Skocz do zawartości
Pasiorson

Giorno Moretelli

Recommended Posts

 

 

Krew trysnęła z rozbitego nosa, ochlapując zebranych w około gapiów. Upadek młodzieńca, który nastąpił chwilę później, wywołał powszechną owację. Pochwalne okrzyki i wyzwiska rzuciły się z tłumu w kierunku walczących. Ktoś wskoczył między nich i rozdzielił. Stojący na szeroko rozstawionych nogach, postawny facet splunął i zaczął odwijać rękawy okrwawionej nieco koszuli. Rozejrzał się po zebranych i pokiwał z uznaniem głową. Tłum wciągnął go w głąb karczmy, zostawiając leżącego na posadzce młodzieńca. Ten ruszył się dopiero po chwili. Podniósł się, przetarł rozbity nos bogato zdobionym rękawem i skrzywił się. Przekręcił się i usiadł, rozglądając po bawiącym się przy ladzie tłumie. Ktoś odwrócił się, parę głosów znowu się podniosło. Ktoś podszedł i zamachnął się na pokonanego. Młodzieniec zasłonił się rękoma, lecz nie poczuł ciosu. Gdy znowu spojrzał przed siebie, zobaczył swojego rywala. Wyciągał on do niego potężną dłoń. Zdezorientowany chłopak przyjął pomoc i wstał ciężko. Dopiero stojąc na chwiejnych nogach dostrzegł swojego niedoszłego agresora. 
- Atakując leżącego i pokonanego, człowiek zniża się do poziomu zwykłego zwierzęcia.
Gruby, basowy głos przebił się przez natłok myśli młodzieńca. Pokiwał on tylko głową i odwrócił wzrok od znokautowanego pijaka leżącego na podłodze.
- Niech wszyscy wiedzą, to była honorowa walka! Nie wyśmiewajcie tego młodzieniaszka za to, że chciał bronić dobrego imienia swojej rodziny! - głos wzbił się nad ogólny szum w karczmie i przytłumił go - Wiedząc, że nie ma najmniejszych szans, mimo to stanął naprzeciw mnie! Giorno to prawdziwy szlachcic, nie to co niektórzy...
Na dźwięk swojego imienia, chłopak wzdrygnął się. Stał dotychczas na uboczu, wzrok wbijając w nieheblowane, krzywe deski podłogi. Słysząc słowa prostego Larańskiego mieszczanina, oczy mu zabłysły. Wyprostował się, otarł raz jeszcze twarz i z uśmiechem spojrzał po gawiedzi. Nikt już nie patrzył na niego z pogardą. Chcąc nie chcąc przyznali rację postawnemu Garnwarowi. Był to rosły i potężny obcokrajowiec, który sławę zyskał nie tylko na karczemnych bójkach, ale także z racji swoich przemów. Lubił przemawiać i robił to tak często, że prostszy z mieszczan widzieli w nim swój autorytet. Tym bardziej, że w owych przemowach często uderzał w arystokrację - wskazując w nich największych wrogów dobrobytu i postępu.
- Dlatego własnie, - ciągnął dalej Garnwar - chciałem wśród was przeprosić go i zwrócić mu honor. Chłopcze, nie obchodzi mnie czy jesteś bękartem Moretellich czy nie. Nie nazwę cię już tak i ostrzegam!
Tu zrobił pauzę, spoglądając wymownie na niedawno znokautowanego pijaczynę. 
- Ktokolwiek śmie obrażać tego młodego szlachcica, będzie miał ze mną do czynienia.
Zapadła głucha cisza. Nawet karczmarz przestał udawać, że poleruje imitacje srebrnych kielichów. Wszyscy zamarli, wpatrując się to w Garnwara, to w Giorno. W końcu atmosfera pękła. Mała portowa karczma przerodziła się nagle w istne forum. Ludzie dyskutowali ze sobą, starając się nie podnosząc głosów. Wśród rozmów dało się słyszeć powtarzające się pytania: "ale jak to?" czy "Garnwar broni tego szlachetki?". Giorno ciekawie rozglądał się, podziwiając jak na klientów karczmy podziałała przemowa Garnwara. Niestety, ta przyjemność szybko została mu odebrana. Czyjaś potężna dłoń chwyciła go za ramię i bez trudu wyciągnęła z karczmy. Gdy wypadli na brukowaną ulicę, chłopak podniósł wzrok oczekując zobaczyć Garnwara. Zdziwił się jednak, widząc przed sobą nie rosłego robotnika, a wysokiego, schludnie ubranego mężczyznę.
- Giorno... - westchnął, przecierając czarny strój - Ciotka się niecierpliwi. Wysłała mnie na poszukiwania.
- Wilfredzie, nie musiałeś się troszczyć. Właśnie wychodziłem.
Odpowiedź wyraźnie rozbawiła służącego. Była wypowiedziana typowym dla Giorna tonem, w którym mieszało się ze sobą wywyższenie i znudzenie. Wilfred zlustrował młodzieńca wzrokiem. Pokręcił głową i odwracając się rzucił:
- Chodźmy szybciej. Może zdołamy sprać krew w zimnej wodzie.
Giorno przez chwilę się wahał. Spojrzał przelotnie w głąb karczmy, gdzie dyskusja przerodziła się już w zażartą debatę. Widać było, że klientom pomagał w niej trunek, roznoszony ochoczo przez karczmarza. Chłopak wzdrygnął się, czując powiew zimnej bryzy i szybkim krokiem ruszył za oddalającym się służącym.

 

 


- Naprawdę? Będę mógł wyjechać?
Entuzjazm bijący z tego pytania sprawił, że Ciotka Honoria skrzywiła się z niesmakiem. To wyraźnie ochłodziło zapędy Giorna. Usiadł z powrotem w krześle i poprawił przekrzywiony obrus.
- Tak mój drogi. Wysłałam już odpowiedź. Twój chrzestny chętnie cię przyjmie u siebie w Wiltmarku. Ma ci znaleźć porządną pracę i zapewnić utrzymanie oraz naukę.
Młodzieniec uśmiechał się od ucha do ucha. Nowiny jakie usłyszał przy tej kolacji dostarczyły mu więcej radości niż całe jego nudne życie w Laran. Miasto to było dla niego za "porządne", szczególnie w kręgach w których się obracał. Wszyscy tu go znali i w jakiś sposób rozpoznawali, czy to z opowieści, czy z widzenia. Przeprowadzka to znajomych ciotki, słynnych Moretellich była dla niego wymarzoną zmianą. W nowym mieście mógłby rozpocząć życie od nowa, zostać kim by chciał, obracać się w towarzystwie kogo chce. Z rozmyślań wyrwało go powtórzone pytanie ciotki:
- Smakuje ci potrawka?
- Tak. Bardzo. Chociaż wolę rybę w całości, nie podziobaną na kawałki. - odpowiedział, nabierając w łyżkę trochę papki i zrzucając ją znowu do miski
Ciotka znowu skrzywiła się, zaś młodzieniec wrócił do swoich myśli. 
"Teraz jestem jak ta potrawka. Porwany i przemielony na papkę. W Wiltmarku złożę się w całość. W potężnego morskiego potwora lub małą, zwinną rybkę. Tak jak tylko będę chciał."
- Kiedy wypływam?
- Przecież ci już mówiłam... - Ciotka przewróciła oczami i pokręciła głową - Za dwa miesiące. Przynajmniej taką mam nadzieję. Oczekuję jeszcze jednej odpowiedzi od Hugo. Twój chrzestny jest bardzo zajętym człowiekiem.
"Dwa miesiące. Mam czas, żeby dopiąć sprawy i wyruszyć." pomyślał i zaczął w pośpiechu kończyć potrawkę rybną.

 

 


Cios przeznaczony na żołądek zatrzymał się na wprawnie wypchniętym kolanie. Giorno nie czekając na reakcję przeciwnika wyprowadził kontruderzenie - sierp na skroń. Jego pięść była centymetr od twarzy przeciwnika, gdy ten nagle uchylił się. Chłopak nie zdołał w porę wyhamować i cios pociągnął go za sobą. Skręcony w pół zacisnął powieki i przygotował się na nadchodzący ból, lecz wcale go nie poczuł. Bojąc się ruszyć, uchylił lekko  jedno oko i spojrzał na Garnwara. Ten stał wyprostowany, uśmiechając się szeroko.
- Jesteś teraz chyba najlepiej walczącym młodziakiem w tym mieście. - pokiwał z uznaniem głową
Giorno wyprostował się też i odpowiedział uśmiechem.
- Najlepszy musi się uczyć od najlepszego.
Roześmiali się i ruszyli w stronę, gdzie pod drzewem zostawili swoje rzeczy. Sparingi z Garnwarem były jednymi z przyjemniejszych rzeczy spotykających w ostatnich dniach Giorno. Jego przygotowania do podróży były praktycznie skończone. Nie widywał się już prawie z nikim, poza przyszywaną Ciotką i służącym Wilfredem. I Garnwarem oczywiście. Od czasów bójki w karczmie między tymi dwoma wyrosła głęboka przyjaźń. Obcokrajowiec niezwykle polubił chłopca za jego hart ducha, dobre wychowanie i honorowość. Giorno odwzajemniał przyjaźń, podziwiając odwagę i doświadczenie starego podróżnika. Dowiedział się o nim wiele, nie mając innych przyjaciół robotnik zwierzył mu się z całej swej historii. Odmówił jednak rozmów na temat swojej ojczyzny, uznając to za "nudny detal". Teraz usiedli w cieniu drzewa aby odpocząć. Młody wyciągnął z torby bukłak z wodą i zaczął pić łapczywie. Po chwili ciszy, Garnwar niby mimochodem rzucił:

- A więc to ostatni nasz trening, co?

- T-tak. - odpowiedział Giorno, łapiąc oddech, odsysając się od butelki - Jutro lub pojutrze wypływam.
- Cieszysz się? W końcu może zaczniesz życie na własną rękę!
- Oczywiście! Chociaż trochę się martwię. Ciotka płynie ze mną aby ustalić "warunki mojego pobytu".
- Słuchaj... Wiem, że nigdy o tym nie wspominałem. Ale pamiętasz to o tym bękarcie?

Giorno machnął ręką i skrzywił się. Nie lubił tej myśli, jednak wszystko skłaniało się do tego, że była prawdziwa. Rodziców nie znał, odkąd pamiętał mieszkał z Ciotką Honorią. Ta nigdy nie zwierzyła mu się skąd pochodzi czy nawet dlaczego się nim opiekuje. Była za to daleką krewną Moretellich. Na tyle daleką by nie zawsze o tym pamiętano, na tyle bliską by poprosić ją o rodzinną przysługę. Samotna wdowa przygarniająca sierotę była wiarygodną historią dla większości ludzi, jednak wielu dostrzegało w tym pewne nieścisłości. Nawet sam Giorno. Chłopak wzdrygnął się i oblał twarz wodą. Nie patrzył na Garnwara, a ten wpatrywał się w chłopca z czymś na kształt współczucia w oczach.
- Nie będę cię przekonywał do zostania... - podjął po chwili - Ale muszę ci się do czegoś przyznać. Ja też wypływam. Znudziło mi się spokojne życie, przynajmniej tak mi się wydaje. Wspominając tobie o swoich przygodach, trochę do nich zatęskniłem.
Giorno poczuł ciarki na plecach i spojrzał uważnie na starszego przyjaciela. Bał się ale też miał nadzieję, że usłyszy zaraz prośbę lub chociaż jakieś napomknięcie by wyruszyć razem z nim po przygody. Nie nastąpiło to jednak. Garnwar kontynuował.
- Jednocześnie przypomniała mi się inna historia. Historia moich początków. Otóż widzisz, nie zawsze byłem takim samotnikiem. Z domu wyruszyłem z młodszym bratem. Tak, nie mylisz się: był w twoim wieku. Niezwykle mi go przypominasz, swoim zachowaniem i postawą. A także wyglądem! - tu zaśmiał się basowo - Też był takim chuderlakiem. Muszę przyznać, że razem tworzyliśmy zabawną parkę.
Przerwał na moment, z jego twarzy znikła wesołość i zapatrzył się w powiewające na wietrze źdźbła trawy.
- Przez moją głupotę i nieostrożność, a także swoją brawurę i chęć pokazania, że mi dorównuje, Brandolf zginął. Trzymałem go w moich rękach jak wykrwawiał się na śmierć. Nie mogłem temu zapobiec, rana była zbyt głęboka. Nigdy nie zapomnę jego wyrazu twarzy i tej krwi na moich rękach. Ostatnim wysiłkiem wyszeptał jeszcze "Przynajmniej w umieraniu będę lepszy". Heh...
Giorno znowu poczuł ciarki, tym razem jednak towarzyszył im zimny pot. Nigdy wcześniej nie widział Garnwara tak poważnego i nostalgicznego. Jakby w tej chwili opadły wszystkie maski jakimi zasłaniał się ten człowiek. Chłopak zrozumiał, że w tej chwili widzi go prawdziwym. Samotny, doświadczony przez życię podróżnik, nie mogący znaleźć spokoju duszy. 
- Nie mówię ci tego, żebyś mi współczuł - kontynuował bardzo powoli i spokojnie - Chcę, żeby to była dla ciebie ostatnia lekcja. Nie patrz na mnie czy na innych jak na kogoś lepszego. Nie próbuj być lepszym od innych. I tak jesteś. Masz w sobie coś specjalnego - niezwykłą, ognistą pasję połączoną ze stonowanym wychowaniem. Wiem, że rozumiesz o co mi chodzi. To ty musisz być tym ideałem, który inni próbują doścignąć. Musisz w to wierzyć.
Zapadła cisza. Z daleka nie było ich widać w cieniu drzewa, za to oni widzieli doskonale ludzi wracających do miasta przed zmierzchem. Zachodzące słońce ostro rysowało cienie i wszystko nabrało krwisto-czerwonego koloru. Giorno wstał po chwili i ruszył w stronę miasta, chowając ręce w kieszenie. Głowę miał spuszczoną, aby nikt nie zobaczył łez, które zaiskrzyły w jego oczach.

 

 


- To nieudacznik, rozpustnik i największa łamaga jaką kiedykolwiek widziałem! Ktoś taki ma się wychowywać wśród moich synów? Dwadzieścia jeden lat, to tyle co Anzelm! Ktoś taki ma być dla niego przykładem jak zrujnować swoje życie?
Zamknięte drzwi nie pomagały. Podniesiony głos Hugo Matteo Moretelli'ego rozbrzmiewał w korytarzu jego domu. Giorno siedział wyprostowany na krześle, nie zdradzając żadnych oznak zdenerwowania. Stał się taki przed wyjazdem z wyspy. Stonowany, chłodny, dystyngowany. Wyglądałby jak posąg, gdyby jego piersią nie ruszał miarowy, głęboki oddech. Siedzący naprzeciwko sługa domu uśmiechnął się do niego współczująco.
- Nie martw się chłopcze. Pan jest surowszy w głosie niż w zachowaniu.
Giorno nie odpowiedział. Wstał powoli i przesiadł się w najbardziej oddalone od służącego miejsce. Zapatrzył się na widok za oknem, jednocześnie próbując skupić się na przyciszonej już, ale dalej gorącej rozmowie Ciotki z chrzestnym.
- Hugonie. Mówię ci jak jest. Nie jest ideałem, ale tutaj własnie może mieć przyszłość. Dobrze wiesz, że kończą mi się pieniądze, a co dopiero czas. Jestem już stara. Jak mnie zabraknie, nic mu nie zostanie.
- Chętnie oddam mu twój dom razem z całą służbą żeby nie musieć się nim martwić... 
- Całą służbą? Wilfred jest starszy ode mnie. Należy mu się już wypoczynek.
- Wszystkim nam się należy, ale gdybym ja moja droga wypoczywał to nie mógłbym zajmować się całą, powtarzam CAŁĄ rodziną.
Zapadła chwila ciszy. Chłopak rozejrzał się po wnętrzu domu. Rzeczywiście, było to miejsce luksusowe i wyraźnie zadbane. Na ścianach pyszniły się obrazy i trofea, z pewnością w większości kupione. Ozdoby zdawały się spływać ze ścian na przeróżne stoliki, szafeczki i komódki, zasypując je migoczącymi srebrzeniami i złoceniami. W promieniach słońca zdobienia błyszczały, rozpraszając światło na miliony kolorów. Giorno otworzył oprawiony w skórę notatnik, jego jedyny bagaż który zdecydował się zabrać, i zaczął coś w nim zapisywać. Urwał gdy drzwi gabinetu nagle się otworzyły. Ciotka wyszła i kiwnęła głową na chłopca, dając mu znać, że jego kolej nastąpiła. Wszedł powoli do gabinetu, nie rozglądając się zbytnio. Wzrok od razu utkwił w siedzącym za potężnym biurkiem potężnym mężczyzną. Rozmawiali długo. W trakcie tej rozmowy Hugo powoli rozchmurzał czoło. Spodobała mu się powaga i spokój jaki roztaczał wokół siebie młodzieniec. Na jego opowieści o walkach w karczmach, uśmiechał się. Na wspomnienie plotek o bękarcie, starzec pokręcił z niesmakiem głową.
- Jesteś synem bliskich przyjaciół Honorii. Zginęli na wskutek ataku piratów na ich statek. Nie znałeś tej historii?
Giorno nie dał po sobie poznać, że tak proste i krótkie wyjaśnienie nijak go nie przekonuje. Przyjął je jako fakt. Wiedział, że musi przypodobać się jak najbardziej głowie rodu. Była to jego jedyna szansa.

 

 


Gdy wstał do drzwi zatrzymały go słowa Hugona.
- Twoja "Ciotka" cię nie znała. Nie doceniła cię. Wybacz jeśli przez jej spaczony obraz, byłem nieco szorstki. Ale nie myśl, że będziesz miał łatwo. Mam na ciebie oko. A nawet parę oczu, w miarę możliwości...
Opuścił gabinet i rozejrzał się za służącym, który wcześniej miał czelność rozpocząć z nim rozmowę. Dojrzał go głębiej w korytarzu, wyglądającego przez okno na podwórze. Podszedł do niego i z lekką nutą pogardy w głosie powiedział:
- Pan kazał zaprowadzić mnie do sypialni. Mam też dostać nowe ubranie, a chętnie też pozbyłbym się z siebie odoru podróży. Musisz też pokazać mi winnicę. Mam pomóc w jej zarządzaniu.
- Jasne chłopcze, już prowadz... 
- Żadny "chłopcze" - przerwał mu szybko i z gniewem Giorno - Od teraz Paniczu Moretelli. 

 

 

Spoiler

Witajcie wszem i wobec. Za zgodą rodzinki (wiem że jeszcze mnie nie ma w temacie, ale zapewne niedługo się tam pojawię) wchodzę w projekt z mam nadzieję nieco inną i ciekawą postacią, która urozmaici grę nie tylko nam, ale także reszcie graczy. Zachęcam do wszelkich komentarzy, byleby na temat. Wszelkie błędy jezykowo/ortograficzno/ogólnopolonistyczne proszę zgłaszać, bo nikt nie jest idealny a ja byki stawiać lubię. Miłego czytania (Tak, wiem że pewnie już po fakcie....)

 

Edytowane przez Pasiorson
  • Like 5

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Bardzo fajne, ciekawa historia, przyjemna do czytania, graficzki również dodają tego "czegoś". Pozdrawiam, jedna z lepszych biografii. 

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Bardzo ciekawa i wciągająca historia w czytaniu, przynajmniej mi bardzo przypadła do gustu. Jedna z najlepszych na tym forum, pozdrawiam. 

  • Like 1

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Temat do archiwizacji - projekt związany z postacią nie wystartuje. Dziękuję, pozdrawiam i przepraszam za kłopot.

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Szkoda, ż3 nie wystartuje :(

Edytowane przez Wifre

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Dodaj nową pozycję...