Skocz do zawartości
Usless22

Cynthia

Recommended Posts

Rozdział I. "Nocne bieganko jest super!"

 

b3813c18bdbafa46gen.jpg

 

— Biegnij, biegnij, biegnij, nie odwracaj się, biegnij! Wciąż tam są?! Nie odwracaj się! Miała problemy z usłyszeniem własnych myśli przez szalone tempo, narzucone przez jej własne serce, które próbowało wyrwać się z jej piersi. Jej bose stopy zostawiały w gęstym i mokrym runie leśnym niezbyt głębokie ślady, które od razu zapełniały się wodą. Deszcz padał prosto na nią, jakby to sam Adanos mścił się na niej za zbrodnie, których nie popełniła. Przynajmniej zmywał krew z jej bladych, chudych i zimnych dłoni, jakby cała jej krew spłynęła do jej nóg, zmuszających ją do nieprzerwanego biegu w nieznane. Kilka razy przewróciła się, co zostawiło po sobie obtarcia, z niektórych sączyła się powoli krew, z innych szybciej, choć większość była jedynie drobnymi zadrapaniami. Odwróciła się po raz kolejny, choć jej mózg starał się temu zapobiec ze wszystkich swoich sił. Za sobą zobaczyła jedynie ponury, pełen mgły i grzybów stary las, ten, do którego za żadne skarby nie mogła się zapuszczać. Chciała zrobić kolejny krok, ale wylądowała na ziemi, potykając się o wystający z ziemi konar dębu. Przewróciła się prosto na mokrą ziemię, desperacko próbując wyplątać stopę z drewnianego uścisku, lecz gdy tylko spróbowała ją pociągnąć do siebie, poczuła przeszywający, ostry ból. — Proszę, tylko nie to, nie, nie, nie, proszę... Prosiła o pomoc wszystkich, bogów, zmarłych i demonów, jednak przez całe jej życie żadne z nich nie raczyło powiedzieć słowa, więc dlaczego teraz ktokolwiek miałby kiwnąć palcem? Po jej czerwonych od wysiłku policzkach spłynęło kilka łez bezsilności, które od razu zostały zmyte przez deszcz. Była bardziej mokra od najbardziej mokrego, bezdomnego kundla, a z jej ubrań lała się woda, jakby właśnie wypełzła z rzeki. Zerknęła na uszkodzoną nogę, orientując się, że w niej też postanowiła otworzyć się rana. Odchyliła głowę do tyłu, by spojrzeć w nocne niebo i przewróciła się z jękiem na plecy. Czy tak właśnie miała skończyć? Wypuściła z ust coś, co w połowie przypominało jęknięcie, a w połowie westchnięcie, czując, jak woda spływa po jej czole.

— Pierdolcie się bogowie, pierdolcie się wszyscy. — Zaokrągliła drobne usta jak ona sama w wąskim uśmiechu, będąc pewna, że tak właśnie miały brzmieć jej ostatnie słowa.

— Nie wolno kpić z bogów. — Usłyszała głos w oddali, który przeszył ciszę jak rozgrzany nóż, wsuwający się masło.

Cynthia gwałtownie zerwała się do pozycji siedzącej, szybko żałując tego ruchu przez szarpnięcie nogą. Jej ciało przeszył tępy, nieprzyjemny prąd i cicho warknęła z bólu, starając się go stłumić. Rozejrzała się nerwowo, gwałtownie przecierając nadgarstkiem po twarzy, by pozbyć się nowych łez i kropli deszczu, które dwie sekundy później znów ucztowały na jej skórze. W ciemności zauważyła zakapturzonego człowieka, a po jego budowie szybko zorientowała się, że nie był kobietą.

— K-kim jesteś? — Wyjąkała, bezskutecznie starając się opanować drżenie głosu i płacz.

— Strażnikiem tego miejsca, jednym z wielu. — Wyjaśnił spokojnie, ostrożnie podchodząc do niej i delikatnie uniósł dłonie do góry, pokazując, że nie ma w nich broni, jednak długi łuk przewieszony przez ramię i kołczan pełen strzał ze świecącymi się grotami w blasku księżyca wcale nie napawał jej optymizmem.

— Zostaw, mnie, proszę, ja nic nie zrobiłem, zostaw mnie, zostaw! — Schowała twarz w dłoniach, czując jeszcze na palcach zapach metalicznej krwi. Nie należała jednak do niej, a przynajmniej nie całkowicie.

— Spokojnie, nic Ci nie zrobię. — Usłyszała w odpowiedzi. — Mogę podejść?

Dziewczyna nic już nie odpowiedziała, jej struny głosowe nie były w stanie zagrać już niczego. Przesunęła klatkę piersiową do kolan i schowała głowę między nogami na tyle, ile pozwalał jej to konar, wybuchając niekontrolowanym płaczem. — To się nie dzieje, nie dzieje. To tylko koszmar, który rozwieje się ze świtem. Może wystarczy teraz zamknąć oczy na chwilę, a potem się obudzić? Usłyszała jakiś szelest, potem cichy głos w głowie i przewróciła się na bok, czując, że żegna się ze świadomością, zasnęła.

 

Rozdział II.

 

— Jak myślisz, obudzi się? — Czuła ostry zapach ziół, który z wyjątkowym uporem dobierał się do jej nozdrzy.

— Kto wie? Każdy myślał, że Colin przyniósł zwłoki, ale mistrz potrafi zdziałać cuda. — Czy tak właśnie miała wyglądać śmierć? Może i nie była najgorliwszą i najpokorniejszą dziewczyną ze swojego rodzimego miasteczka, ale to już jest zdecydowanie przesada. — Wąchanie kwiatków od spodu, to wcale nie jest zabawne. Delikatnie poruszyła się na miękkim, słomianym łóżku.

— Zdawało mi się, czy znów się wierci? — Śmierć? Na pewno śmierć? Delikatnie poruszyła palcami u stóp, potem lewą nogą i poczuła lekkie ukłucie bólu.

— Poszukam staruszka, może w końcu się uśmiechnie... — Usłyszała ciche stękanie drewnianej podłogi, którym towarzyszyły niemalże bezszelestne kroki.

— Tak, może się uśmiechnie, a może za jakiś czas znów wyśle kogoś po łopatę. — Gdy znów ruszyła lewą nogą, poczuła kolejne ukłucie, tym razem dużo głębsze, które sprawiło, że momentalnie otworzyła turkusowe oczy. Wpatrywała się w słomiany strop nad głową na tyle długo, żeby zawróciło jej się w głowie, choć minęło tylko kilka sekund, zanim usłyszała czyiś głos.

— Na Adanosa! Ty żyjesz! — Ekscytacja, zaskoczenie i podniecenie zawisło w powietrzu tak, że mogłaby je wyczuć nawet bez nosa.

Cynthia chciała się podnieść, jednak poczuła kolejne ukłucie, które sprawiło, że jej łopatki znów dotknęły miękkiego łóżka, a oczy zaświeciły od wilgoci. Próbowała coś powiedzieć, jednak czuła w głowie całkowitą pustkę, nie mogąc wydusić z siebie choć słowa. Nie było to dla niej jakiś szczególnym zaskoczeniem, w końcu zawsze uznawano ją za wyjątkowo ponurą i małomówną osobę, z którą na wszelki wypadek lepiej się nie zadawać. — To niesprawiedliwe, zupełnie niesprawiedliwe. Dziewczyna odkąd pamięta, zawsze była czarną owcą i kozłem ofiarnym, na którego można było bezwstydnie i bezkompromisowo zwalić całą winę. Zacisnęła mocno zęby na dolnej wardze ze złości, aż poczuła na języku smak krwi. Drewniana, skrzypiąca podłoga znów zaśpiewała, zapowiadając kolejnego mężczyznę, który niczym cień wsunął się do środka. Nie była w stanie odchylić głowy w jego kierunku, a zapach leśnych ziół stał się jeszcze intensywniejszy, jeśli w ogóle było to możliwe.

— Spokojnie, moje dziecko. Spokojnie. — Usłyszała jego chropowaty, podstarzały głos, od którego bił dziwny spokój i coś magicznego. — Lark, zostaw nas samych. — Mężczyzna, którego wywołano, był odziany w zielony strój, łączący w sobie cechy lekkiego, skórzanego pancerza i zwiewnej szaty. Zrobił kilka kroków w kierunku drzwi. — Ach, jeszcze jedno. Poszukaj Colina i powiedz mu, że się obudziła. — Wydał polecenie, choć nie można było doszukać się w nim rozkazu.

— Jasne, dam mu znać. — Lark zniknął gdzieś na zewnątrz bez zbędnej ceremonialności.

— Długo spałaś, dziecko. — Czuła na sobie jego wzrok. Starzec podszedł do łóżka i dotknął dłonią jej rozpalonego czoła, chciała ją strącić, choć zabrakło jej sił, by choć w najmniejszym stopniu poruszyć obolałymi mięśniami. — Spokojnie. — Powtórzył i cicho wypuścił powietrze z ust. Widziała strzępy jego zielonkawej, znoszonej i lekko podartej szaty, która niosła ze sobą zapach ziół, jednak teraz wydawał się nieco słodszy. — Jesteś tu bezpieczna. — Dziewczyna zamknęła oczy tylko na chwilę, choć na wystarczająco długo, by znów zasnąć.

 

Rozdział III.

 

— Wstawaj, proszę, wstawaj! Miałeś mnie nie zostawiać, obiecałeś! — Znów klęczała w kałuży, widząc, jak wszystko dookoła niej rozmywa się w bezkształtną i szarą papkę.

— Jestem martwy, Cynthia. Uciekaj. — Odpowiedziały jej zwłoki, których trzymała się kurczowo, jakby były ostatnią rzeczą, jaka jej została. Jej falowane, kruczoczarne włosy opadały na chłodną, bladą twarz, z której już kilka godzin temu uszło życie.

— Nie, nie, nie, nie, nie, nie zostawię Cię! Chodź ze mną, proszę! — Mówiła ledwo słyszalnym głosem, wciąż uciskając ranę bandażem, który już od dawna przeciekał od krwi. Zapach rozdartych, ludzkich bebechów był tak powszechny, że przestała go czuć.

— Uciekaj. — Martwe usta znów poruszyły się, gdy dziewczyna opadła na klatkę piersiową ich właściciela. Był jej najlepszym przyjacielem, jedynym przyjacielem i czy on też musiał odejść? Przecież obiecał jej, że ją nie zostawi. Był kłamcą! Jak mógł jej nie zostawiać, skoro umarł?

— Miałeś żyć! — Wydusiła z siebie z wyrzutem, gdy poczuła ciepło na swoim ramieniu. Truchło zaczęło się rozmazywać. — Nie, zostawcie nas! Ja nic nie zrobiłam! Kałuża zniknęła, a zapach przyjaciela został zastąpiony przez intensywny odór leśnych ziół. W końcu i on się rozmazał, a jej oczom ukazała się ciemność. Może to właśnie ona była jej najlepszą i jedyną przyjaciółką? Czy można nazwać kogoś przyjacielem, jeśli usłyszymy z jego ust kłamstwo? Na pewno nie. — On mnie okłamał. Ciemność nie zrobiła tego nigdy, zawsze w jej objęciach doznawała ukojenia, jakiego nikt inny nie mógł jej zapewnić, a przede wszystkim była szczera i nie miała przed nią żadnych tajemnic. Powoli otworzyła oczy, czując pot na skórze. Znów była w leśnej chatce ze starcem, który mocno zacisnął dłoń na jej barku. Mimo swoich lat wydawał się wyjątkowo silny. Gwałtownie się szarpnęła, niemalże nie spadając z łóżka. Strąciła w ten sposób jego dłoń i przeszyła go turkusowymi ślepiami, które teraz były zaczerwienione od łez. — On na pewno nie jest moim przyjacielem.

— Nic Ci nie zrobię, dziecko. — Znów ją zapewnił spokojnym, choć już nieco znużonym głosem.

— To mnie zostaw! — Myślała, że krzyknęła, lecz jej głos wciąż był ledwo słyszalny.

Starzec zrobił powolny krok do tyłu, badając ją wzrokiem. Miała wystarczająco dużo czasu, by się rozejrzeć. Zerknęła w kierunku swoich nóg, które były owleczone czystymi i pachnącymi bandażami. Zacisnęła nerwowo zęby na dolnej wardze i wzięła głęboki wdech, od którego zrobiło się jej niedobrze. — Idiotko. On ocalił Ci życie. Spojrzała na starca, czując, jak krew uderza jej do głowy, barwiąc jej poliki na czerwono, które teraz bardzo kontrastowały z jej bladą jak śnieg cerą.

— J-ja... — Zawahała się przez chwilę, by w końcu dodać. — Przepraszam. — Nie sądziła, że to możliwe, ale jej twarz była jeszcze bardziej czerwona. Czuła wstyd za swoje słowa, choć nie mówiła ich do końca świadomie, to jednak nie tak powinno dziękować się swoim wybawcom.

Starzec cicho westchnął, by z uporem maniaka odpowiedzieć. — Nic się nie stało, dziecko. Rozumiem, że jesteś wyczerpana, gońcy dowiedzieli się tego, co zaszło... — Znów wypuścił powietrze ust z westchnięciem.

— Gońcy? Jacy gońcy? — Spytała, zanim pomyślała. — To druid! Ogarnęło ją nagłe olśnienie, w końcu wszystko się zgadzało. Ubrani na zielono mężczyźni, tańczący dookoła jakiegoś leśnego dziadka. Zacisnęła zęby na dolnej wardze i uciekła od niego wzrokiem, brodząc oczami po stropie chatki.

— Jak masz na imię, dziecko? — Spytał, siadając na łóżku obok dziewczyny.

— Cynthia. — Odparła niemalże od razu, choć nie była pewna dlaczego. Bezpieczniej było podać inne imię, niż prawdziwe, w końcu miała ich wiele. W tych czasach nawet dobrzy ludzie potrafili zejść z obranej przez siebie ścieżki, jeśli od tego zależało ich życie.

— Jestem Tovlor, dziecko. — Starzec przedstawił się, by dopowiedzieć po chwili. — Musisz jeszcze odpocząć, zanim odzyskasz siłę. Ktoś za chwilę przyniesie Ci śniadanie, postaraj się nigdzie nie uciekać. — Uśmiechnął się lekko, by po chwili zniknąć na zewnątrz. Poprowadziła za nim wzrokiem, jednak ostre światło dnia sprawiło, że odwróciła wzrokiem. — Jak niby miałabym stąd uciekać i... dlaczego? Zadała sobie te pytanie i dopiero po chwili zorientowała się, że był to żart.

 

Rozdział IV.

 

— Dupek. — Wymamrotała z cichym jęknięciem i mocniej przycisnęła biodra do ud Jeffrey'a, czując, jak jego dłonie znalazły się na jej pośladkach. — Tak nie zachowują się przyjaciele. Zacisnęła zęby na dolnej wardze, by znów nie jęknąć prosto w jego usta. Szeroki, czarujący uśmiech chłopca, z którym spędziła większość, a może i nawet wszystkie szczęśliwe chwile w swoim życiu, sprawiał, że jej twarz zaczęła przypominać barwą bardzo dojrzałego pomidora. Jeffrey mocniej zacisnął palce, wbijając je w jej skórę na tylko głęboko, że pisnęła.

— Tak nie można! — Pchnęła go, aż przewrócił się tyłkiem na drewnianą podłogę. Zerknęła na jego twarz, która zdradzała teraz zaskoczenie i ból po upadku. Cynthia wciąż maltretowała swoje usta zębami, by po upływie kilku sekund zejść do parteru, siadając nieco pod jego brzuchem. Nie chciała powiedzieć tego głośno, jednak jej ruchy i jej ciało zdradzały aż zbyt wiele, teraz nie był tylko jej przyjacielem. Dłonie dziewczyny znalazły się na piersi chłopaka i dorwały się guzików jego koszuli, by dość sprawnie jeden za drugim wysuwać z zapięcia.

— Idą! Idą! Innosie, miej nad nami litość! — Usłyszała głos w oddali, czując pod palcami jego nagą skórę.

— Cynthia. — Powiedział, zrzucając widocznie niezadowoloną dziewczynę z siebie. — Potrzebują mnie tam. — Gwałtownie podniósł się i zaczął zapinać koszulę.

— Nie, to ja Cię potrzebuję. — Mruknęła cichutko, znów dobierając się do jego ciała.

— Nie bardziej niż oni. Muszę walczyć. — Chłopak uwolnił się z jej uścisku, lekko ją odsuwając. — Chwycił w lewą dłoń swój łuk.

— Nie. — Momentalnie pobladła, czując, jak wilgoć zaczyna świecić w jej oczach. — Zginiesz, nie jesteś żołnierzem, musimy uciekać!

Musimy uciekać, uciekać. — Dlaczego mnie nie posłuchał? Owsianka była równie podła w smaku co wczoraj. — Musisz jeść. — Powtarzał jej Tovlor, namawiał ją Colin w akompaniamencie rad Larka i kilku innych gońców, którzy, mimo że przedstawili się, to wciąż pozostawali dla niej bezimienni. Nie musiała znać ich imion, nawet za nimi nie przepadała. Może tylko i wyłącznie dzięki nimi żyła, ale dla niektórych dar życia bywa klątwą. — Mógł mnie tam zostawić. Wciąż nad tym myślała. Dlaczego w ogóle jej pomógł, skoro mógł pozwolić jej umrzeć? Czy właśnie nie tego chciała? Jeśli coś istnieje po drugiej stronie, znalazłaby się tam, gdzie właśnie jest Jeffrey. Znów zobaczyłaby jego uśmiech, usłyszała jego głos i poczuła ciepło jego dłoni, ale potem przypomniała sobie jego ciało. Było chłodne, ponure i ciche. Czy właśnie tak wygląda śmierć? Przełknęła po raz kolejny łyżkę owsianki z miną, jakby chciała zwymiotować. — Mogli, chociaż dać mi do niej miód albo orzechy. Zjadła już połowę zawartości miski, choć każdy ruch ręki ujmował jeszcze bardziej na jej apetycie. Gońcy, którzy raczyli się taką samą owsianką jak ona, mieli dużo mniej wybredne miny. Byli ubrani w różne stroje, niektórzy nosili lekkie, skórzane pancerze, inni szaty, a jeszcze inni półzbroje, jednak każdego z nich łączyła zieleń. Dziewczyna dość szybko zorientowała się, że część żołnierzy druida stracili wszystko podobnie jak ona, stali się czymś w rodzaju rodziny, jednak nie Cynthia. — Oni są żywi, ale ja należę do martwych. Zatopiła wzrok w gęstym mleku i znów wsunęła łyżkę do ust, szybko przeżuwając w jej mniemaniu paskudną w smaku owsiankę. Colin po chwili przysiadł się bliżej niej. Różnił się od reszty gońców, niektórzy woleli nazywać go „rycerzem". Nosił na sobie stary, powygniatany napierśnik z wymalowanym jeleniem na herbie. Odchodziła od niego kolczuga, chroniąca ręce i nogi, a przez szyję przechodziła mu obszerna, zielona chusta, która zakrywała klatkę piersiową do połowy. Jak cała reszta miał przy sobie długi, imponujący łuk.
— Nie jesteś głodna? — Spytał, badając ją subtelnie wzrokiem.

— Nie, nie jestem. — Potwierdziła i przesunęła drewnianą miskę przed niego, mówiąc. — Ty skończyłeś swoją porcję jako jeden z pierwszych, z pewnością byłeś i może wciąż jesteś głodny.

— Smakuje okropnie. — Przyznał, przesuwając miskę znów przed nią i podniósł się z ławy, rzucając na odchodne. — Smacznego. — Chwilę później zniknął gdzieś wśród drzew.

 

Rozdział V.

 

Cynthia znów była sama. Blask księżyca oświetlał jej podniszczony dach starej piekarni, która od lat była opuszczona, choć zdawało się jej, że wciąż czuła przepyszny zapach jagodzianek, za które podpisałaby cyrograf albo i kilka, jeśli Beliar byłby na tyle łaskawy. Zaokrągliła usta w delikatnym uśmiechu, gdy pod jej palcami znalazł się stary, ceglany i osmolony komin. Była pewna, że jej dłonie były teraz czarne i chciała instynktownie wytrzeć je o fartuch, jednak w ostatniej chwili się powstrzymała. Zaśmiała się w głos, orientując się, że znów skakała w kucharskim fartuchu po dachach. Niektóre z dachówek były podstępne, udając nienaruszone, jednak dziewczyna znała je aż zbyt dobrze. Zerknęła na swój nadgarstek, na którym znajdowała się blizna po jednym z upadków, jednak wcale jej tam nie było. — To tylko sen. Zorientowała się, rozglądając po miasteczku. Było pogrążone w śnie, podobnie jak jej ciało. Wypuściła powietrze z ust, rozkoszując się tą chwilą, była bezpieczna, spokojna i zadowolona. Zrobiła drobny krok do przodu, stając na dachówce o barwie rdzy, czując, jak zaczyna uciekać przed jej stopą. Chciała odskoczyć, jednak poczuła, że spada, a piekarnia załamuje się pod jej ciężarem, choć dosłownie chwilę wcześniej nawet nie drgnęła. Wydała z ust bezgłośne piśnięcie, które miało imitować wrzask. Usłyszała dźwięk łamanych kości i miażdżonego mięsa, rozglądając się panicznie po sobie. Na podłodze została po niej plama krwi, jednak nic nie poczuła. — To tylko sen, tylko sen. Powoli podniosła się, widząc, że nic jej nie jest, choć zdążyła się już połamać na podłodze. Znów spojrzała na brudną podłogę, pełną kurzu, mąki i krwi. Zacisnęła nerwowo zęby na dolnej wardze, czując, że jej twarz była równie kolorowa co niepomalowana ściana. — Czy to moja krew? — Wyszeptała cichutko, nie spodziewając się, że ktokolwiek jej odpowie. W końcu zmusiła się do zrobienia ostrożnego kroku przed siebie, orientując się, że podłoga zaczyna się załamywać pod jej stopami. — Nie chce spaść, muszę biec, biec, biec! Z każdym jej kolejnym szybkim susem drewniane deski spadały, prosto w nicość. Ona znała jej twarz, była chłodna, ponura i cicha. Wnętrze piekarni okazało się tunelem z drzwiami na końcu, przez które przebijały się promienie słońca. — Jest przecież noc. Dlaczego tam jest tak jasno? Im szybciej biegła, tym było mniej mąki, a więcej mokrego od krwi kurzu. Wpadła prosto w drzwi, czując, jak te roztrzaskują się pod jej ciężarem. Znów była noc. Podniosła się z ziemi i przełknęła ślinę i słodki zapach jagodzianek, który teraz okazał się tak mdły, że zwymiotowała. Miasteczko było inne, wciąż wyglądało tak samo, choć nigdy nie było aż tak ciche. Gdzie te przeklęte wrony, które tak ochoczo zakłócały sen spokojnych mieszkańców? Spojrzała za siebie, jednak absolutnie nic tam nie było. Minęła warsztat kowala, jakby spodziewała się, że znajdzie tego barczystego grubasa przy kowadle, jednak znalazła tylko rozczarowanie. — Żaden kowal nie pracuje w nocy. Ruszyła dalej, zmierzając wydeptanym traktem w kierunku rynku. Nie minął ją żaden ze strażników, co jednak uznała za plus. Nigdy za nimi nie przepadała z dziką wzajemnością. — Ktoś powinien wypędzić tę przeklętą sierotę, same z nią problemy. — Podsłuchała raz rozmowę dwóch wartowników. Znienawidziła ich wtedy jeszcze bardziej. Stragany też były puste, choć było tu znacznie chłodniej. Wsiąknęła nosem, czując, że zimno jej nie służy i chciała się już odwrócić, gdy zobaczyła coś błyszczącego wbitego między kamienną kostkę, a brudem ją spajającym. Miała coś w sobie ze sroki albo ćmy, bo świecidełka zawsze potrafiły przyciągnąć jej uwagę. Gdy zbliżyła się, zorientowała się, że to pierścień. Podniosła go i obróciła nimi w palcach, żeby wyczyścić go z zaległego brudu.

— To nie należy do Ciebie. — Usłyszała głos. Był zimniejszy od powietrza, a gdy chciała jeszcze raz odtworzyć te słowa w głowie, zorientowała się, że nie zna tego języka. Gdy odwróciła się, poczuła, że zimne ostrze przeszyło jej brzuch. Zamknęła oczy i obudziła się ze wrzaskiem. Znów leżała na drewnianym łóżku ze słomy, znów miała nad głową słomiany strop, znów krwawiła. Poczuła, że trzyma coś w dłoni, a gdy rozprostowała palce, zauważyła pierścień, w którego blasku odbiła się śmierć.

 

Rozdział VI.

 

— Tu jesteś! Szukałem Cię. — Jeffrey uśmiechnął się delikatnie, jak to miał w zwyczaju i objął dziewczynę na przywitanie. — Jesteś strasznie zimna. — Wyznał głosem, w którym dezorientacja i zaskoczenie tworzyły osobliwą mieszankę.

— Przepraszam. — Odpowiedziała mu bladym uśmiechem, choć jej ręce luźno zwisały przy ciele. Nie miała siły, by powiedzieć nic więcej, nie była też w stanie go przytulić. Stała na nogach, jednak czuła, że spada, że coś próbują ją połknąć, by już nigdy nie wypluć. W końcu zebrała siły i powoli rozwarła usta, by szepnąć ledwie słyszalnie. — Nie zostawisz mnie już nigdy, prawda? — Powoli splotła palce w okolicach jego krzyża.

— Obudźcie staruszka! Lark, szybko, bandaże, nici i igła! Rusz tę dupę! — Czyiś głos odbił się po tafli wody, po której Cynthia tak ochoczo puszczała kaczki, miotąc płaskimi kamieniami w rzekę, gdy najbardziej pragnęła samotności. Nauczył ją tego Jeffrey.

— To dobrze, że Cię znalazłem? — Spytał z niepokojem. — Jestem martwy, prawda? Ale ty żyjesz, Cynthia, prawda? — Martwy, martwy, martwy. Wpatrywała się w jego twarz, która była zbyt przystojna, by należeć do trupa. Chciała zaprzeczyć, chciała powiedzieć, że się myli, że to tylko głupi sen, chciała by jutro obudziła się pod wielkim dębem, trzymając głowę przyklejoną do jego ramienia. — On ma rację, jest m-martwy. Dziewczyna zbladła, jeśli w ogóle było to możliwe, jednak jej usta były wciąż wykrzywione w smutnym uśmiechu.

— Możemy się przejść? — Spytała, czując jak chłopak splata z nią prawą dłoń. Ruszyli wzdłuż rzeki. — Też to słyszysz? Ktoś mnie woła? — Spytała, gdy jej nozdrza były maltretowane przez ostry zapach ziół, od którego zrobiło się jej niedobrze.

— Biedaczka musiała się szarpnąć i w nocy znów otworzyła się jej rana. — Mówiły do niej mijane drzewa.

— Nie, chyba nie. Nic nie słyszę, jest tu bardzo cicho. — Zauważył jej martwy przyjaciel. — Dlaczego się spotkaliśmy? — Spytał, mocniej zaciskając palce na jej kruchej dłoni. — Jeśli mogę z nim zostać już na zawsze, to chcę być martwa.

— Odsuńcie się! — Momentalnie odwróciła wzrok, widząc przed sobą oślepiające światło, jednak Jeffrey szedł dalej, jakby zupełnie go nie widział. Czuła, że puszcza jej dłoń. — Nie! Nie! Nie zostawiaj mnie, nie teraz, nie ty! Jeff... — Gdy otworzyła oczy, spotkała się znów ze słomianym stropem.

— Dzięki Adanosowi... — Usłyszała głos w oddali.

— To Mistrz ją uratował. — Odezwał się kolejny.

— Słyszysz mnie dziecko? — Rozpoznała te chropowate brzmienie, artykułujące się w słowa. Tovlor mówił z charakterystycznym, podstarzałym akcentem. — Nie, druidzie. Pozwól mi do niego wrócić. Dlaczego on jej to zrobił? Była taka szczęśliwa, taka uśmiechnięta i taka zimna.

— Przepraszam. — W końcu wydusiła z siebie, czując w głowie całkowitą pustkę, a dłoni, którą obejmował Jeffrey pierścień. To nie on był taki chłodny. Mocniej zacisnęła palce, nie chcąc za wszelką cenę wypuścić, lub choćby wydać czegoś, za co zapłaciła prawie własnym życiem. Colin miał równie czerwone dłonie, co policzki. To właśnie on tamował jej krwotok i to właśnie on odebrał jej chwilę z martwym przyjacielem. — Jak mógł mi to zrobić? Znowu... Dziewczyna spojrzała w jego stronę, by zerknąć w jego głęboko zielone ślepia, przypominające barwą dojrzały mech. Chłopak uśmiechał się z gracją, jednak jego oczy były smutne, on też musiał kogoś stracić, kogoś bliskiego.

 

 

 

//Dodam kolejne rozdziały niebawem/nigdy/nikomu nie chce się tego czytać/może jutro.

 

 

 

 

 

 

 

 

Edytowane przez Usless22
Rozdział VI.
  • Like 1

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Specjalnie zalogowałem się na moim urządzeniu mobilnym żeby pogratulować temu Panu. Tekst czytało się tak dobrze, że nie miałem ochoty szukać błędów w pisowni. Jeżeli administracja i mistrzowie gry w ogóle czytają komentarze pod biografiami to powiem wprost "Trzeba być głupcem i niewydarzonym durniem, żeby nie przypiąć tej karty, a tym bardziej aby jej nie nagrodzić.". Celowe górowanie tekstu nad obrazem nadaje biografii charakteru i duszy. Być może się powtarzam ale bardzo ładnie to wyszło, a jeśli będzie jeszcze rozwijane to chyba się zakocham w tym temacie.

  • Thanks 1

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Dodaj nową pozycję...