym majtkiem na statku pewnego starego kupca. Dziad był strasznym sadystą i nie ukrywajmy - rasistą. Wszyscy niżsi rangą marynarze wiedli na jego szalupie psi żywot. Na moich oczach, codziennie ktoś nie wytrzymywał. Komuś załamywały się plecy pod ciężarem przenoszonych towarów, ktoś spadał z olinowania czy rzucał się za burtę, próbując uciekać. Starucha to zawsze bawiło, podobno nawet prowadził dziennik kto, jak i dlaczego zmarł. Nie dziwne chyba, że wszyscy chcieliśmy się go pozbyć. Był jednak pewien problem - dwumetrowy problem o wielkich barach i z bardzo ostrym toporem. Przyboczny naszego kapitana. podobno nordmanczyk, ale nigdy nie widziałem nikogo podobnego do tej bestii. Dlaczego ktoś taki trzymał się boku jakiegoś reumatycznego wypierdka? Nikt z nas nie wiedział. Chodziły słuchy, że jest niewolnikiem, albo po prostu stary go dobrze opłaca. Było w nim coś szczególnego, coś co sprawiało, że w pierwszej chwili nie zauważało się jego postury. Nie miał nosa. Na środku jego twarzy czerniały dwa, niesymetryczne otwory, krwistoczerwone, pokryte siecią żył. Wyrastały z nich pojedyncze włosy o barwie świeżego siana. Powód, dla którego pamiętam ten szczegół tak dobrze jest prosty. To ja bowiem wbiłem w jeden z tych otworów nóż. Tak... To był pierwszy raz kiedy kogoś zabiłem. Nie myślcie o jakiejś wielkiej walce, siłowaniu się czy unikaniu jego potężnych uderzeń. Zwyczajnie podszedłem i to zrobiłem. Nie wiem czy zrozumiał co się dzieje, zanim moi kompani rzucili się na niego. Skończył jako kupa mięsa rzucona rybom. Po buncie staliśmy się bandą podrzędnych piratów. Nie było wśród nas kapitana, nie było żadnej organizacji. Jakiś czas szwendaliśmy się po morzu, napadając na jakieś statki dla uzupełnienia zapasów. W końcu jednak straciliśmy dobrą passę i musieliśmy zejść na ląd. Ruszyliśmy ku najbliższej wyspie mając nadzieję, że uda nam się tam spieniężyć towary, które zdobyliśmy. Oczywiście ominęliśmy port. Spuściliśmy kotwicę niedaleko brzegu, a do miasta przerzucaliśmy towary małą łódką. Na jednej z takich eskapad, zostaliśmy przyłapani. Nie było szans na ucieczkę. W ten sposób trafiłem do więzienia. Jako dzieciak nie byłem traktowany poważnie. Musiałem zyskać szacunek i wpadłem na jeden pomysł. Muszę przyznać, miałem już wtedy wyobraźnię, nie ma co. Używając tylko drewnianej łyżki, którą uprzednio naostrzyłem na ścianie, zdołałem pozbawić życia tego, który najwięcej ze mnie drwił. Gdy już leżał pod moimi nogami wykrwawiając się z dziury w szyi, wpakowałem mu parę dźgnięć w brzuch po czym wbiłem drewniany kołek w jego oczodół. Znaleźli go tak po paru godzinach. Strażnicy nawet się nie przejęli. Wytargali jego ciało i zmyli nadmiar krwi. Współskazańcy natomiast byli nieco bardziej emocjonalni. Część obwiniała się nawzajem, część miała to głęboko. Moi dawni kamraci spoglądali na mnie ukradkiem. Nie afiszowałem się z tym zbytnio. Wystarczyło mi to, co zyskałem w ten sposób: spokój. Nie miałem okazji do zabijania przez długi czas potem. Miałem wtedy może ze dwadzieścia lat, nie więcej. Od wyjścia na wolność pływałem bez celu na statkach wykonując wszelkie prace. Co zarobiłem, przepijałem albo wydawałem na ubrania. Nie opływałem w luksusy i na nich mi nie zależało. Los w końcu zadecydował i skończył to spokojne życie. Zaciągnąwszy się jako tragarz na okręt kompani kupieckiej, nie wiedziałem, że w owej kompani trwa walka o władzę, która na morzu przerodziła się w regularną wojnę. Z początku jakoś nie zdziwiła mnie ilość zbrojnych i wysoka jakość ich ekwipunku. To, co wyrabiały te odziały nie mieściło mi się w głowie - przynajmniej wtedy. Przez miesiąc czy dwa, przez które z nimi trzymałem, widziałem więcej mordów, gwałtów, egzekucji czy rabunków, niż przez resztę mojego życia. Na porządku dziennym było wycinanie w pień osad rybackich płacącym haracz nie tym co trzeba czy podpalanie mniejszych wysp w całości, aby nie nadawały się na kryjówkę. Dla mnie jednak najbardziej przydatne okazały się abordaże. W ich trakcie cała załoga była mobilizowana. Po pewnym czasie przestałem mieć zahamowania. Najemni żołnierze polubili mój zapał, zaczęli mnie trenować w wolnych chwilach. W portach przerzucałem towary, w trakcie rejsów ćwiczyłem walkę pod okiem weteranów. Może nawet zdołałbym wówczas porzucić pracę tragarza na rzecz zostania najemnikiem, ale... No właśnie, "ale". Prywatna wojna wyraźnie nie podobała się lokalnym władzom. Często wchodziliśmy w spory, ale nigdy nie doszło do walk. Największe utarczki przechodziliśmy z okrętami pod banderą Królestwa Myrtany. Pewnego razu mijając jeden z ich okrętów zasygnalizowali nam rozkaz zatrzymania statku. Nasz kapitan oczywiście odmówił. Skończyło się ostrzałem artyleryjskim i wyławianiem wszystkich poza najemnikami z wody. Do żołnierzy strzelano z kusz, upewniając się, że nie przeżyją. O dziwo mnie i kilku innym tragarzom udało się sprzedać królewskim wojskom historię o tym, że jesteśmy niewolnikami i nas uratowali. Obecny na pokładzie sierżant stwierdził, że w takim razie powinniśmy wstąpić w ich szeregi. Jako jedyny na to przystałem i jako jedyny nie zostałem zakuty w kajdany i sprzedany na najbliższej wyspie. Miałem dwadzieścia parę lat, postawną budowę i całą kolekcję przeróżnych blizn. Przed jakimś czasem skończyłem służbę w wojsku. Ominęły mnie walki z orkami, podboje Varantu czy inne podniosłe wydarzenia. Byłem prostym żołnierzem na małym statku pilnującym dróg handlowych przed piratami. W ten sposób uratowałem pewnego kupca, który w zamian dał mi list polecający do rodziny niejakich Soranzo z Archolos. Prawdę mówiąc zapomniałem o tym papierze do chwili, gdy pakowałem się przed opuszczeniem statku. Nie mając nic innego do roboty, postanowiłem dostać się na wyspę i uzyskać obiecaną przez kupca nagrodę. Nie wiedziałem co to będzie, liczyłem na gruby sztos monet i dobre wino. Na miejscu jednak zostałem wcielony do prywatnej straży bogatego rodu. Pracowałem u boku samego Marcella, wpierw w jego domu aukcyjnym, a potem już przy coraz mniej oficjalnych sprawach. Stary mnie lubił i szanował, szczególnie za moją gotowość do robienia wszystkiego, czego potrzebował. To były czasy. Nosiłem zawsze świeże ubrania i miałem zawsze błyszczącą broń. Sprawy pogorszyły się dopiero, gdy władzę zaczęli przejmować jego potomkowie. Znałem ich, żyłem wśród nich i prawie całe ich życie byłem na ich usługach, dlatego nie chciałem ich opuszczać. Postanowili więc stworzyć organizację, którą szumnie nazwali Gwardią. A ja oczywiście zostałem Gwardzistą...
  3. Pasiorson

    Samotnik Frank

    Temat do archiwizacji. Nadeszła zmiana planów związanych z rozgrywką. Pozdrawiam, dziękuję i przepraszam za kłopot.
  4. Pasiorson

    Giorno Moretelli

    Temat do archiwizacji - projekt związany z postacią nie wystartuje. Dziękuję, pozdrawiam i przepraszam za kłopot.
  5. Podczas pogodnych dni, gdy słońce świeci wysoko ponad dachami domów Wiltmarku, mieszkańcy mogą obserwować pewien rytuał. Nie, nie ma on związku z żadnymi magicznymi inkantacjami, czy też modlitwą do któregokolwiek z bogów. Jest to rytuał, czy może lepiej "zwyczaj", mieszkańca jednego z domów przy placu targowym. Człowiek ten, ubrany najczęściej w czarny, porządny strój i jakieś nakrycie głowy, wychodzi w takie dni przed dom i wesoło rozgląda się po placu. Zaczyna się to rankiem, a więc wraz z pobudką tegoż miejsca. Kupcy wystawiają na lady i stragany swoje towary, pierwsi klienci kroczą dumnie między nimi. Zawiązują się pierwsze pogaduszki i rozmowy. Czarno ubrany jegomość przysłuchuje się chwilę rozmowom, po czym znika na chwilę we wnętrzu domu. Gdy wraca, ujrzeć go można niosącego najróżniejsze przedmioty - złote i srebrne świeczniki, mniejsze i większe obrazy, przeróżne skrzynki i skrzyneczki, a nawet meble i mebelki. Ustawiwszy wszystkie szpargały, staje między nimi, przygląda się - coś poprawi, coś przekręci - a gdy wystawa dostatecznie mu się podoba, zawiesza przy drzwiach tabliczkę "Zapraszamy" i chowa się do wnętrza. Człowiek ten nazywa się Alfred, a do Wiltmarku przybył względnie niedawno. Nie wiadomo wiele o jego przeszłości, wiadomo jednak, że wiązała się z pieniędzmi. Nie mówimy tu o kilku groszach, z jakimi ojcowie wyprawiają synów do miast, ani też o wielkich skarbach, za które można kupić wszystko. Mowa tu o "kwocie inwestycyjnej", jak nazwał to sam Alfred. Była to suma, za którą zakupił dom, załatwił sobie obywatelstwo i ściągnął okrętem wspomniane wcześniej "szpargały". Gdy tylko umościł się wystarczająco w swoim nowym domu, zawiesił nad wejściem szyld i otworzył w nim... ni to bank, ni to sklep... "Perły Alfiego" to Dom Aukcyjny - miejsce do którego przychodzą ludzie, rządni szybkiego zarobku, jak i ci którzy muszą szybko swój zarobek stracić. Można tu sprzedać niepotrzebne rzeczy, zastawić takie, na których nam zależy lub też nabyć rzecz wystawioną przez samego właściciela lub jego klientów. Każda z tych usług wiąże się z innymi opłatami i kierowana jest do innych osób. Sprzedaż i zakup dóbr to podstawowa i najbardziej popularna usługa oferowana przez Alfiego. Swoją popularność zawdzięcza głównie szybkości transakcji, jak i brakowi niewygodnych pytań ze strony kupującego. Sprzedać można wszystko, co przypadnie do gustu Alfredowi - czyli wszystko, na czym może dalej zarobić. Ze względu na "hurtowość" tych transakcji, ceny zazwyczaj są zaniżane, w celu zwiększenia zysków właściciela. Jednak niech nie odstrasza to ludzi, którzy zamiast piętnastu Akwamarynów zechcą sprzedać jeden! Jak głosi motto właściciela: Wszystko ma swoją cenę! Tak samo przy kupnie, Dom jak każdy inny sklep musi zarabiać. Dlatego ceny kupna mogą być często wyższe od cen sprzedaży, lecz zazwyczaj dalej będą konkurencyjne w stosunku do innych handlarzy. Zastawianie dóbr to druga usługa oferowana przez Dziwaka Alfiego. Ten człowiek gotów jest zapłacić ci za przetrzymanie jakiegoś przedmiotu u siebie! Oczywiście, po wyznaczonym terminie pieniądze należy zwrócić, zazwyczaj uiszczając dodatkowo niewielką prowizję. Jeśli pieniądze nie wpłyną w przeciągu umówionego czasu, przedmiot ze skrytki trafia na ladę i może zostać sprzedany bez zgody właściciela. Nie oznacza to jednak, że zostaniecie okradzeni! Wasze zastawione przedmioty zostaną nietknięte tak długo, jak dotrzymacie warunków umowy! Licytacje to usługa skierowana do zamożniejszych osób przebywających w mieście Wiltmark. Polegają one na wystawieniu jakiegoś przedmiotu za cenę, którą uzgadnia się z klientem. Wystawione na czas określony przedmioty, nie są jednak do natychmiastowego nabycia. Przez okres "licytacji", trwający od kilku godzin do kilku dni, każdy kogo na to stać może zaoferować swoją cenę za dany przedmiot. Najwyższa oferta która dotrwa do zakończenia licytacji wygrywa, i po uiszczeniu opłaty kupujący dostanie przedmiot, a sprzedający pieniądze. Warto zauważyć, że w tej usłudze Dom Aukcyjny jest tylko pośrednikiem, który za skromną pracę pobiera minimalną prowizję od każdej zlicytowanej rzeczy. Przechowalnia jest czymś w rodzaju zastawy, jednak podlegającej innym warunkom. Za ustalony koszt wynajmuje się skrytkę, do której dostęp ma tylko Dom Aukcyjny, na dany czas. Można tam oddać na przechowanie wszystko, co tylko się zmieści. Dom zapewnia klientom anonimowość i dyskretność - nie udziela informacji na temat skrytek nikomu, poza ich właścicielami. Po upłynięciu czasu wynajęcia, przez ustalony okres naliczane są odsetki, po których regulacji można dalej korzystać ze skrytki. Wysokość i długość ich naliczania jest ustalana z właścicielem. Po upływie czasu odsetkowego, skrytka zostaje zamknięta, a jej zawartość zazwyczaj kończy na ladzie. Poza tym Dom Aukcyjny "Perły Alfiego" oferuje wszelkiego rodzaju usługi finansowe - w tym pożyczki czy kredyty - oraz cały szereg usług z zakresu dokumentacji, wyceny, pisania i czytania czy sprowadzania towarów spoza wyspy. Jeżeli chodzi o wszelkie drobiazgi typu pierścienie, naszyjniki czy inne ozdoby, warto pamiętać, że Alfie to z zawodu jubiler i złotnik, który z daleka odróżni dzieło sztuki od fuszerki. Nie masz na co czekać, wstąp do Alfie'go już dziś!
  6. To cała odpowiedź @Artay zapostowana na discordzie
  7. Wcześniej serwer był widoczny także w zakładce "Internet". To o czym mówisz to rzeczywiście jak dla mnie najwygodniejszy sposób przechowywania serwera pod ręką. Prawdą jest, że jeszcze przed wyłączeniem serwera użytkownicy zgłaszali problemy z wyszukiwaniem serwera w zakładce "Internet", a ja także musiałem kilkukrotnie odświeżać zakładkę "Ulubione/Favorite" aby się pojawił. Mogło to mieć związek z nagłymi skokami pingu serwera, które doświadczaliśmy przed jego zamknięciem.
  8. Pasiorson

    Zmiana odnawiania staminy

    Popieram przedmówcę. Ograniczenie nie jest wymierzone przeciwko graczom, ma im raczej pokazać, że to nie jest główny cel rozgrywki i mimo wszystko zmusić ich do większych interakcji niż wspomniany wyżej grind. (przy okazji pomogę, stamina najprościej przetłumaczyć jako wytrzymałość) Poza tym ma to też realne odzwierciedlenie w gospodarce serwera, która przez obecną formę gry jest bardzo ważnym czynnikiem rozgrywki. Jeżeli coś możemy zdobyć w pięć minut bez większego wysiłku to znaczy że jest to tanie. Jeśli na coś potrzeba większej ilości czasu LUB/I większego nakładu pracy, na logikę ta rzecz jest droższa. Zmniejszając tak drastycznie odzyskiwanie staminy niszczymy całą gospodarkę, w której faktycznym pieniądzem staną się dobra najłatwiejsze do zdobycia, a więc już nie złoto, a za to ryby czy ryż. To, co dla mnie byłoby lepszym rozwiązaniem, jest mianowicie naprawdę porządne przemyślenie mechanizmu jedzenia. Co odnawia więcej, na co powinny byc ograniczenia, a w reszcie ile to powinno kosztować. Szczególnie koszt jest tutaj wazny, bowiem jedzenie musi się opłacać. Dajmy tu przykład:(wszystko umownie) praca w kopalni kosztuje 50 staminy za te 50 staminy można zarobić dajmy na to 35 złota po zarobku górnik idzie po jedzenie wyprodukowanie bochna chleba który odnawia 5 staminy kosztuje paradokalnie 5 staminy przez to, ze producent chleba też chce zarobić, często nie przemyśla dokładnie kwoty i broni się swoimi intencjami wtedy chleb kosztuje 3 sztuki złota za bochen prostą matematyką widzimy że odnowienie staminy do pracy w kopalni to 10 bochnów, koszt 30 złota. Co zostaje w kieszeni górnika? Marne pięć. Wariant przeze mnie przedstawiony jest tylko przykładem jak to działa. W tym przypadku i tak dobrze jest, że górnikowi coś zostaje, zazwyczaj bowiem ceny są nieco wyższe i wychodzimy na zero. Co by pomogło w tej sytuacji? Nie wiem, nie jestem jakimś specjalistą, mam tylko swoje pomysły: -Usunięcie bądź zmniejszenie kosztu staminy przy produkcji chleba -Zamiast/Obok powyższego dodać ograniczenie spożycia/produkcji chleba (Chodzi o to, żeby ograniczeniem była realna liczba np. 15 bochnów wyprodukowanych na dzień, lub 10 bochnów zjedzonych na dzień) W ten sposób nie tylko ruszymy gospodarkę (wedle mnie) ale też wprowadzimy różnorodność. Warto będzie produkować kilka produktów bo ludzie je zwyczajnie zjedzą. To chyba tyle w tym temacie, przepraszam jeśli coś wyszło niejaśnie lub niezgrabnie. W razie wszelkich pytań zapraszam do dyskusji w temacie, w końcu do tego służy
  9. Pasiorson

    Gwardziści NPC

    Pomysł brzmi na tyle skomplikowanie, że widzę już owe npce-strażników pokoju którzy przez bugi zaczynają wyżynać całe miasto. Nie wiem czy jest to potrzebne. DMienie powinno byc regulowane przez aktywną i obecną na serwerzę ekipę. Agrowanie przeciwników powinno być regulowane np. odległością (powrót na spawn po oddaleniu się zbytnio). Wchodzenie do zakazanej lokacji bez przepustki jest regulowane skryptowo, tym że postać się zawraca. Co prawda parę razy mi się to już bugowało i moja postać postanawiała biec w nieskończoność, ale mimo to - działa. (Przy okazji powiedziałbym, że zasięg zawracania przy bramie do zamku wydaje mi się zbyt daleko posunięty. Gdy chce postać pod bramą żebrząc, czekając na kogoś czasem przez przypadek podchodzę o ten krok za blisko i mnie wyrzuca. Ja bym to ustawił na początku bramy, lub nawet w jej środku, tak żeby rzeczywiście zblokowane było wejście, a nie podejście.) Każdy kto obecnie robi to, o czym wspominasz jest albo odwalaczem, albo nowym, nieogarniającym graczem. Właśnie to rozbicie - na ludzi robiących to świadomie i nieświadomie - jest dużym minusem w odniesieniu do tego co proponujesz - czyli bardziej agresywnej regulacji skryptowej. W ten sposób wielu może się zniechęcić, a odwalacze tak czy inaczej wrócą, tyle że po BW. Do tych sytuacji potrzeba, stety czy niestety, czynnika ludzkiego który rozpatrzy sprawę i zadecyduje zgodnie z logiką, a nie mechanizmu który będzie każdego traktował na równi.
  10. Serwer jest wyłączony na przerwę techniczną, bez większych zapowiedzi i informacji ze strony ekipy. Musimy czekać na jakikolwiek odzew z ich strony
  11. Obecne serwer jest wyłączony w związku z pracami technicznymi, pozdro
  12. Pasiorson

    Connection problems

    Obecnie serwer przeżywa duże problemy z pingiem, doświadcza to wielu graczy. Trzeba czekać.
  13. Pasiorson

    Pieniądze na start

    System mający na celu "zapobieganiu farmienia gotówki", dla mnie kompletnie wyniszczył mi grę. Pierwsza postać, jasne fajnie, kupiłem ubranie i nawet mam co w kieszeni na później. Druga postać - klops. Nie ma kompletnie nic. Muszę chodzić i żebrać od innych, bo nie stać mnie nawet na podstawowe narzędzia do pracy, nie mówiąc już o treningu postaci. Sposobu na zarobek też jeszcze nie znalazłem, więc pozostaje mi żebrać i mieć nadzieje że dostanę więcej niż jabłko.
  14. Pasiorson

    Serwus

    No i mamy pełen zestaw. Siema siema
×
×
  • Dodaj nową pozycję...