Skocz do zawartości

bóg z bagien

Support
  • Liczba zawartości

    20
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Reputacja

11 Neutralny

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. W porównaniu do dwóch pozostałych biografii twoich znajomych twoja jest najkrótsza i nie powala historią. Temat przeznaczam do poprawy, jeżeli potrzebujesz pomocy zgłoś się do mnie na discordzie lub poproś kolegów, z którymi zamierzasz grać żeby pomogli napisać ci coś dłuższego.
  2. bóg z bagien

    Szept

    Z pewnością zostanie to poprawione przy ponownym otwarciu serwera. Temat zamykam i przenoszę do archiwum.
  3. bóg z bagien

    Drzwi

    Propozycja zostanie rozważona w naszym gronie i zależnie od rezultatu - przejdzie bądź nie. Temat zamykam i przenoszę do archiwum.
  4. bóg z bagien

    Zaostrzenie kar

    Propozycja została wzięta pod uwagę w naszym wewnętrznym gronie także temat zamykam i przenoszę do archiwum.
  5. bóg z bagien

    Walka

    Odpowiedź chyba wyczerpująca, więc temat zamykam i przenoszę do archiwum.
  6. bóg z bagien

    [Archiwum] Gunter

    Do poprawy, jeśli potrzebujesz pomocy z napisaniem czegoś sensowniejszego odezwij się do mnie. //Archiwum
  7. bóg z bagien

    [Archiwum] Lambert

    Zawiera podstawowe informacje na temat postaci, ale jest zbyt krótkie i mało estetyczne - dlatego kartę przeznaczam do poprawy. Jeżeli potrzebujesz pomocy w napisaniu dłuższej chociażby prezentacji postaci odezwij się do mnie na discordzie, pozdrawiam cieplutko. //Archiwum
  8. bóg z bagien

    Anzelm

    Archiwum.
  9. bóg z bagien

    Witajcie

    Pozdrawiam swojego imiennika 🙋‍♂️
  10. This post cannot be displayed because it is in a password protected forum. Wprowadź hasło
  11. Gdyby oceniać po rozmiarach cienia, można by pomyśleć, że George jest dużo masywniejszy niż w rzeczywistości. A cokolwiek o nim mówić, nie należał do ułomków: w barach był szeroki, klatkę piersiową miał wysklepioną na podobieństwo solidnej okutej beczki, dłonie zaś tak potężne, że większość kufli kurczyła się w nich do rozmiarów zwykłego kubka, wreszcie dolna szczęka ukryta pod wiecznie potarganą brodą wydawała się szersza i ostrzejsza od czerpaka niejednej łopaty. Jego cień wszakże, rzucany w promieniach zachodzącego słońca, przypominał o czasach dawnej świetności, kiedy George był groźnym, posępnym, co tu dużo gadać — zabijaką. Skończywszy pracę na ten dzień, człapał ubitym traktem wiodącym ku głównej ulicy miasta Wiltmark, wymieniając przyjazne uśmiechy i pozdrowienia z ludźmi, którzy także śpieszyli przed zmierzchem do domów. Miał na sobie czerwoną tunikę strażnika, narzuconą na znoszony skórzany kaftan; przy udzie dyndał mu wysłużony miecz w podniszczonej pochwie. Tarczę — wyszczerbioną i porysowaną na przestrzeni lat przez ostrza toporów, groty strzał, a nawet szpony — przewiesił przez plecy, a hełm... cóż, George zapodział gdzieś ten, który otrzymał do kwatermistrza zeszłego tygodnia, podobnie jak poprzedni, wydany mu miesiąc wcześniej, i wszystkie inne, a zafasował ich naprawdę niemało w ciągu prawie dziesięcioletniej służby w straży miejskiej. Hełm ogranicza pole widzenia, przytłumia także słuch, a poza tym człowiek wygląda w nim jak najzwyklejszy głupek. Właśnie dlatego George nie cierpiał hełmów. — Hal! George! — Pip podbiegł do niego. On także nosił się na czerwono, jak przystało na strażnika, a sagan służący do nakrywania głowy trzymał prawidłowo, pod pachą. — Właśnie skończyłem służbę przy przy południowej bramie — wysapał. — A ty? — Przy północnej. — Fajnie. — Chłopak wyszczerzył się i kiwnął głową, jakby George powiedział coś naprawdę ciekawego, zamiast wymruczeć zdawkowe "przy północnej". — Widziałeś coś zajmującego? — Góry. — Ha! Góry, powiadasz. Super. Słyszałeś, że Magnus widział orka przy farmie? — Raczej łosia. Chłopak posłał mu takie spojrzenie, jakby spotkanie z łosiem, a nie orkiem, wydawało się bardziej nieprawdopodobne. — Mniejsza o to. Wpadniesz Pod Głowę Króla na kilka głębszych? — Nie powinienem — odparł George. — Ginna czeka na mnie w chałupie, bo... — Zamilkł, nie mogąc znaleźć na poczekaniu żadnego wykrętu. — Daj spokój! — zachęcał go Pip. — Wpadłbyś chociaż na jednego. George wydał z siebie głośne westchnienie, po czym zerknął w kierunku słońca, mrużąc powieki i zastanawiając się, czy gorzkawy smak chłodnego piwa wart jest późniejszych bury, którą z pewnością dostanie od Ginny. — Dobra — poddał się w końcu. — Ale tylko na jednego. Gapienie się na północ, i to przez cały dzień, nie było przecież łatwą robotą. W gospodzie panował tłok i gwar. Siedzący przy stołach bywalcy wpadali tutaj nie tylko na coś mocniejszego, ale także by pogadać i poplotkować. Pip ruszył w stronę kontuaru, a George wyszukał miejsce przy jednym ze stołów, tak daleko od sceny, jak to możliwe. Ludzie wokół niego komentowali wszystko: od pogody po wojnę, z czego żaden temat nie był zbyt budujący. Na zachodzie, w Myrthanie stoczono wielką bitwę, ale — sądząc po tonie opowiadających — jej wynik nikogo nie satysfakcjonował. Dwudziestotysięczna armia myrtańczyków, wsparta kilkuset najemnikami, została wyrżnięta w pień przez hordę orków z północnych krain. Ci nieliczni, którym udało się przeżyć, zbiegli do Geldern, które to miasto wróg do tej pory zdążył oblec, w efekcie czego ludzie padają jak muchy od chorób i z głodu, podczas gdy rozłożeni za murami zielonoskórzy pasą się na trupach poległych. Jakby tego było mało, na ranem zaobserwowano pierwsze przymrozki, oczywiście przygruntowe, co mogło zwiastować rychły koniec dopiero co rozpoczętej pięknej jesieni. Pip wrócił z dwoma kuflami i dwoma kumplami, których George nie znał. Ich imiona wyleciały mu z pamięci zaraz po tym jak się przedstawili — George nic do nich nie miał, po prostu nazwiska się go nie trzymały. — Powiadają, że należałeś go grupy — ni to stwierdził, ni zapytał jeden z nich, ten z rzadkimi rudymi włosami i twarzą wyrostka pokrytą gęsto piegami i nie mniej licznymi kraterami po krostach. George pociągnął długi łyk piwa, odstawił kufel na blat, po czym posłał zakłopotanemu Pipowi karcące spojrzenie. Na koniec skinął głową. Tamci dwaj popatrzyli na siebie znacząco... ...ostatecznie George uznał, że to bez znaczenia, ponieważ i tak nie miał zamiaru snuć żadnych opowieści ani odkopywać wspomnień, które z takim trudem pogrzebał. Było to zadanie niełatwe dlatego, że im usilniej próbował zapomnieć, z tym większą mocą wracały do niego obrazy przeszłych wydarzeń. — Wybacz, chłopcze — zwrócił się do Pipa, gdy osuszył kufel do dna. — Na tym dzisiaj koniec. Przeprosił kompanów, rzucił koledze ze straży kilka złotych monet, mając nadzieje, że nigdy więcej nie będzie musiał oglądać tych dwóch. Przecisnął się pośpiesznie do wyjścia i odetchnął głęboko, gdy stanął wreszcie w ciszy i chłodzie zaułka przed gospodą. Plecy bolały go od garbienia się nad stołem, rozprostował więc kości, zadarł głowę i spojrzał na pierwsze gwiazdy. Doskonale pamiętał, co czuł kiedyś na widok nocnego nieba, jak mały i nieznaczący się wydawał w porównaniu z majestatem firmamentu. Z tego powodu ruszył w świat i dokonał tylu ciekawych czynów: w nadziei, że któregoś dnia będzie mógł spojrzeć na ten niekończący się kobierzec gwiazd bez cienia wstydu i poczucia niższości. Niestety, niezbyt mu się to udało. Po chwili oderwał wzrok od ciemniejącego nieba i ruszył w kierunku domu. Ruszył dalej traktem, uważając, by nie skręcić kostki w głębokich koleinach. Cykady brzęczały w bujnej trawie po obu stronach drogi, wiatr szumiał w koronach drzew, imitując dźwięk przyboju. George zatrzymał się przy przydrożnym ołtarzu wzniesionym ku czci Innosa, by rzucić złotą monetę do stóp posągu. Po chwili zastanowienia zawrócił i cisnął jeszcze jedną monetę. Tutaj, z dala od miasta, było całkowicie ciemno, ale zdołał się powstrzymać i nie zerknął ponownie na niebo. Lepiej patrz pod nogi, napomniał się w myślach, a przeszłość zostaw w spokoju. Zdobyłeś wszystko, czego pragnąłeś, racja? * Przy drodze stały ruiny skromnego domu. Dekady, które minęły od jego zniszczenia, sprawiły, że wysoka po pas trawa i plątanina krzewów porosła ściany. Spomiędzy murów strzelał w górę pień okazałego dębu, sypiącego nieprzerwanie deszczem pomarańczowych liści. Węźlaste korzenie oplatały poczerniały od sadzy kamień, jakby próbowały go zagarnąć pod ziemię. George ostatnio widział dom, w którym się urodził i spędził dzieciństwo, naprawdę dawno. Rzadko miał okazję wypuścić się tak daleko na południe od miasta, a jeśli nawet mu się to zdarzało, robił, co mógł, żeby ominąć to miejsce albo przynajmniej zignorować jego istnienie. Stojąc teraz tutaj, wmawiał sobie, że nie czuje swędu popiołów ani żaru bijącego od szalejących płomieni. Że nie słyszy krzyków ani głuchego łomotu uderzających pięści. Jednakże wspomnienia były w nim wciąż żywe. Czasem wydawało mu się, że wpijają się w niego jak korzenie tego dębu w mury i także zamierzają wciągnąć go pod ziemię. Wzdrygnął się, gdy poczuł na ramieniu ramieniu dłoń towarzyszącego mu przyjaciela. — Wybacz — mruknął. — Ja... — Powinieneś ją odwiedzić — stwierdził Markvart. George westchnął, nie odrywając wzroku od ruin. Przez moment obserwował kaskadę liści opadającą ku wypalonej ziemi niczym chmura iskier. Kolejna osa kręciła kółka nad jego głową. — To nie potrwa długo — obiecał. Pokrzepiający uśmiech przemknął przez twarz przyjaciela jak powiew wiatru. — Zaczekam tutaj. Ojciec George'a był z zawodu drwalem, choć miał w swojej karierze najemniczy epizod. Leif i Rębacze byli małą znaną grupą. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że żrąca żółć pewnej bestii opryskała nogi walczącego w pierwszym szeregu Leifa. Odtąd już nigdy nie chodził o własnych siłach. Matka George'a, Talia, sprawowała pieczę nad kuchnią Pod Głową Króla. Jeśli chodzi o gotowanie, była prawdziwą artystką, więc jej mąż często utyskiwał, że obcym gotuje lepiej niż własnej rodzinie. Ona rewanżowała mu się w takich chwilach, wypominając, że sam spędza więcej czasu w gospodzie niż z własnym synem. W ten sposób zarzuciła mu pijaństwo, nie używając tego słowa, jednakże Leifowi, który nie rozróżniał takich subtelności, nie spodobał się ton, jakim to powiedziała, i w efekcie i tak ją sprał na kwaśne jabłko. Urażony słowami żony nazajutrz zabrał syna do lasu. Było chłodno, lecz słonecznie — zimowe wietrzysko wiało od gór, przez co spadłe liście kruszały i trzeszczały pod stopami chłopca, gdy truchtał śladem ojca. — Szukamy jakiegoś konkretnego? — zapytał mały George. Na to Leif, dźwigający siekierę, którą ostrzył każdego dnia przed snem, zatrzymał się i powiódł spojrzeniem po otaczających ich drzewach. Górowały nad nimi brzozy, klony i sosny. — Tak, najsłabszego — odparł w końcu. — Żeby się nie opierało. George się roześmiał. Patrząc z perspektywy czasu, był na siebie wściekły, że to zrobił. Znaleźli smukłą brzozę. Leif pokazał synowi, jak należy rozstawić nogi, jak ułożyć ramiona, jak trzymać siekierę za koniec trzonka, żeby wykorzystać siłę zamachu. Pierwsze uderzenie George'a wyszło jednak marnie. Wstrząs spowodował potężny ból w stawach, a brzoza pozostała niemal nietknięta. A ojciec skwitował to pogardliwym parsknięciem. — Jeszcze raz, chłopcze. Uderzaj, jakbyś nienawidził tego pnia. W końcu drzewo się poddało, a Leif poklepał syna po plecach w nagrodę za wytrwałość. Następnie ruszył w stronę domu, zostawiając brzozę tam, gdzie padła. Leżała tam po dziś dzień pomimo niemal czterdziestu ostrych zim, które nadeszły i minęły od tamtej jesieni. Pień w blasku słońca wciąż wydawał się biały jak obnażona kość. George przyklęknął, złożył miecz na ziemi. Zapach lasu wypełnił jego nozdrza, przynosząc ukojenie. Wyciągnął dłoń, położył ją na pniu, by pogładzić łuszczącą się korę, wyczuć opuszkami każde wgłębienie i rysę. Nikt inny nie wiedział, że George pogrzebał w tym miejscu swoją matkę. Miejsce pochówku nie zostało oznaczone w żaden sposób — nie było nagrobka, na którym można by złożyć kwiaty czy postawić świecę. Tylko w korze powalonego drzewa wyryto nierówno dwa słowa: "Bądź dobry", jakby ten, kto to zrobił, był jeszcze dzieckiem. *
×
×
  • Dodaj nową pozycję...