Skocz do zawartości
Glar

Liebental

Recommended Posts

8aiebbH.png

 

 - Poddaję w wątpliwość jego kandydaturę - zaczął beznamiętnym głosem młodszy mężczyzna w bogatej czapie z pawim piórem. - Jego kandydaturę oraz lojalność wobec sprawy, a finalnie poddaję również w wątpliwość powodzenie misji, którą zamierzasz mu zlecić. Wszak tu nie tylko o Archolos idzie, ale też i o nas samych. O całą operację. Gdyby potrafił osiągnąć coś spektakularnego, to usłyszelibyśmy o nim już lata temu, być może wtedy potrafiłbym mu zaufać. Być może. Tymczasem kim on jest? Fakt, zwykłym golcem nie sposób go nazwać - pochodzi przecież z kupieckiej rodziny. Ale nie urósł też do rangi nikogo ważnego. Jest pospolitą płocią.

Drugi, starszy z jegomościów, westchnął ociężale. W zacienionej izbie, w kamiennym, pokrytym grubą warstwą sadzy kominku wesoło trzaskał ogień, rozgrzewał.

Jegomość siedzący w misternie rzeźbionym karle rozsiadł się jeszcze wygodniej, zakręcił naczyniem trzymanym w dłoni.

 - Twój sceptycyzm, drogi Markolcie, - podjął po chwili milczenia, ocierając z resztek wina bujne wąsy - zawsze budził we mnie podziw. Mądra to rzecz - ostrożność. Jednak ostrożnością świata nie zwojujesz. Zwłaszcza taką, która aż do przesady przypominać zaczyna niechęć i uprzedzenia… szczególnie do własnych sojuszników. Wszak wiesz o tym, że takimi uprzedzeniami nie zdobędziesz przywilejów, nie napełnisz kufra złotem, a łoża rozochoconymi dziewkami. Dlatego to ja w naszej komitywie podejmuję ważne decyzje.

 - Zatem sądzisz, że można mu w tej kwestii zaufać? Że powierzone mu pieniądze - zamiast przepuścić w burdelu lub na hazard - wykorzysta zgodnie z naszą wolą? A co najważniejsze, że na torturach, Innosie nie dopuść, nie wyśpiewa ani słowa o nas? Bo przecież musisz być świadom tej jednej rzeczy: że nawet, jeśli szczerze i z oddaniem będzie służył naszej sprawie, to kluby boleśnie zaciskające się na jego członkach albo i krzesło nabijane żelaznymi kolcami, skutecznie i prędko pomogą mu zmienić zdanie. W obliczu obcęgów do wyrywania paznokci święta sprawa nagle przestanie być świętą, a szczytny cel i pieniądze nań przeznaczone nagle stracą jakiekolwiek znaczenie, gdy zaczną przypalać boki. I wykrzyczy wszystko, byle skończył się ból, byle przestano, byle...

 - Tak sądzę - odparł dobitnie oraz stanowczo starszy, przerywając i zupełnie ignorując bogate w szczegóły markoltowe opisy tortur, którymi ów lubił się popisywać, a zdarzało mu się to dosyć często. Na tyle często, że starszego już dawno zdążyły one znudzić i przestały sprawiać wrażenie. - I na tym poprzestańmy. Postanowiłem wyznaczyć do tego celu Liebentala nie bez powodu. Jego ojciec, o którym już wspominałeś, to był porządny człek, nie działający z własnych pobudek, a co ważniejsze z pobudek materialnych. Jego słowo nie dym - można było na nim polegać. I na jego pieniądzach też - bez wsparcia Gebharta nie zdołali byśmy sfinansować skryptorium w tak szybkim tempie. A było nam ono potrzebne niezwłocznie. Gebhart służył sprawie szczerze. I do samej śmierci.

Starszy westchnął ponownie, oglądając rubinowy płyn w szklanicy z modnego błękitnego szkła.

- Szkoda, że wykończyła go ta choroba, - podjął zaraz - mógłby nam się jeszcze przydać. A właściwie jego interes mógłby nam się jeszcze przydać.

 - Cóż, teraz to jest interes Liebentala - zauważył celnie Markolt, skrzyżowawszy ramiona na piersi. Fikuśne, przedłużane rękawy jego jopuli zawisły wzdłuż ciała. - Jeśli odziedziczył po ojcu coś więcej, niż tylko ładną buźkę, to być może będzie jeszcze z tego pożytek. Mam tu na myśli poświęcenie dla idei, rzecz jasna. A ja śmiem twierdzić, że nie jest do tego zdolny. Do niczego nie jest zdolny.

Starszy odstawił szklanicę na jesionowy stół, poprawił chaperon na głowie.

 - Liebental odziedziczył coś więcej, niż Gebhart. Nie tylko interes, dom oraz wymienioną przez ciebie aparycję - jaka by ona nie była - która zresztą nie ma tutaj nic do rzeczy. Phe-he-he… a może jednak ma, hmm?

Markolt zmierzył rozmówcę kosym spojrzeniem, nie zmieniając pozycji. Przez sekundę sprawiał wrażenie, jakby chciał odpowiedzieć - milczał.

- Powody twego sceptycyzmu są mi doskonale wiadome. Złość masz ku niemu, bo twoja faworyta, Eliszka, niegdyś do niego smaliła cholewki, nie do ciebie. Nie, bracie Markolcie, nie musisz nic mówić. Twoja twarz powiedziała już wszystko, sama za siebie. Nie musisz nic mówić, za to musisz się tego wyzbyć, nim będzie za późno. Jak mówiłem: uprzedzenia, przyjacielu. Prywata nigdy nie sprzyjała i sprzyjać nie będzie naszej sprawie. Z pewnymi wyjątkami, rzecz jasna. Ale femina? Afekt z powodu kobiety? Nie, Markolcie, to nie może tak być. Innos to wszystko widzi i osądza!

Markolt, miast zaperzyć się, uśmiechnął się obojętnie i ze świstem wypuścił powietrze z ust.

 - Wystarczy, wystarczy. Gotów jesteś prawić mi zaraz morały o uszanowaniu dziewictwa, pierwszeństwie ślubu przed pożyciem i o innych staromodnych banialukach. Bez komentarza… 

Starszy prychnął w odpowiedzi, jak pradziadek na rodzinnym obiedzie, który i tak swoje wie, ale tematu nie kontynuował. Zamiast tego uniósł palec wskazujący.

- Nie zmienia to faktu, że przez afekt wobec niego nie zauważasz w nim tego, co ja. To prawda, potomek Gebharta potrafi okazać się porywczy, a jego poczucie humoru to raczej kiepski żart, dosłownie i w przenośni, jednak jest w nim nie tylko skłonność do poświęcenia, ale też pewien rodzaj fanatyzmu. Coś, czego brakuje nam obojgu. Gebhart wiedział o tym, dlatego gdy jego syn był jeszcze wyrostkiem, nauczył go wszystkiego, co niezbędne do przejęcia biznesu w przyszłości. Podobno chłopak potrafił już czytać i rachować zanim nauczył się dobrze chodzić, chociaż pewności nie mam ile w tym prawdy. Pewnie niewiele, ale to nieistotne… Zresztą wcale głupi nie był, sam się pchał do lektury, a po dwudziestym roku życia sypał już cytatami z referatów jak z rękawa. Gebhart nigdy nie zdradzał szczegółów swoich działań, jednak zawsze - o ile było to możliwe - mógł w nich liczyć na pomoc syna, który najprawdopodobniej domyślał się, że chodzi o coś bardzo ważnego. Wiele lat od tamtego czasu minęło, no i nie mylił się.

Zatem o lojalność wobec poruczonych mu sekretów, spraw, misji i funduszy, martwić się nie musisz. Zresztą… Nie zmuszam cię wcale do zaufania wobec Liebentala. Oczekuję za to zaufania wobec mnie. I moich decyzji, bowiem moje decyzje nigdy jeszcze nie zaprowadziły nas na jałową ziemię. A skoro ja zdecydowałem, że Liebental poradzi sobie z poruczonym mu zadaniem, to tak będzie i basta.

Causa finita. Pojąłeś, bracie?

Starszy z naciskiem wypowiedział ostatnie słowo, przenosząc tym samym wzrok na niego.

Markolt skłonił się formalnie z twarzą niezmienną jak posąg, dając do zrozumienia, że pojął. Upewnił się przedtem, że ukłon nie będzie zbyt uniżony.

 - Wyśmienicie. Przygotuj się zatem do rejsu na Archolos, bo sam mu te poruczenia przekażesz. Aha i jeszcze jedno… Będę wdzięczny wielce, jeśli wrócisz tutaj w jednym kawałku. Najlepiej z pełną skrzynką Ognia Innosa albo innego przedniego wina, z którego słynie Wiltmark. 

  • Like 3
  • Thanks 1

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×
×
  • Dodaj nową pozycję...