Skocz do zawartości
MONOLITH

Zew Undabaru

Recommended Posts

Ni1JX13.png

Dźwięk tłuczonego szkła i cichy, kojący bulgot jest tym, co towarzyszy każdemu nowemu porankowi w oddalonym od cywilizacji obozie klanu niedźwiedziego kła. Każdy z koczujących w nim wojowników doskonale zdaje sobie sprawę z faktu, iż sprawcą całego tego rannego zamieszania jest nikt inny jak Yngvar, huskarl kohorty Jarla Thordwyra. Roznoszący się zapach przyciąga wszystkich ciekawskich, chcących poznać tajemnicę każdego trunku wyprodukowanego tej nocy. Sam Yngvar, często już zmęczony po całonocnej warcie przy kotłach destylacyjnych, zmuszony jest bronić swojego dobytku, a przynajmniej tej części, której nikt nie zwędził uprzedniej nocy. Surowce pozyskiwanie są głównie z porastających wokół obozu lasów, dzikie drożdże osiadłe na skórkach owoców idealnie zastępują te sprowadzane z najdalszych zakątków Archolos, a płynąca każdym możliwym potokiem woda jest najważniejszym spoiwem, które w połączeniu ze sobą daje niesamowity efekt w postaci wysokoprocentowego napitku dla najbardziej wymagających konsumentów. Warzony w ten sposób alkohol jest nie tylko zabójczy dla trzeźwych myśli pijącego, ale także dodaje odwagi w najbardziej wymagających tego sytuacjach, czasem, rzecz jasna, jest on powodem wielu wypadków i nieszczęść, ale któż przejmowałby się problemami będąc pod wpływem najmocniejszego ze wszystkich znanych na wyspie trunków, produkowanych w leśnych, nieprzyjemnych i na swój sposób surowych warunkach - Zewu Undabaru.

 

Wymieniając pijackie spojrzenia, zaraz po otworzeniu świeżo co wyciągniętej, szczelnie zamkniętej butelki, którą to gospodarz potajemnie przemycił do zajmowanej ławy, usłyszeć można rozmowy na temat pochodzenia tego trunku, który w odróżnieniu od lokalnego wina, bije po głowie nawet najbardziej zaprawionych w boju śmiałków. Często mówi się, iż alkohol przybył z ziem w całości pokrytych gorącym od słońca piaskiem, słynących z egzotycznych cytrusów, inni, a w szczególności zamożniejsi mieszkańcy miasta, snują teorie, jakoby napitek ten przeznaczony był dla plebsu, wyznaczając granicę między ubóstwem a zamożnością. Prawdą jest, że nawet sam gospodarz nie jest w stanie określić, gdzie tak naprawdę produkowany jest Zew Undabaru, skuszony zyskiem ze sprzedaży, a także faktem, iż alkohol dostarczany jest przez nieprzyjemnego, często skrywającego swoją twarz mężczyznę, unika on rozmów, a także samych dywagacji na temat jego prawdziwego pochodzenia. Alkohol, szczególnie przez swoją cenę, windowaną przez gospodarza, jak i samego producenta, poskutkowały popularnością trunku szczególnie w ubogich warstwach społeczeństwa miasta Wiltmark, pragnących zapić życiowe smutki, czy po prostu, umilić wieczór po dniu morderczej pracy w okolicznej kopalni.

 

Pewnym jest, że wypuszczenie na lokalny rynek mocnych i zaskakująco tanich, wysokoprocentowych trunków jest ciosem w rozwiniętą winiarską gospodarkę, a także bezczelnym skokiem na pijacką klientelę, która w poszukiwaniu zapomnienia sięgnie po każdy alkohol, byleby tylko znów poczuć się niczym w kojących objęciach "Dionizosa'. Rzeczą, która najczęściej jest jedynym wyznacznikiem wyboru stojącego przed klientem jest cena, a ta, narzucona z góry przez producenta Zewu Undabaru jest nie do przebicia ze względu na praktycznie zerowe koszty produkcji i fakt, iż nie podlega żadnym miejskim regulacjom. Tym też sposobem, alkohol produkowany w gęstych lasach, ciągnących się po sam horyzont, stanowi główną część dyskusji lokalnej gawiedzi, zaniepokojonej napływem trunku z niewiadomego źródła. Podobno chodzą słuchy, iż miejskie władze mają zamiar podjąć stosowne działania w celu zapobiegnięcia nielegalnej ekspansji alkoholu w całej prowincji, miejmy jednak nadzieję, że pozostanie to jedynie zwykłą plotką, której założenia nigdy się nie spełnią.

 

 

Edytowane przez MONOLITH
  • Like 17

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

wYcYr31.png

Od samego początku zagospodarowania przez Yngvara ziemi pod produkcję alkoholu, przygotowania do gorzelniczego przedsięwzięcia zaczęły spędzać sen z powiek większości członków Klanu. Sam Yngvar po uczciwej walce na pięści zdołał wygrać niewolnika, którego od razu zaprzęgnął do pracy przy zbieraniu roślin czy rozkładaniu potrzebnego sprzętu. Przygotowania idą powoli ze względu na ciężki dostęp surowców, których lwia część musi być skupowana bezpośrednio z miasta, a to niesie ze sobą szereg konsekwencji. Niemniej jednak wszystko układa się po myśli Yngvara, który już wkrótce ma zamiar wypuścić na lokalny rynek swój nowy produkt, w kompletnie nowej odsłonie w oparciu o tygodnie prób i eksperymentów z przeróżnymi roślinami znalezionymi w lesie.

 

Spoiler

LFvaIEC.png

kxC4VNT.png

57fwPHw.png

IseNBCt.png

gGngdrn.png

epLY8D3.png

Yowda16.png

 

  • Like 8

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

dOfH5yM.png

"Nikt nie był w stanie przewidzieć tego co nadejdzie. Pomimo przelanej krwi i pamiętnych wydarzeń, które wspominane były przez wszystkich wojowników, nieopisany żal i uczucie bezradności musiały wziąć górę nad zdrowym rozsądkiem i obietnicami złożonymi przez każdą ze skłóconych stron."

 

Interes szedł w najlepsze i raczej nikt nie przypuszczał, że cokolwiek mogłoby zachwiać idealną równowagę miejsca stworzonego przez Yngvara razem ze swoim towarzyszem Svenem. Zew Undabaru płynął złotym potokiem wprost do kufli spragnionych obywateli, którzy z ochoczym spojrzeniem przekazywali karczmarzowi zarobione wcześniej, brzęczące monety. Układ był prosty, a sam gospodarz kalkulując zyski zgodził się na niego bez potrzeby zapoznawania go bliżej z naostrzoną klingą jednego z oprychów sprawujących pieczę nad dystrybucją Zewu - pieniądz miał się zgadzać. Monety zaczęły spływać do łapczywych rąk przestępców, a nieokiełznany wcześniej, wręcz bestialski pociąg do gotówki dawał się we znaki wszystkim, którzy mieli styczność z tym nielegalnym przedsięwzięciem. Pomimo ogólnego zamętu i częstych awantur na tle ekonomicznym, nic nie wskazywało na to, że interes zostanie zamknięty, a studnia pełna miejskich kosztowności wyschnie i pozostawi swoich twórców w stanie totalnej beznadziei i braku perspektyw, rzecz jasna, do czasu.

 

Niewyjaśnione wcześniej spory, zażegnane prostym, wręcz prymitywnym paktem musiały jednak prędzej czy później wrócić do tych, którzy je między sobą toczyli. Każdy dokonany wybór, a także każda podjęta decyzja zawsze wróci do swojego właściciela z konsekwencjami, których i on sam nie był w stanie sobie nawet wyobrazić, tak też było i tym razem. Doszło do konfliktu między dwiema grupami, które stanowiły trzon Klanu Niedźwiedziego Kła, zażarta kłótnia o prawa i wpływy nie doszła jednak do skutku, wtem w ruch poszły miecze, topory, a nawet zastawa stołowa, której zawsze przy takich okazjach nie brakowało. Nie była to jednak zwykła uczta, jakiej każdy z jej uczestników sobie życzył, podstępny plan obalenia Jarla przerodził się w istną rzeź, bratobójczą i niemiłosiernie krwawą. Cienka linia, napięta do granic możliwości narastającą agresją każdej ze stron w końcu wystrzeliła, uwalniając na świat wszystkie okropieństwa, które skrywała w swoich najdalszych zakamarkach.

 

Ponowny widok martwych ciał swych braci, porozbijanych czaszek i konających towarzyszy broni przyprawiał o mdłości, widok ten, pomimo tego, iż nie był on pierwszym takim doznaniem, powodował ogromny smutek, który całą siłą uderzał w człowieka pozbawiając go chęci do istnienia. Yngvar wraz Svenem, widząc ten obraz beznadziei, ranni, podtrzymując jeden drugiego, schowali się w pobliskim lesie, gdzie tułając się po niesprzyjających terenach, opatrywali swe rany. Czas mijał, a zrabowany na chwilę przed ucieczką mały zapas monet zaczął topnieć, sytuacja wydawała się mocno patowa głównie za sprawą tego, że w bratobójczych bojach została uszkodzona stara aparatura, która w niczym już nie przypominała tej, sprzed krwawej rzezi w obozie klanu. Ochoczy zapał powoli powracał, a wizja płynnego złota, butelkowanego w leśnych zakamarkach dodawała otuchy strudzonym wędrowcom, którzy każdego dnia przywracali aparaturę do życia, aby jak najszybciej wznowić produkcje Zewu Undabaru. Wiedząc o potencjale, który drzemał w rurach miedzianej konstrukcji, Yngvar i Sven rozpoczęli przestępczy proceder na nowo, niestety nigdy już nie byli w stanie przywrócić swojego przedsięwzięcia na taką skalę, jakim było przed wielkim rozłamem.

 

Edytowane przez MONOLITH
  • Like 7

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

2044352965_Ogrd.png.e5980f5565ca9cfe9af79a9408ed2dba.png
 


 

"Wypuszczenie na lokalny rynek mocnych i zaskakująco tanich, wysokoprocentowych trunków zaiste było ciosem w rozwiniętą winiarską gospodarkę..."
 

♦♦
 

Upalne słońce prażyło niemiłosiernie. Mężczyźni chwilowo wykorzystywali cienistą osłonę drzewa, stojąc wśród siedzących przy kadziach parobkach. Bzyczenie letnich owadów mieszało się z odgłosami systematycznego ciaptania zakończonych tłuczkami tyczek. Na twarzy starszego z mężczyzn, opartego na lasce niczym głaz, ledwie powstrzymywany przed runięciem w przepaść przez samotne drzewo, malował się wyraz bólu i niezadowolenia. Pracownicy uwijali się z niesamowitą jak na panujący gorąc sumiennością, najpewniej ze względu na niespodziewaną obecność szlachetnego właściciela winnicy.
 

 - Te, ech.. diabelskie upały.. ech, nie służą.. mi, jak kiedyś... - z wysiłkiem wymamrotał starzec.

 - Przykro mi to słyszeć, ojcze - odpowiedział młodszy ze szlachciców - miałem nadzieję, że dotyk słońca na twarzy sprawi, że poczujesz się lepiej.
Mężczyzna uśmiechnął się cierpko, po czym niezdarnie uchwycił się ramienia syna, drugą ręką unosząc laskę przed postawieniem kroku. Zaczął kierować się ku budynkowi winiarni.
 

Dopiero w środku, ożywczy chłód kamiennych ścian i zapach wypełnionych winem beczek tchnął w niego trochę życia.

 - Synu.. może i jestem teraz zniedołężniałym starcem, hmhm.. ale latarnia mego intelektu jeszcze nie zagasła. Umiem.. hm.. wciąż przeczytać księgi rozrachunkowe, które mi przynosisz, a.. ech, pachołkowie mają język w gębie i.. hem.. donoszą mi co się dzieje. Mamy w mieście.. konkurencję!

 - Wstyd nam się do tego przyznawać, ojcze, jeżeli tani bimber jest dla nas konkurencją... - dziedzic przybytku skrzywił twarz marszcząc nos.

Ojciec puścił ramię syna i wykonał kilka kroków w głąb winiarni. W końcu machnął ręką w powietrze, w teatralnym, acz bezgłośnym geście niezadowolenia.

 - Myślisz.. khy, khy, że nie wiem? Ale tak już.. ech.. jest. Ludzie chcą pić. Ludzie potrzebują, hm, pić. I ludzie będą pić – emocje zdecydowanie udzieliły się starszemu mężczyźnie, który zaniósł się krótkim, prawie bezgłośnym kaszlem.
 - "Burgundowy...", khy, może i nie jest wytrawnym.. wysokiej.. hm, jakości trunkiem.. ale napędza cały nasz.. eech, interes. To wciąż niezgorszy smak, wart swojej ceny. Ale ludzie nie.. hem.. się nie znają i będą chlać ten.. diabli samo-.. samogon! Ekhm, aż nie oślepną! Hrm, hrm... Ktoś musi coś z tym.. z tymi...
 - Nazywają go "Zew Undabaru", ojcze.. spokojnie...

 - ...z tymi diablimi, nordmarskimi szczynami zrobić!!!
 

♦♦♦
 

Głuchą ciszę w kamiennym pomieszczeniu przerwał spotęgowany przez ciche echa chlupot nalewanej cieczy. Złocisty płyn z bulgotem napełniał wysokie, kamionkowe kubki. Kapitan straży wielokrotnie zarzekał się, że miód najlepiej smakuje w kamionce lub nawet czystszej glinie.

 - Twoja robota..? - mężczyzna w bordowo-złotym dublecie z powagą ważył w ręku kubek i zachwycał się pięknym kolorem trunku.

 - Moja, moja... Muszę mieć jakąś odskocznię, od tej roboty... - strażnik odsunął od siebie swoje naczynie i do ręki wziął butelkę przyniesioną przez swojego gościa. Rycerz naszedł go jeszcze gdy wracał z koszarów. Nie zdążył nawet zdjąć pancerza.
 - Nie trzeba było. - dodał po chwili, z nieco wymuszoną uprzejmością.
 

Oglądał butelkę jeszcze przez krótki moment, po czym odłożył ją przy nodze od stołu. Nie było wiadomo jak długie miały być odwiedziny, jego dwójniak, choć przedni, mógł nie wystarczyć, toteż kapitan pozostawał rozdarty pomiędzy schowaniem wina, a odkorkowaniem go od razu. Gość jakby odgadł naturę rozterki, toteż odezwał się uśmiechając i unosząc dłoń w pojednawczym geście.

 - Nie kłopocz się Magnus! Nie zostanę długo. Widzę żeś zmęczony, nie chcę ci zawracać głowy po godzinach.

Strażnik najwyraźniej czuł się swobodnie i w zasadzie nie widział w odwiedzinach aż takiej zawady. Leniwie zaczął odpinać klamry naramienników.

 - Powiem w czym rzecz, nie chcę ci tutaj kadzić ani ukrywać celu odwiedzin. Idzie mi o ten bimber, ostatnio coraz częściej spotykany w mieście. Ten tak zwany "Zew Undabaru".

"A, więc to o to chodzi" pomyślał kapitan straży. Po chwili powtórzył myśl na głos. Też nie chciał kadzić, ani ukrywać lekkiej irytacji okolicznościami. Z łoskotem położył naramienniki na blacie, wychylił łyk miodu i zabrał się za majstrowanie przy okutym karwaszu. Nie patrząc na swojego gościa, zapytał;

 - Co się dzieje z tym "Zewem"?

 - W zasadzie, to o to chciałem zapytać. Prosiłeś mnie o jakiś dowód albo chociaż poszlakę wskazującą co jest nie tak, więc w międzyczasie odwiedziłem miejski urząd. Wypytałem tu i ówdzie, i teraz wiem już na pewno - nikt nie sankcjonował sprzedaży, nie jest opodatkowana.

 - To jeszcze nic nie znaczy, ktoś może po prostu pędzić samogon. Mnie też chcesz gonić o mój miód? - zażartował strażnik. Dowcip trochę poluzował gęstniejącą atmosferę. Gość zaśmiał się szczerze i wyraźnie odprężył.
 

 - Wiesz o co mi chodzi. I wiesz dlaczego tu jestem - żachnął się rycerz.

 - Wiem-wiem, słyszałem, że ze starym nie jest ci lekko - kapitan wychylił łyk miodu - ooch. Wybacz Malakai.. że nie jest lekko. To pewnie on cię do mnie tak gania. Dobra, słuchaj. Lubię cię, więc nie będę owijał w bawełnę: prosiłem niby o poszlaki, czy dowody ale ślepy ani głuchy nie jestem, wiem kiedy coś się dzieje w moim mieście...

Malakai pił miód z zaciekawieniem obserwując strażnika odkładającego na stół drugi karwasz.

 - ...także zauważyłem nie tylko, że w obiegu jest tego sporo i ludzie się bardziej pijaczą ale też usłyszałem, że dostawy ustały... - Magnus wstał i odpinał pas, celem zdjęcia tabardu. "Mam ściągać kolczugę i śmierdzieć mu przeszywką, czy co?" zastanowił się, nie powtarzając tym razem swoich myśli na głos.

 - Ustały? - rycerz uniósł brwi w wyrazie szczerego zdziwienia.

 - Ano ustały - ciągnął strażnik - na mój gust.. uff - ściągnął tabard przez głowę, po czym materię przerzucił przez oparcie krzesła - to była jakaś mała banda w Dolnym Mieście. Skryli się z bimbrownią w jakimś z magazynów, a potem przy podziale zysków doszło do sprzeczki. Połowa pewnie gryzie piach, więc dopóki alkohol z powrotem nie krąży, a władze miasta nie zmuszają mnie do uganiania się za pieniędzmi z zaległego podatku, wybacz ale straż ma ważniejsze priorytety na ten moment. Wczoraj znowu ktoś zniknął, tym razem to był jakiś kowal.. no ale to akurat nie jest twoim zmartwieniem.

 - Racja, nie jest - uprzejmie przytaknął Malakai.
Kapitan wyglądał na zmęczonego, toteż mężczyźnie wypadało się już zbierać. Zresztą, patrząc na ściąganą kolczugę, jeszcze kilka chwil i Magnus miałby do wyboru tylko wyprosić gościa albo zaoferować mu miejsce w kąpieli, toteż rycerz wstał by podziękować za gościnę i pozwolić przyjacielowi cieszyć się spokojnym odpoczynkiem.
 

HerbS.png.dd3e11433360fc1238be26c5f86a5c38.png

  • Like 2
  • Thanks 1

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites
Spoiler

 

# # #

 

DJGMk3F.png

 

f6xS14V.png

 

V1Dag6L.png

 

1zonKyQ.png

 

YtwVVKa.png

 

# # #

 

 

Edytowane przez MONOLITH
  • Like 4

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Dodaj nową pozycję...