Skocz do zawartości
Pasiorson

Julian

Recommended Posts

ziJiWrl.png


Drzwi trzasnęły głośno, a framuga zadrżała wyraźnie. Zatrzymałem się, oddychając ciężko. Słyszałem jak za zamkniętymi przed chwilą drzwiami, ojciec wstaje ze stołka i zaczyna sprzątać stół. Wiedziałem, że przesadziłem. Przecież on tylko chce mi pomóc, wskazać właściwą ścieżkę. Powoli otworzyłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia. Ojciec rzeczywiście sprzątał na stole, nie zwracając na mnie uwagi. Zbliżyłem się do blatu, patrząc na mój ostatni projekt. Był to stary obraz, który przybył do nas z domu bogatego kupca z Myrtany. Nie był bardzo zniszczony, w większości po prostu brudny. Wyczyszczenie go nie było większym wyzwaniem, ale odkryło parę miejsc, które musiałem wyretuszować. Tutaj zaczęły się schody. To było moje piąte podejście, a ojciec ciągle nie był zadowolony z wyniku mojej pracy. Zazwyczaj znosiłem to spokojnie i posłusznie, zabierałem obraz i robiłem wszystko od nowa. Oczywiście tym razem pękłem...
- Wybacz. Poprawię to.
- Nie. -
odpowiedział, po chwili milczenia - Ja się tym zajmę. Ty weźmiesz ten drugi.
Zatkało mnie na chwilę. Jedyny inny obraz w naszej pracowni pochodzi bezpośrednio od Waymara, który zamierzał odnowione dzieło wstawić do swojego nowego pałacu. Był to rodzinny obraz namalowany przez mojego dziadka, przedstawiający protoplastów rodu władców Wiltmarku. Przez wiele lat leżał zapomniany w piwnicach pod zamkiem, dopiero przy pracach nad nowym pałacem został odnaleziony i przywieziony do nas. Obraz był w opłakanym stanie, ale większość prac została już wykonana. Zostało tylko wyretuszowanie.
- Nie rozumiem - przyznałem w końcu
- Nie dziwię się. Pozwól że ci to wytłumaczę. - ojciec spojrzał się na mnie, a ja zobaczyłem swoje odbicie w jego okularach - To co zrobiłeś tu. Nigdy nie zdołałem tak dokładnie zakryć uszkodzeń. To miałem na myśli mówiąc "Nie masz już co robić przy tym obrazie". A ty oczywiście postanowiłeś rozwalić do końca nasze drzwi.
- A... W takim razie...
- Tak dokładnie. W takim razie zajmiesz się dziełem mojego ojca. Zrobisz to lepiej ode mnie i znacząco szybciej. Ja wezmę ramę i przygotuję ją do złocenia. No i oczywiście skończę twój projekt. Jutro, po wyschnięciu powinien być gotowy do odesłania.

Ojciec zaczął się krzątać po pracowni. Mój obraz powędrował na półkę z prawie skończonymi przedmiotami. Leżały tam najróżniejsze srebrne i złote ozdoby - zastawy, szkatułki, biżuteria. Wszystko to trafiało do nas w różnym stanie, większość trzeba było porządnie wyczyścić. Tym się właśnie zajmowaliśmy z ojcem. Byliśmy konserwatorami.

 

2uqYXVE.png


- Kon... ser... wator? - człek uniósł brew i skrzywił się - To prawdziwa praca? Brzmi jak jakieś oszustwo...
- Prawdziwa. Właśnie dzięki temu zarobiłem... zarobiliśmy z ojcem na dom w górnym mieście.

Tłok w karczmie nie pozwalał na spokojne prowadzenie rozmowy. Praktycznie krzyczeliśmy do siebie. Mój towarzysz był prostym człowiekiem, którego praktycznie poznałem przed chwilą. Postawiłem mu piwo i zaczęliśmy gadać. Był bardzo uprzejmy, ale niezbyt rozumny.
- Zarobiłeś na... Czyszczeniu rzeczy?

- Tak. Nie tylko. To praca wymagająca znajomości wielu sztuk. Ojciec studiował je w Laranie, a ja u niego. Jestem też malarzem, rysownikiem. Trochę gram na instrumentach i piszę.
- O! Piszesz? A co takiego.

- W sumie zazwyczaj to, co ludzie chcą. Czasem ogłoszenia, czasem listy. Raz kopiowałem księgę.
- Widziałem taką kopiarnie w klasztorze na kontynencie. Niezwykle nudna praca...
- Mi się podobało...

Wzruszyłem ramionami i upiłem łyk piwa. Przez chwilę milczeliśmy. Lubiłem raz na jakiś czas wybrać się do karczmy, porozmawiać z ludźmi. Dużo można się było dowiedzieć w takich miejscach, a co ważniejsze - można było tu znaleźć klientów. Wielu z tych bogatszych mieszczan lubiło przychodzić tutaj aby pokazać się uboższym. Wydawali całe mieszki złota, dosłownie rzucali monety na lewo i prawo. Właśnie takich ludzi potrzebowałem. Od śmierci ojca, jedyne co mi pozostało to jego mądrze rozlokowane oszczędności. Większość z nich pochodziła jeszcze z zapłaty od Waymara. Wtedy właśnie przeprowadziliśmy się do Górnego Miasta i otworzyliśmy nową pracownię. Dobrze nam szło, dzięki nowej lokalizacji mieliśmy więcej klientów. Ale potem czasy się zmieniły...
Z zamyślenia wyrwał mnie głos mojego rozmówcy.
- To teraz pewnie ci się nie wiedzie, co?
- Skąd ta myśl?
- Jak to. Ludzie mają problemy, niektóre biznesy ledwo co się trzymają. Wątpię żeby przy takiej sytuacji, ludzie się przejmowali sztuką.
- Tak... To prawda. -
zdziwiłem się na nagły przebłysk inteligencji, jaką wykazał mój towarzysz - Co więcej, straciłem wiele kontaktów. Ojciec znał wiele osób na kontynencie i innych wyspach. Gdy go zabrakło, zostałem w sumie sam...
- Tja. Brzmi jak niezłe gówno. Nie możesz się zająć czymś innym?
- Całe życie spędziłem z ojcem w pracowni. Nie wiem co mógłbym robić. Znam się nieco na ślusarce, jubilerce, obróbce drewna. Ale na niczym tak dobrze, żeby się tym zajmować wyłącznie. 
- A na malarstwie nie da się zarobić?
- Ha! Chciałbym! -
zaśmiałem się gorzko - Jakby jeszcze komukolwiek w dzisiejszych czasach zależało na obrazach.
Zapadła chwila ciszy, oczywiście tylko między nami. W karczmie nawet zrobiło się głośniej, bo własnie tłuszcza wiwatowała na cześć szlachcica, który zdołał podnieść sukienkę jednej z posługujących dziewek. W tej chwili był niesiony na rękach paru lokalnych osiłków, którzy kierowali się z nim w stronę drzwi. Westchnąłem ciężko i wypiłem resztkę piwa jednym haustem.

 

bPiIWWY.png


Po raz kolejny wróciłem do domu z niczym. Nie dopuszczono mnie przed oblicze Nicolasa de Herte. Obecnie był chyba jedyną osobą w mieście, która mogła dać mi zarobić. Ze zdenerwowania, trzasnąłem mocno drzwiami od pracowni. Huknęły głośno, a framuga zatrzęsła się wyraźnie. Zamknąłem oczy i westchnąłem głęboko. Szybko zgarnąłem swój przybornik, zgarnąłem pod pachę czyste płótno na ramie i po chwili już szedłem w kierunku bramy miejskiej. Minąłem niewiele osób po drodze, nikt nie zwracał na mnie uwagi. Prawdopodobnie nawet mnie nie znali. Co innego, gdyby tą ulicą szedł mój ojciec. W jego czasach, kłaniano mu się na ulicach. Ludzie rzucali w jego kierunku dobre słowa, szanowali go, ZNALI GO. 
Uspokoiłem się dopiero docierając do małego wzgórka, z którego miałem dobry widok na zamglone w oddali góry. Z przybornika wyciągnąłem dziennik, kawałek ostrego węgla którym pisałem, no i oczywiście paletę farb i pędzle. Zacząłem od dziennika. Wyciągnąłem się na trawie i otworzyłem go na ostatniej zapisanej stronie. Był tam niedokończony wiersz, który pisałem w środku nocy, wyglądając przez okno na śpiące miasto. Oczywiście, nie zamierzałem go kontynuować - nastrój kompletnie nie pasował. Przekręciłem na następną stronę i zacząłem pisać.


We śnie ujrzałem wyspę pośród morza
Chowała się w mgłach i oparach złych
Drzewa, jak włócznie wbite w nieboskłon
Wyrastały z jądra ciemności

Moja łódź tonęła pośród ostrych skał
Unosiłem się na falach czarnych wód
Których nazwy nie znali najstarsi marynarze
A nie czułem nic poza lekką, morską bryzą

Zszedłem na ląd, na Wyspy Umarłych
Gdzie żaden z żywych stać nie powinien

Lecz stałem tam Ja, z żywym błyskiem w oku
I w to co ujrzałem, uwierzyć nie potrafiłem

Umarłych grono, wśród ciemności drzew
Tańczący korowód drwiących  z życia
Nie mogłem oderwać od nich wzroku
Aż ciemne wody obmyły falą me stopy


Z weny wyrwał mnie krzyk drapieżnego ptaka. Spojrzałem za nim, podziwiając jak szybuje wysoko, po czym pikuje w dół za zdobyczą. Dopiero po chwili zorientowałem się, że patrzę w kierunku gór, pośród których leży osada Undabar. Zamknąłem dziennik i otrząsłem się. Na myśl o tym miejscu ogarniało mnie przerażenie. Postanowiłem nie marnować chwili i zabrałem się do obrazu. Na wpół leżąc na trawie, uchwyciłem panoramę lasu, zza którego wyrastają góry.
Siedziałem na wzgórku to wieczora. Gdy tylko słońce zaczęło zmieniać barwę na pomarańcz, skończyłem pracę. Wracając przez miasto nadal krążyły nade mną jak drapieżne ptaki myśli o krainie umarłych, o Undabarze. Wiedziałem, że tej nocy napiszę więcej na ten temat. Po prostu to czułem.

 

Spoiler

Witam w mojej drugiej biografii, tym razem konkursowej. Postać jaką tu przedstawiam, jest dość nietypowa. O ile mi wiadomo, nie posiada umiejętności, które są wspierane przez skrypt. W ten sposób wszelkie moje interakcje z Wami - innymi graczami - będą się ograniczały do czystej gry i odgrywania. Co za tym idzie, nie wiążę z tą postacią większych korzyści finansowych. Gwoli sprostowania: obecna sytuacja majątkowa tej postaci niczym nie różni się od Waszej. Mam nadzieję, że historia postaci dobrze to przedstawia, jednak wolałem to wyjaśnić w tej notce ooc. 
Julian jako postać o umiejętnościach czysto odgrywanych, zarabiać na życie będzie jak tylko będę mógł się postarać. Któryś z kupców potrzebuje pomocy przy wycenie lub O NIEBIOSA konserwacji przedmiotu? Julian gotów jest rzucić wszystkie swoje zamiłowania tylko żeby móc pomóc. Oczywiście, przyszłe losy tej postaci są niepewne. Czy zdoła dostać się do Nicolasa i zaoferować mu swoje usługi, czy może spadnie na samo dno, będzie musiał zajmować się byle pisaniem ogłoszeń po karczmach lub pracować w urzędzie miasta - nie wiem i wątpię, żeby ktokolwiek z was wiedział na pewno. I dlatego własnie ta postać będzie niezwykle przyjemna do grania!
Wszelkie pytania odnośnie tekstu czy postaci zapraszam zgłaszać w tym temacie, na forumowym PW lub też przez discord. Jedyne o co proszę to o zachowanie porządku i nie spamowanie, gdyż prawdopodobnie wątek postaci będzie dalej rozwijany i wszyscy będą mogli poznać jej dalsze losy w mieście Wiltmark. 
Pozdrawiam i dziękuję za przebrnięcie przez ten tekst!

 

  • Like 3

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

yQj4nmi.png


Dzień sprzątania. Nie lubiłem tego zbytnio, ale widziałem, że jest to potrzebne. Zacząłem od pracowni i praktycznie od razu z niej wyszedłem. Poza kilkoma zostawionymi tam przeze mnie gratami, nic tam się nie zmieniło. W części mieszkalnej wystarczyło poprzecierać kurze i pozbierać porozrzucane tu i ówdzie ubrania. W sypialni wywiesiłem za okno pościel i przetrzepałem siennik. Wszystko to jednak szło bardzo powoli. Ciągle dręczyły mnie myśli o przyszłości, jak sobie poradzę w mieście, jak opłacę dom i inne podatki. W tym ponurym nastroju wdrapałem się po rozklekotanej drabince na mały stryszek.
Był wielkości dużej szafy, ale mimo wszystko udało mi się tam wepchnąć mnóstwo rzeczy. Uznałem, że dziś jest dobry dzień na ogarnięcie tego śmietnika. Okazało się, że nazywając strych śmietnikiem tylko po części przesadziłem. Mnóstwo z gratów, które tam wylądowała była śmieciami - przydatniejsze powędrowały do pracowni. Ostatnią wyciągniętą ze stryszku rzeczą była niewielka szkatułka. Od razu ją poznałem - było to moje pierwsze własnoręczne dzieło, które ojciec musiał zostawić na pamiątkę. Uśmiechnąłem się wspominając staruszka. Schodząc po drabinie usłyszałem ciche stukotanie z wnętrza kuferka i ciekawy co ojciec mógł tam trzymać, zajrzałem do środka. Dwa papiery, zwinięte w rulon i wsunięte w metalową obręcz. Delikatnie je wyciągnąłem i rozwinąłem, ale rozkasłałem się przez kurz. Dopiero po chwili zdołałem odczytać co jest na nich napisane. 
Wpierw, nie mogłem uwierzyć. Zostawiłem więc wszystko w domu jak leżało, ubrałem się i nie zamykając nawet drzwi na klucz ruszyłem spiesznie do urzędu miasta. Poczekałem swoje w kolejce, chociaż ręka trzymająca dokumenty drżała mimowolnie. Gdy przyszła moja kolej, podałem urzędnikowi papiery. Ten chwilę badał je wzrokiem wspomagając się lupą, po czym rzekł coś, czego najbardziej się obawiałem w tej chwili.
- Są nieaktualnie, panie...?
- Julian. -
odpowiedziałem, a raczej wyrzuciłem z siebie razem z ciężkim westchnieniem
- Tak... Panie Julianie. - urzędnik złożył dokumenty i zaczął je upychać do jednej z wielu kopert leżących na blacie - Proszę wrócić jutro, albo pojutrze. Będą do odbioru.
- Jak... Co? 
- No tak. Dokumenty są nieaktualne bo są podpisane i podstemplowane przez osoby, które nie sprawują już swoich pozycji. Co nie zmienia faktu, że są nadaniem samego gubernatora. Dlatego trzeba je przepisać i uaktualnić.
- Czyli mam rozumieć...?
- Tak. Glejt do zamku i dożywotnie zwolnienie z podatku na dom dla Pana. Niestety wypisane było na dwa pokolenia, więc Pańskie dzieci będą musiały już opłacać czynsz. Zmiany wprowadzę od razu do ksiąg, niech się pan nie martwi. 

 

Spoiler

Chciałbym bardzo podziękować ekipie serwera za zaufanie i nagrodę jaką otrzymałem z tytułu konkursu. Mam nadzieję, że postać Juliana spełni wszelkie oczekiwania i będzie ciekawym urozmaiceniem rozgrywki w mieście. W temacie będę starał się kontynuować jego historię, zależnie od tego jak potoczą się jego losy. Zapraszam też każdego do wspólnej rozgrywki, widzimy się już niedługo na serwerze!

Jeszcze raz wielkie DZIĘKI, za nagrodę!

 

  • Like 2

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

SpUJPjz.png


Światło z otwartych drzwi pracowni zasłonił jakiś cień. Przez chwilę uznałem, że musi nad miastem przechodzić jakaś chmura, ale chmury zazwyczaj nie rzucają do progu:
- A więc jednak ktoś tu mieszka...
- Witam witam! - odparłem bez odwracania się - Już chwileczkę, zaraz podejdę!
Szybko wytarłem ręce i przyjrzałem się swojemu końcowemu dziełu. Bardzo porządne płótno musiało tylko przeschnąć i było gotowe do wykonania. Wstałem z fotela i zastanawiając nad tym co umieszczę na materiale. W drzwiach stał starszy jegomość w niezbyt nowszym od niego samego stroju. Uśmiechał się, co ledwo widziałem przez gęstą, siwą brodę. Jego oczy zasłaniały małe, głęboko osadzone okularki.
- Witam serdecznie. - rzuciłem i docierając ręce kontynuowałem - W czym mogę pomóc?
- Dzień dobry. Zastanawiałem się, kto tu mieszka obecnie. Można?
Zaprosiłem staruszka do środka gestem dłoni, samemu kierując się do kuchenki w rogu. Miałem tam trochę ciepłej wody, w której obmyłem nadal brudne ręce. 
- Dużo nie mam do zaoferowania, ale może naparu ziołowego? Samo zdrowie!
- Nie nie, dziękuję. - staruszek usiadł przy stole i z ciekawością rozejrzał się po wnętrzu - Chyba, że masz młodzieńcze słodkie bułeczki. To moja jedyna słabość... Nieźle tu wysprzątane.
- Nie lubię pracować w brudzie. - wstawiłem wodę na ogień i wróciłem do blatu roboczego, aby uprzątnąć po preparowaniu płótna - Szczególnie, że większość mojej pracy to czyszczenie!
- Tak tak, konserwator. Słyszałem...
- A co do bułeczek to proszę mi wybaczyć. Nie powodzi mi się w dzisiejszych czasach i nie stać mnie na takie luksusy.
- Nie powodzi się? A to dlaczego?
- Ludzi nie stać na wymyślne dzieła sztuki, a już szczególnie ich nie stać, żeby ktoś się nimi zajął.

Skończyłem porządkować blat. Wszystkie słoiczki zakręciłem mocno i odstawiłem na swoje miejsca na półce. W tym czasie woda w poobijanym, mosiężnym czajniku zaparzyła się. Nalałem jej do kubka, na którego dnie smętnie leżały po wielokroć zalewane wrzątkiem liście. Usiadłem naprzeciw gościa i uśmiechnąłem się do niego serdecznie.
- To czemu nie zajmiesz się czymś pożyteczniejszym? Masz chyba umiejętności? Pisanie, czytanie, rysowanie...?
Ostatnie słowo przeciągnął nieco, jakby nie wyliczał, a pytał.
- Nie twierdzę, że jestem świetny, ale daję sobie radę. 
- Tak... Długo tu mieszkasz, co?
- Nie wiem, będzie kilkanaście dobrych lat. Wprowadziłem się tu z ojcem, dostał ten dom za zasługi.
- No proszę... A wiesz, kto mieszkał w nim wcześniej?
- Podejrzewam, że Pan. - uśmiechnąłem się i popiłem nieco naparu ziołowego
- Tak! Dokładnie. A wiesz czym się zajmowałem?
- Oczywiście. Nie bez powodu wszyscy nazywają to miejsce "Domem Kartografa". Muszę przyznać, dużo z Pańskich narzędzi przydaje się i w mojej branży.
- Cieszę się słysząc, że nie wszystko zostało wyrzucone.
- Prawie nic stąd nie wywędrowało. Wolę gromadzić rzeczy, niż się ich pozbywać.
- W takim razie, nie została może tu stara mapa, co? Zbrązowiała pewnie, miała wiele dziur.

Zamyśliłem się na chwilę, po czym wstałem od stołu i podszedłem do szafki pod ścianą. Składowałem w niej przeróżne szpargały, w tym także dużo pergaminów. Po chwili szukania odnalazłem wspomnianą przez Starego Kartografa mapę. Kojarzyłem ją, ale nigdy nie przykładałem do jej treści szczególnej uwagi. Wróciłem do stołu i podsunąłem mu ją, samemu znowu popijając napar.
- Tak tak... - zamruczał starzec - Nadal adekwatna... Wiele szczegółów... Idealnie.
- Chcecie kontynuować pracę? -
zagaiłem z nieukrywaną ciekawością
- Otóż młodzieńcze, wielce bym chciał. Niestety wzrok nie ten sam, co dopiero ręce. - popukał się po okularach, ukazując zgrubiałe i zmizerowane od ciężkiej pracy dłonie - Za to ty mógłbyś. To na prawdę ciekawa praca, a przede wszystkim - dochodowa.
- Ja? Kartografem? Nigdy o tym nie myślałem, o dziwo. A z resztą, ciekawe kto w tym mieście odkupi ode mnie mapy. -
wziąłem łyk naparu, przemyślałem co powiedziałem i szybko dodałem - Znaczy, no... Dobra, wymsknęła mi się głupota. 
- No własnie. Pomyśl o tym. Strażnicy, podróżnicy, kupcy, rzemieślnicy - wszystkim przyda się mapa. Nie mówiąc już o samym mieście  i ludziach przy władzy. 
- No dobra... Od czego mam zacząć?

 

fyoBR5d.png
 

- Teraz ostrożnie! Zobacz, bramę zrobiłem nieco za dużą. Widzisz? Trzeba ją zmniejszyć.
Przy wskazówkach Starca kontynuowałem pracę. Oczywiście pod ten projekt przeznaczyłem przygotowane wcześniej tego dnia płótno. Było idealne, wystarczyło tylko trochę dać mu wyschnąć. Równie oczywiste było pożytkowanie się moim przybornikiem, zabieranym na wyprawy za weną poza miasto. Miałem tam węglowy rysik i specjalną blaszkę do ostrzenia go. Akurat przerwałem pracę, żeby to zrobić gdy usłyszałem kolejną radę Starca.
- Jak skończysz z bramą i weźmiesz się za farmę, weź pod uwagę, że się rozrosła.
- W jakim sensie? -
zdmuchnąłem nadmiar węgla z płótna, przetarłem je delikatnie dłonią i wróciłem do przerysowywania - Domy czy pola?
- Oczywiście, że pola głuptasie. Ludzi przybyło, więc więcej trzeba jeść.
- To gdzie mieszkają, skoro domy się nie zmieniły? -
uśmiechnąłem się pod nosem - Pomieścili się?
- A tego to już nie wiem. -
Starzec wzruszył ramionami - Kontynuuj, dobrze ci idzie.
Czułem się bardzo dobrze. Wejście w nowy-nie nowy świat kartografii szło mi jak na razie bardzo dobrze. Nie mówiąc już o tym, że Stary Kartograf otaczał mnie wręcz ojcowską troską i opieką - z wielką cierpliwością tłumaczył, wytykał błędy, proponował poprawki. Na prawdę, w tej chwili przypominałem sobie czasy, gdy ojciec uczył mnie fachu. Jedyną różnicą było to, że obecnie miałem o wiele większe doświadczenie, więc nauka szła bezproblemowo. 
- Dobrze. Wykończy ten kawałek murów, bo wygląda jakbyś po prostu przez przypadek przejechał po nim rysikiem. 
Komentarz starca wyrwał mnie z zamyślenia. Znowu skupiłem się na pracy, co jakiś czas odrywając się z pochylenia i przeciągając. Co chwila też patrzyłem na oryginalne dzieło, aby mieć pewność, że nic mi się nie pomyliło. W ten sposób ukończyłem mapę miasta, wprowadzając nowe, znane nam budynki oraz kilka estetycznych poprawek. Naniosłem na płótno kilka szczegółów z najbliższej okolicy murów miejskich i w ten sposób ukończyłem swoje pierwsze, nowe dzieło.
- Świetna robota! - starzec uśmiechnął się, zajmując moje miejsce i patrząc na mapę z bliska - Nie powiem, masz do tego talent! 

- Bardzo podobne do retuszowania. Wymaga równie dobrego oka.
- Prawda, święta prawda. Co nie zmienia faktu, że musimy sprawdzić ją w terenie. Chodź synu...

 

Spoiler

Witam serdecznie w kolejnym etapie przygód Juliana. Jak widać, po uzgodnieniu sprawy z ekipą serwera, postanowiłem właśnie tą postacią podjąć się ciągle wolnej posady kartografa. Powyżej zaprezentowałem Wam sfabularyzowaną i nieco podkoloryzowaną wersję wydarzeń, które rzeczywiście rozegrały się na serwerze, prowadzone przez członków ekipy. Chciałbym bardzo podziękować za zaufanie i wyrazić nadzieję, że Julian szybko ogarnie się w fachu, żeby móc udostępniać swoje mapy każdemu, kto będzie ich potrzebował. Zachęcam bardzo wszystkich do wspólnej gry, ale ostrzegam - jest to moja druga postać. Wszelkie akcje, które chcielibyście rozegrać polecam zgłaszać raczej na discordzie lub tutaj, na forum przez wiadomość prywatną. 
Do następnego i powodzenia w waszych rozgrywkach!


 

  • Like 2

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites
Gość
Ten temat jest teraz zamknięty dla dalszych odpowiedzi.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...