Skocz do zawartości
He-Man

Dwóch Kowbojów i pół

Recommended Posts

12.png

Chapter One

Ojcowizna

imaged0.png

      Porankiem, zza strzelistych, ośnieżonych szczytów Mount Logan, leniwie acz konsekwentnie podnosiło się słońce. Ciepłe, letnie promienie wędrowały mile na spotkanie z zmarzniętą ziemią, tak bardzo oczekującą na nastanie dnia. Przyjemne ciepło rozlewało się po całej krainie, docierając do każdej jamy i każdej szczeliny, zwiastując jej mieszkańcom nadejście poranka. Nieprzyjemny, zimny arktyczny wiatr powoli słabł, ustępując miejsca ciągle wznoszącemu się słońcu.

     Na wschód od monumentalnej góry, w polodowcowej dolinie, u brzegu rzeki Yukon, pośrodku wszechogarniającej dziczy, trwającej tak od czasów przybycia pierwszych angielskich kolonizatorów, wznosiło się jedyne cywilizowane miejsce w promieniu setek tysięcy mil – górnicze miasteczko Dwason City. W osadzie ciągle panował półmrok, gdyż słoneczne promienie nie zdążył jeszcze sięgnąć tego ludzkiego siedliszcza. Także nocny wiatr jeszcze nie umilkł, przetaczając się przez szerokie, opustoszałe ulice miasta, niosąc na swych barkach opowieści z dalekiej, północnej krainy mrozu, gdzie nawet słońce boi się zaglądać. Arktyczne podmuchy uderzały wściekle o okienne drewniane skrzydła, roznosząc po mieścinie charakterystyczne, irytujące i niedające się z niczym innym pomylić skrzypienie. Nie była to jednak nowość, bowiem burze i różnorakie zawieruchy nawiedzały tą ziemię od dawien dawna, jeszcze na długo przed pojawieniem się pierwszych indian Han, którzy zawędrowali tutaj ze stepów Syberii, dziesięć tysięcy lat temu. Także mieszkańcy Dwason City zdążyli już się przyzwyczaić do tych mroźnych nocy oraz poranków, nawet w środku lata, kiedy to temperatura potrafi przekroczyć dwadzieścia stopni Celsjusza.

       Na ulicach miasteczka o tej porze znajdowało się niewielu ludzi. Poza kilkoma indiańskimi tragarzami, miejskimi kupcami oraz jankeskimi poszukiwaczami złota, próżno było szukać innej, bardziej przyjaznej duszy. I chociaż wichura nie ustępowała, wszyscy oni byli zbyć zajęci swoimi własnymi, podejrzanymi interesami, by zwrócić na to uwagę. Niedługo nastanie świt, a zanim zwyczajni, poczciwi i uczciwi mieszkańcy Dwason City się obudzą, maruderów goniących po złotym szlaku w górę zawiłej rzeki Klondike już dawno tutaj nie będzie. Pozostaną po nich jedynie wspomnienia, w postaci kilku złotych funtów sterlingów w kieszeniach lokalnych gospodarzy i ranczerów oraz złości, jaką wywołają wśród swoich konkurentów, pozostawionych daleko w tyle. Mieszkańcy Dwason City nie kierują już swojej uwagi na te utarczki, gdyż Gorączka Złota jaką rozpętał chciwy, stary jankes i jego ferajna, trwała już od prawie roku. Z tygodnia na tydzień do miasta na tym krańcu cywilizowanego świata przybywały coraz to nowsze karawany zapalonych górników, poszukiwaczy złota i zwykłych przestępców, wyruszających z Seattle bądź Vancouver. Stało się to wręcz normą w spokojnym życiu lokalnych osadników, na tyle, iż nawet wiekowi indiańscy starcy przestali na to zwracać uwagę, kierując swoje myśli i uwagę na rzeczy zgoła odmienne.

       Wśród tego małego zamieszania, niemalże niezauważenie, bądź przez świadome zignorowanie, prześlizgnął się starszy mężczyzna. Odziany w grube palto z pięknej, chociaż już znoszonej bizoniej skóry, wytarte jeansowe spodnie, materiałowe buty oraz noszący wielki brązowy kapelusz przywodził na myśl amerykańskich ranczerów z Texasu bądź Nevady i jedynie jego zarost, siwy acz gęsty, zakręcony wąs burzył ten iście kowbojski wygląd. Starzec minął główny plac, zostawiając zza sobą zgromadzonych cudzoziemców idąc dalej w górę Queen Street. Przeszedł obok Diamond Tooth Gerties i skręcił, w Fourth Ave. Schodził tak w dół ulicy, zamyślony oraz wyraźnie zdenerwowany mijając ciągle ciche miejskie chaty i mroczne kamienne mury kościoła świętej Marii. Szyldy starych oberż i sklepów skrzypiały w podmuchach arktycznej bryzy, a groteskowe indiańskie glify na ścianach pomniejszych domów wywoływały w nim niespotykaną dotąd grozę. Starzec, choć zdawał się błądzić, wiedział doskonale gdzie się znajduje, oraz dokąd powinien się udać. Z jakiegoś powodu nie chciał jednak dotrzeć tam tak szybko. Szedł tak zadumany, przecinając York Street i King Street. Dopiero kiedy znalazł się na rozdrożu z Duke Street zatrzymał się, spoglądając na mały, drewniany sklep, przypominając stare traperskie chaty z początku wieku. Bujający się na wietrze szyld głosił znaną maksymę właściciela ów odrażającego przybytku: "Hu Ju?”.

       Kiedy mężczyzna dotarł do nieco zbutwiałych już drewnianych drzwi, zauważył że w środku, mimo poranka, nadal paliło się światło, a ujrzawszy przez "diamentowe" szybki okna stwierdził, że budynek musiał być zachowany w niemal nienaruszonym stanie od czasów pierwszych angielskich bądź francuskich wagabundów, co dawało mu ponad sto lat. Górna część domostwa zwieszała się nad wąską, zarośniętą przez trawę ulicą i niemal stykała się z nawisem piętra przeciwnego domostwa. Kiedy starzec zastukał, posługując się przy tym ręcznie odlaną, żelazną kołatką, był już na wpół przerażony. W jego wnętrzu wzbierał jakiś nieokreślony strach, być może wywołany świadomością nieuchronnego spotkania z właścicielem ów osobliwego domu lub też z powodu dziwnej, która przybyła niepostrzeżenie, tak że ranczer nie zdołał jej wcześniej usłyszeć. Kiedy zaś odpowiedziano na jego stukanie, groza przepełniła go jeszcze dosadniej, bo zanim drzwi uchyliły się ze skrzypnięciem, nie słyszałem aby ktoś do nich podchodził. Drzwi się otwarły.

       Starzec wszedł do niskiego, oświetlonego blaskiem świec pokoju z masywnymi, odsłoniętymi belkami stropowymi i ciemnymi, mocnymi oraz licznymi osiemnastowiecznymi meblami, być może z czasów króla Wiliama IV. Bogactwo i splendor, niepodobny do niczego innego w tym kanadyjskim mieście, łącząc się z wiszącym w domu duchem przeszłości stwarzało niesamowite, niezdolne do opisania wrażenie. Przy ogromnym, murowanym kominku siedziała odwrócona plecami półnaga postać, właściciel tegoż domostwa. Przy swojej prawej ręce znajdował się piękny, ręcznie rzeźbiony drewniany stojak, w nim zaś pęczniło się od wszelakich cytrusów: grejpfrutów, mandarynek i pomarańczy. Gospodarz w milczeniu właśnie obierał jedną jedną z nich. Od łysego mężczyzny zdawał się bić przejmujący blask i w głębi duszy ranczer zastanawiał się po cóż pali się tu ogień. Ława z wysokim oparciem stała na wprost odsłoniętego okna, lecz mimo to gościowi wydawało się, że ktoś na niej siedział; nie był tego jednak zbyt pewny. To, co zobaczył, bynajmniej nie przypadło mu do gustu. Strach który nie opuścił go ani na chwilę, zaczął narastać ze wzmożoną siłą, bo im dłużej wpatrywał się w promieniującą sylwetkę półnagiego mężczyzny, tym bardziej go ona przerażała. Nagle potężne, atletycznie zbudowane dłonie, mimo temperatury nie odziane nawet w rękawiczki, poruszyły się wskazując gościowi krzesło, stojące w kącie przepastnej izby. Starzec mijając półkę pełną najróżniejszych woluminów mimochodem natrafił na tak niesamowity tom jak "Bogactwo: Część Główna" Richarda Onehundred-Legsa , przerażające "Szatan i Dwa Rolexy" Jona Deucego, opublikowane w 1273 roku, szokującą "Moja Walka" Adolfusa, wydana w 1488 roku w austriackim Branau i najgorszy ze wszystkich. odrażający, plugawy "Talmud" szalonego Żyda Abrahama w zakazanym tłumaczeniu angielskim Ozjasza Goldberga. Ranczer nigdy nie widział tylu książek naraz, lecz jego zdumienie i swoisty zachwyt został przerwany, gdy tylko usłyszał głos swojego towarzysza.

- Senor Valentic? Już po wszystkim? - głos gospodarza rozbrzmiał tubalnie, jakby samo pomieszczenie naginało się do jego woli. Starca zaczęło powoli ogarniać kolejne uczucie, a był nim gniew, zmieszany z poczuciem bezsilności oraz rozpaczy.

- Czort was! - Wypowiedział mężczyzna, starając się ukryć swój strach zza maską gniewu i agresji, starając się nie pokazać swojemu rozmówcy jego prawdziwego stanu.

- Ja też już skończyłem. Zbliża się jesień, niedługo spadnie tempehatuha, a dzięki mnie biedne bydło będzie miało wheszcie gdzie się przytulić, ogrzać, zjeść. Koniec końców, nie ma to jak własny dom – kontynuował właściciel, nie bacząc na krzyki senora Valentica. - Oh przephaszam – dodał wreszcie się odwracając w stronę mężczyzny. Gospodarz skubnął kolejny kawałek mandarynki, po czym zaczął ją jeść. Żuł ją powoli, napawając się smakiem pomarańczowego owocu, i ostentacyjnie lekceważąc sobie starego Włocha. - Pan właśnie sthacił swój dom.

- Dlaczego już jutro? - wypowiedział załamanym głosem.

- Słucham?

- Mam się wynieść, przed północą ze wszystkim! - wykrzyczał starzec, teraz nie starający się już zatuszować targających nim emocji.

- Eveline Senor phzekonała?

- Podeszła mnie!

- To jeszcze lepiej – uśmiechnął się szarmancko w stronę ranczera.

- Dlaczego?

- Przykho mi. Czas to pieniądz, a ja mam już kupca.

- Na moje ranczo? - zapytał wyraźnie zrezygnowany mężczyzna. Czuł jak całe jego życie, dorobek dziesiątek lat ciężkiej pracy bezpowrotnie znikają. Słabnąc odchylił swoją głowę do tyłu, starając się za wszelką cenę utrzymać przy świadomości, chociaż resztek zmysłów.

- Na hazie tylko na domostwo. Mój znajomy meksykanin chce otworzyć dom publiczny.

- Jaki dom?

- Publiczny Senor Valentic.

- Jak?

- Nie hozumie Senor? Buhdel!

- Ale, to moja ojcowizna! Nie może mi jej Pan zabrać!

- Ojcowizna? - jego ton wyraźnie się zmienił. Z szydercy przeinaczył się w głos zaintrygowanej osoby. Przez chwilę gospodarz pogrążył się we własnych myślach, podnosząc się ze swojego fotelu. Jego muskularny brzuch, najlepszy jaki kiedykolwiek miał, onieśmielał i tak zdruzgotanego już starca. - Piękna nazwa – odpowiedział wreszcie – możemy ją zostawić. A tehaz phoszę mi wybaczyć Senor Valentic, ale wzywają mnie obowiązki. Żegnam – powiedział chwytając ostatnią mandarynkę i zbliżając się do drzwi wyjściowych.

- Phoszę się poczęstować, jedno Senor zje, spóhbuje jak smakuje – powiedział, wychodząc na zewnątrz.


 

Chapter Two

Źli, ładni i brzydcy

lucas_intro.png

       Klondike River, kolejny upalny dzień w Kanadzie tego lata. Promienie słońca prażyły spękaną parującą ziemię. Poszukiwacze złota zachłannym wzrokiem spoglądali na swe sita, każdy trzymał modły w głowach, by błyszcząca grudka nie okazała się złotem głupców. Na peryferiach Dawson City roiło się od chciwych skąpych dusz, chcących szybko zarobić. Od kiedy odkryto złote plony, jakie dawała rzeka Klondike, szum jej sławy przyciągał zuchwałych, szczwanych i najbrzydszych. Po jałowym pustkowiu błąkali się łowcy kojotów oraz samotni kowboje, a miasto wrzało lokalnym wrzaskiem i gwarą ludzkiej mowy. Większość górników opijała lub przepijała swoje złote szczęście w barze. Ludzie zaślepieni bogactwem zamienili spokojne Dawson City w miasto grzechu, nie ukrywam, że sam się do tego przyczyniłem, wszak nigdy nie potrafiłem w świetle prawa zarobić na siebie legalnie. Gdy uczciwi ludzie w pośpiechu i gorliwie wyławiali złoto z rzeki, my jako wesoła kompania odciążaliśmy ich z nadmiaru. Złoto zmienia ludzi w potwory, a my za wszelką cenę staraliśmy się do tego nie dopuścić. Życie kowboja na dzikim zachodzie jest trudne, jeśli nie piaskowy wiatr w oczy to indiańska dmuchawka w dupę, jeśli nie zabijesz, to ciebie zabiją. Tym razem dopisało mi szczęście. Od czasu rabunków w Holbrook spadło na nas fatum. Najpierw straciliśmy Jill Joey'a, którego złapali na kradzieży dynamitu, później zginęli bracia Danny i Milton Horta - świeć panie nad ich duszami - w strzelaninie z legendą rewolweru - Perrym Owensem, aż w końcu straciliśmy konie podczas przeprawy przez kanion Apaczy. Została nas zaledwie garstka, garstka chciwych od momentu przekroczenia granic Kanady. Od miesiąca szykowaliśmy skok na transport eksportujący złoto z Dawson, to była nasza jedyna okazja na zgarnięcie szmalu, który pozwoli nam się odkuć. Drobne, które płacili nam górnicy za „ochronę” potrafiliśmy przechlać, lub przehulać w kości. Tego dnia siedzieliśmy w spelunie, zwykle siadam w rogu, kładę nogi na stół, przykrywam facjatę kapeluszem i raczę się szklanką whisky, przypalając gorzki smak suchym dymem cygara. Spoglądając spod byka, obserwuje wydarzenia w pomieszczeniu, niczym przyczajony jastrząb wyczekuje nieuniknionych problemów, zawsze warto być gotowym, dlatego dłoń trzymam blisko kabury. Drzwi salonu otwarły się, wpuszczając do środka nieprzyjemny powiew kłopotów, promienie słońca rozświetlały mieniący się w świetle suchy pył kurzu. Do pomieszczenia wszedł wysoki facet z gęstą szczotą pod nosem. Na jego piersi widniała pięcioramienna gwiazda rażąca moje zmrużone oczy. Gruby barman za ladą odwrócił się ostentacyjnie w stronę jegomościa, niepewnie sugerując, że nie odpowiada mu nasze towarzystwo. Słysząc coraz głośniejszy stukot ostróg mężczyzny, złapałem luźno za kaburę, czekając na rozwój sytuacji.

- Kowbojowi nie służy siedzenie w kapeluszu pod dachem, sir. -

rzucił w moją stronę wąsaty mężczyzna, łapiąc za pas od spodni. Wyciągnąłem cygaro z ust, gasząc je na blacie stołu, po czym podniosłem wzrok ku rozmówcy. Jego zmrużone i głęboko wbite w moją osobę oczy starały się przeszyć mnie na wylot. Po dłuższej chwili ciszy rzucił:

- Można się dosiąść, sir? -

Ściągnąłem ze stołu świeżo napastowane kozaki, wskazując dłonią na krzesło, po czym zawołałem palcami barmana. Mężczyzna, usiadłszy naprzeciw mnie, podparł się prawą dłonią o swoje udo, a drugą zaczął gładzić swój szeroki wąs.

- Samuel Benfield Steele, Północno Zachodnia Policja Konna -

Rzekł krępy policjant, wystawiając dłoń, w tym czasie do stołu podszedł barman, kładąc szklankę i spoglądał z cwaniackim uśmiechem na mnie.

Rewolwerowym ruchem sięgnąłem do kieszeni i z hukiem rzuciłem na stół 5 dolarów. Spoglądając arogancko na rozmówcę, podałem mu dłoń i rzekłem.

- Reszty nie trzeba -

Barman nerwowo zabrał z blatu pieniądze, zrobił szybki ukłon i pospiesznym krokiem ruszył za ladę baru. Steele wziął do ręki butelkę whisky, czytając etykietę, po czym polał do obu szkieł po łyku.

 - James Pepper, nie uwierzyłbyś, jak wielu ludzi przez niego przyskrzyniłem.

- Sugerujesz coś szeryfie? - Wtrąciłem stanowczo, grzebiąc wykałaczką w zębie.

- Znałem kiedyś człowieka, imienia nie pamiętam, bo było to dość dawno - powiedział, mieszając palcem w szklance.

- Goniliśmy handlarzy nielegalnym alkoholem, ulewy zatarły trop, który urwał się w Toronto. Zdany na porażkę wpadłem do saloonu na szklankę whisky - wąsaty mężczyzna wyciągnął palec ze szklanki, oblizując go.

- Przy barze trafiłem na pewnego meksykańca, miał takie fikuśne sombrero. Jako że i tak nie miałem nic lepszego do roboty, zmierzyłem się z nim w piciu sarsaparilli. - Zastukał paznokciem o szkło.

- Po dość upojnym zwycięstwie wyobraź sobie, wygrałem skrzynkę pełną Jamesa Pepper’a BEZ BANDEROLI. - Mężczyzna rozsiadł się wygodnie na drewnianym krześle. Uśmiechając się dumnie, czuł się widocznie podekscytowany swoją historią i czekał na moment, bym połaskotał jego wysokie ego. Wyciągając wykałaczkę z ust, spojrzałem na wyraźnie pewnego siebie wąsacza.

- Niech zgadnę... 

Zmrużyłem oczy i tworząc pistolet z palców, wskazałem na rozmówcę.

- To był ten nieuczciwy handlarz, którego tropiliście. -

Zrobiłem wyraźnie szeroki uśmiech wypełniony pogardą, który wbijałem coraz głębiej w podświadomość stróża prawa.

- Dokładnie. -

Rzucił wyraźnie niewzruszony Steele.

- Po prostu mam nos do ludzi -

postukał się po czubku nosa.

- I co się stało z tym meksykaninem? Przyskrzyniłeś go szeryfie? -

zapytałem, znużony podpierając głowę dłonią.

- Wypuściłem go. 

- Wypuściłeś go? - zdezorientowany gwałtownie wyprostowałem plecy, wpatrując się w szeryfa oczami jak centówki.

- Tak, wypuściłem go. - Szeryf szyderczo spoglądał na moją zdziwioną twarz.

- Ale chwila... nie myśl sobie, że poszedł za darmo. Byliśmy bardzo spragnieni, a za skrzynkę Jamesa dostałby maksymalnie 5 lat. - Wąsacz pogroził mi palcem przed nosem, marszcząc brwi.

- W takim razie za wolność szeryfie. - powiedziałem, podnosząc szklankę z whisky ku górze. Steele również dźwignął swoje szkło i zderzył je z moim.

- O! Niech żyje wolność, wolność i swoboda.

- Tak jest! 

Dodałem, wypijając całą zawartość szklanki. Steele przetarł mokry wąs palcami, oparł dłoń na stole i przełykając ostatni posmak goryczy, z kwaśną miną powiedział.

-Słuchaj... Ostatnio w Dawson słyszy się o rewolwerowcu, który ściąga haracze z górników. - Wyciągnąłem wykałaczkę z ust i oparłem dłoń blisko kabury z rewolwerem. Szeryf tylko uniósł delikatnie dłonie, uspokajając mnie.

-Spokojnie, nie mam zamiaru robić burdelu z tego przybytku- Dolną wargą wessał końcówkę szorstkiego wąsa spod nosa i zbliżył twarz do mnie.

- Po prostu chce cię poinformować, że jeśli znajdę człowieka odpowiedzialnego za ściąganie haraczy, to skrzynka Jamesa Pepper'a nie wystarczy. -


 


 

Chapter Three

Chciałem być marynarzem 

yutyu.png


 

Hmmm... A więc mówisz przybyszu, że jesteś znanym kompozytorem, z dużym zapleczem doświadczenia, tak? - Odparł wnet, mężczyzna, który siedział za biurkiem, popijając przy okazji whisky. Dokładnie tak, proszę pana! Grałem w wielu barach na południu, ludzie z tamtych regionów bardzo, warto podkreślić bardzo! Lubowali się w mojej muzyce — Odpowiedział, siedzący przed odzianym w szary garnitur rosłym, z dużym siwym wąsem mężem, chłopiec, do którego ów opis, w żadnym stopniu nie mógłby pasować. Hmmm... Dobrze, mogę zezwolić Ci, na przeprowadzenie, swego rodzaju „koncertu” w mojej spelunie... Ale pamiętaj! Pięćdziesiąt procent z tego, co zarobisz, idzie do mnie. Mam nadzieję, że to wydarzenie przykuje uwagę tutejszej ludności i zgromadzimy swego rodzaju fortunę... To jak, zgoda? - Bez namysłu, nieznany mężczyzna, lekko nachylił się do przodu, wystawiając przy tym swoją prawicę, na której widoczne były już zmarszczki, spowodowane wiekiem, oraz sporych rozmiarów, złoty pierścień, z czaszką. Oczywiście, pięćdziesiąt procent do pana prezesa! Ubijamy utarg! - Również, błyskawicznie odparł młodzieniec, oraz energiczne wstał, podając przy tym dłoń starszemu. Z szerokim uśmiechem na twarzy mocno ją ścisnął. Dobra... Skoro jesteśmy ugadani, leć! Koncert załatwiam Ci na wtorek, masz trzy dni na przygotowanie, rozłożenie sprzętu i tak dalej i tak dalej, jeżeli będziesz czegoś potrzebował, nie zawracaj mi dupy, tylko pogadaj z Dante, on na pewno przekaże mi twe słowa... A teraz, zmykaj już. - Rzekł staruszek, zaraz to siadając na swym wielkim fotelu, zakładając nogę na nogę i popił z dużej szklanki, wcześniej nalanego whisky, pokazując przy tym młodzieńcowi palcem na drzwi. 

- O-oczywiście, psze pana! J-już idę! - Wykrztusił z siebie, podekscytowany, po czym momentalnie wyszedł z pomieszczenia, ówcześnie kłaniając się kierownikowi.

- I jak? Mamy to?! - Zaraz, to gdy młodzieniec opuścił lokal starszego mężczyzny, zaczepił go jego wierny kumpel — Barny, z którym jest w kapeli.

- No stary! Oczywiście, że to mamy, ja bym tego nie wynegocjował? Haha! Człowieku, będziemy ustawieni do końca życia! Dobra... Dobra! Koncert jest we wtorek, mamy trzy dni na przygotowanie wystroju lokalu oraz rozgłoszenie tego przedsięwzięcia! - Rzekł wtem, z bananem na twarzy młodziutki muzyk.

- Haha! Idealnie... Wiedziałem, że Ci się uda. Dobra! Nie traćmy czasu, ruszamy Kukito. Trzeba rozpakować nasz wóz i powiedzieć reszcie zespołu! - Poklepał wtem Barny, Kukito po ramieniu, spojrzał jeszcze raz na niego, ze szczerym uśmiechem i szybkim, wręcz tanecznym krokiem powędrował w stronę powozu, poganiając rękoma młodzieńca.

- Noce na dzikim zachodzie są wręcz piękne, mimo tego, iż życie na takich terenach, dla takich ludzi jest bardzo, ale to bardzo trudne. Dziki szelest wysuszonej trawy, zawinięty w kulisty kłębek to codzienność. Wiatr, poruszający luźnymi elementami twego stroju, to jest to... Mimo tego, że jest tutaj pięknie, to ludność zamieszkująca te tereny już do pięknych rzeczy nie należy. Chciwi, aroganccy, a przede wszystkim bez uczuciowi rewolwerowcy codziennie starają się wiązać koniec z końcem... Tutaj jesteś albo szefem, albo podludkiem. Do której z tych grup należymy my? Nie mi to oceniać, ale w mojej opinii, do podludków mam daleka droga... W końcu zarabiamy na naszych podstępnych koncertach, czyż nie?

- Panowie! Jesteśmy... Mam nadzieję, że żaden buc nie obrabował was przez ten czas, co? Hah — Rzekł, wyłaniający się z ciemności Barny, do reszty załogi.

- Haha! Dobre sobie, Barny. Dziwne, że to ty jeszcze żyjesz! Nawet nie potrafisz utrzymać rewolweru w dłoniach, haha! - Odparł, jeden z siedzących mężczyzn, który w dłoni trzymał niewielki mieszek, zapewne wypełniony monetami.

- Ta... Ja lepiej strzelam niż Perry Owens! Człowieku, dajcie mi go tutaj, raz-dwa się z nim rozprawię, haha! Ot co! - Stwierdził wtem, Barny, zaraz to składając swe palce w rewolwer, strzelając z niego w każdym kierunku, oraz prezentując przy tym, swe taneczne kroki, z gracją stworzył krótki spektakl, gdzie w głównej roli był on, walczący z niewidzialnymi rewolwerowcami.

- Dobra, dobra! Nie wygłupiaj się, bo jeszcze nas tu człowieku powystrzelasz, hah! Jak z koncertem? Gadajta pany!

- No jak to jak!? Nie widzisz, jaki zadowolony jest Kukito? To mój chłopiec jest, najlepszy, jakiego mam! Załatwione, wszystko na ostatni guzik, człowieku! We wtorek mamy koncercik, wnosimy to do lokalu, pany! - Krzyknął, rozradowany, Barny. Zaraz to machając dłońmi, dając jasno do zrozumienia, że czas nagli, po chwili, złapał za kilka instrumentów oraz udał się z nimi w stronę speluny.

- Haha... Nie wiem skąd ten człowiek ma w sobie tyle energii i radości. - Stwierdził, jeden z rewolwerowców, siedzących przy powozie, machnął wtem dłonią i złapał za sporych rozmiarów, drewniany baner - Mountain Apache - Kiwnął głową, do niedaleko stojącego Kukito, dając mu jasno do zrozumienia, że sam tego nie udźwignie.

    Dawson City, jak na takie miasteczko, przesiaduje tutaj sama śmietanka... Mimo że to kolonia, to Brytyjczycy nie chętnie się tutaj stawiają, sami poszukiwani listami gończymi rewolwerowcy, często się tutaj zapędzają. Słyszałem, że jeden taki, potrafi wystrzelać cały oddział tych świń, z Europy. W sumię sam chętnie bym to zrobił... Koloniści to psy, łachudry i... I mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, ale po co? Wróćmy, może do czegoś bardziej emm... Nieważne! Dawson City... Jak wspomniałem, cholera... Nie wspominałem o tym, ale to chyba oczywiste, że jest to za duża miejscowość na takich ludzi jak my, wszędzie czarne charaktery, i znów zbaczam z głównego tematu! Wracając, Dawson City na prawdę, sporo tu ludzi, odkąd rozpoczął się ten etap... Zwą go gorączką złota, to przybywa tu poszukiwaczy z dnia na dzień, co raz więcej Świeżaków, co raz więcej weteranów, chcących położyć swe brudne łapska na pięknym złocie! Na prawdę, dużo tu mafiozów, ale przez to, miasto posiada urok! Gdzie nie pójdziesz, tam mogą Cię pif-paf i co wtedy? Jedna przeszkoda — Jaką byłeś ty, w drodze po złoto.

     A więc witajcie! Witajcie na naszym pierwszym, ale mam nadzieję, że nie ostatnim koncercie w Dawson City, jak zapewne wiecie, jesteśmy Mountain Apache! A dziś... Zagramy dla was! - Wtem w spelunie, która była sporych rozmiarów, każdy ucichł, a oświetlenie zgasło, zaraz to ponownie zaświeciło się, kierując swój blask w stronę sceny, jasno prezentując każdego z zespołu. Na scenie znajdowało się czterech rewolwerowców, odzianych w typowo, kowbojskie stroję, najprawdopodobniej był to strój, specjalny pod scenografie. Na samym przodzie stał chłopiec, z gitarą w dłoni, zaraz to, krzyknął głośno, sprawnym ruchem podrzucił swą gitarę i rozpoczął sztukę. Chwile po tym, jego kompani również wkroczyli, ze swoimi instrumentami. Wszystko brzmiało spójnie oraz komponowało się w bardzo przyjemne dźwięki dla ucha. Młodzieniec, który stał z przodu, zaczął spokojnym tonem głosu wymawiać słowa piosenki, napisanej prawdopodobnie przez ów chłopca. Uważni słuchacze, mogli wywnioskować, że jest ona o aktualnej sytuacji Dawson City — Wielkiej Gorączce Złota!

- No chłopie... Powiem Ci, że nieźle! Nieźle... Sporo złota też wleciało, masz tu swoją działeczkę, Kukito, Hah. - Odpowiedział, zmęczony tańcem staruszek, który wręczył młodzieńcowi niewielką, drewnianą skrzyneczkę, wypełnioną zapewne złotem.

- D-dziękuje, pszepana! Na prawdę! - Odparł, Kukito, z bananem na twarzy odbierając swą dolę, za udany występ. - To naprawdę wiele dla mnie znaczyło, to wielki sukces, że mogłem wystąpić w Dawson City, dziękuję jeszcze raz! Całuję rączki i zmywam się! Haha — Rzekł, zaraz to odwrócił się i tanecznym krokiem udał się w stronę wyjścia z lokalu, do swojej kapeli.

     Dawson City, wspominałem już, jakie to miasto jest piękne? Piękne, a zarazem okropne, nie? No to powiem Ci, że jest wyśmienite... Łatwy pieniądz można tutaj zbić, bardzo łatwy. Tekst przygotowany w godzinę i każdy zachwycony! Podoba mi się to, może pozostanę tutaj na dłużej z moją kapelą. Kto wie? A tak poza tym, to poznałem wielu, ale to wielu przyjemniaczków, chyba nie są zadowoleni, że tyyyyle złota przeleciało im obok nosa, ale trudno!? Hmmm... Może mnie napadną, miło by było, zapewne nie spodziewaliby się tego, że mieliby do czynienia z jedną, z większych szych... Pod przykrywką, haha.

- No nie, nie wytrzymam! Ty coś kurwa kręcisz, chłoptasiu! Jakim chujem, to... To jest niedorzeczne, nie gram już z tobą — Walnął pięścią w stół, mąż z kapeluszem, który widocznie był na niego o wiele za duży.

- No cóż, gra to gra! Karty to karty, monety to monety! Ot co, wygrałem... Jak tu się nie cieszyć, co nie? - Odrzekł, młodzieniec, który zaraz to pochwycił mieszek nieznajomego mu przeciwnika, sprawnym ruchem skrył go, wkładając ów mieszek do torby.

- Człowieku... Dobra, zagram jeszcze raz, ale jak teraz przepierdolę, to wychodzę... Podwajam stawkę, trzysta srebrniaków!

- Hmmm, no dobrze, dlaczego nie? Trzysta monet, proszę. Łącznie do wygrania osiemset sztuk, podejrzewam, że to twoje ostatnie oszczędności, czyż nie? - Rzekł, Kukito, z szerokim, podstępliwym uśmieszkiem na twarzy, starając się sprowokować rewolwerowca.

- Ty, chłoptasiu! Nawet mnie nie wkurwiaj, bo zaraz wylecisz stąd jak struś, wsadzę Ci ten pistolet głęboko w dupsko... Dawaj karty — Wrzasnął wręcz, ewidentnie poddenerwowany całym zajściem.

- Huh... Karty to bardzo, ale to bardzo szybki sposób zarobku, uwierzcie mi! Jeżeli chcesz się wzbogacić, zagraj w karty, z mniej inteligentnymi, nawet nie zobaczą, kiedy z rękawa wylatuje Ci, akurat ta karta, która o jedno oczko, przebija jego parę. W taki sposób zarobiłem jakieś... Tysiące! Krocie srebrniaków... Monety... Chciałbym sztabki, tysiące sztabek złota; marzy mi się ten widok, odkąd przebywam w tym zafajdanym mieście, powoli już mnie to nudzi. Nie wspominałem o tym, ale Lucas planuję, huh... Co planuję? Cholera, sam zapomniałem, będę musiał wrócić i porozmawiać z tą łachudrom, ale jak mogłem o tym zapomnieć, cholercia. Nie ważne, wracając, jeżeli chcesz się wzbogacić, zagraj w karty, lub... Lub zagraj koncert, to też jest sposób na łatwy pieniądz!

     Ale pieniądz, też można zarobić w inny sposób, dobrze nieelegancki, jak i ten... Pamiętam to, jak dziś, bracia Hort, a dokładniej Danny Hort i Milton Hort, podobnie okantowali mnie jak ja tego człowieka. To był jeden z ich największych życiowych błędów, pewnie znacie Owensa, legendarnego rewolwerowca, tropił ich... Odkąd okantowali mnie w pewnej karczmie na grubą ilość złota, ciągle starałem się depczeć im po piętach, mimo że byliśmy w tej samej grupie, ale kto mógł o tym wiedzieć? No właśnie! Pewnego dnia przytrafiła mi się idealna okazja, na zemstę, Owens, o którym tak głośno pojawił się w pewnym mieście, w którym byłem również ja i bracia Hort... Pamiętam tę zdradę do dziś, przekupiłem Owensa, jakby wystawiłem na nich list gończy, zapłaciłem wtedy drugię, tyle, co straciłem... Ale zemsta, zemsta była słodka. Pamiętam do dziś, gdy jeden z nich dostał kulką od Owensa prosto między oczy. To była piękna zemsta, od tamtej pory, nie mam to żadnych, ale to żadnych skrupułów, by dojebać mojego partnera, nie ma drugiej szansy, czyż nie? Nie szkoda mi ich, przynajmniej nawiązałem koleżeńską relację z najlepszym strzelcem, na tym jebanym świecie. Ciekawi mnie to, czy Lucas kiedykolwiek się o tym dowie...

- Ty... Patrz, co to kurwa jest? Syropek jakiś? Phaha, nie no... Kogoś pojebało... Do kurwy nędzy! Pojebało nas! Pojebaliśmy dyliżanse — Wrzasnął, zdenerwowany Kukito, przeczesując zaraz to kolejne skrytki, schowane w wozie.

- Nie pierdol, szef nas zapierdoli, no nie! No nie... Po prostu kurwa no nie! Jakiś syrop, syrop na jebany kaszel, to nie dyliżans, ze złotem tylko z jebanymi medykamentami. - Odpowiedział, również energicznym tonem, jeden ze wspólników Kukito.

-  Szef... To prawda, szef nas zapierdoli, ale może chociaż to sprzedamy, żebyśmy nie wrócili, z pustymi łapami?!

- Dobra! Możemy tak zrobić, w Dawson City jest apteka, brakuję tam w chuj ziół i innych syropków, przez tych jebanych bandziorów, możemy odsprzedać temu... Albo mam lepszy pomysł, Yoshito Kasai, ten chłop!

- Co jest panowie, co tak długo? - Wtem, do dyliżansu wpakował się Lucas — No nie... Kogoś tutaj ostro popierdoliło... Wyhulali nas.

- No w tym problem, pojebały nam się dyliżanse, dojebaliśmy aptekarzy, a nie przewoźników złota. - Odparł, zasmucony Kukito.

- Dobra... Nie powiem, że jestem w chuj wkurwiony, ale wracamy do obozu, skoro to są jakieś medykamenty, może Yoshito będzie coś o nich wiedział, Jedziemy.

- Ja pierdole, ale tak dać dupy, żadna dziwka nie dałaby się tak wyruchać, jak my! To tylko pokazuję, że mieliśmy zbyt wielkie mniemanie o sobie.

- Dobra... Powoli jesteśmy, Yoshito! Skurwielu! Wyłaź. Mamy coś do obgadania. - Krzyknął, jeden ze wspólników, zaraz to machając łapą w stronę wychodzącego ze starej speluny dziwnego kolesia.

- W czym problem, gdzie wasze złoto, hehe — Odparł, z szyderczym uśmiechem.

- W tym kurwa problem, że napadliśmy na zły dyliżans i złoto jest już pewnie w chuj daleko od nas... Mamy tylko to — Wtem pokazał, swą prawicą w stronę dyliżansu wypełnionego medykamentami.

- Hmmm... W sumie to może wam się spodobać, wchodźcie — Odparł, zamyślony Yoshito, trzymając w dłoniach niewielką flaszkę. - To syrop, syrop z heroiną w środku, ten syrop pomoże wam się uspokoić.

- Skoro i tak już nam nic nie pozostało, dawaj go! Chętnie się napiję jakiegoś syropku. - Rzekł, Kukito.

     I wtedy... Wtedy poczułem się jakbym odlatywał, jakbym wyszedł z mego ciała i stał się duchem, którym matki straszyły dzieci, które nie chciały iść spać o wczesnej porze, poczułem, jakbym mógł przenikać przez budowle, obiekty, ludzi... Ale obok mnie, widziałem twarze, twarze moich wspólników, oni też zażyli ten syrop... W tle widziałem Yoshito, który pakował cały towar do dyliżansu i powoli odjeżdżał w dal... Starałem się go zatrzymać, ale na próżno moje starania. Byłem bezwładny, czułem się źle, gdy zamknąłem oczy, poczułem, jakby moje ciało i dusza przenosiły się w jakieś inne, lepsze miejsce. Mniej surowe, mniej... Sam nie wiem jak to opisać, czas przemijał bardzo szybko, nad moją głową księżyc i słońce zmieniały się co chwilę, pory dnia również, z surowej, zimnej nocy, na ciepły, przyjazny i jasny dzień. Czułem, jakoby słońce paliło mnie od środka, przez ten czas nie zauważyłem, że w końcu przestałem lewitować i stałem na twardym gruncie... Gdzie byłem? W mojej głowie słyszałem szepty, głosy, w dodatku przeszywający ból, ów głowę nie dawał mi spokoju, słyszałem tylko Archolos, archolos, archolos... Nie wiem gdzie są moi wspólnicy, w pewnym stopniu nawet nie wiem, gdzie ja sam jestem... Czy umarłem? Bardzo możliwe, czy tak wygląda życie po śmierci... Najwidoczniej tak.


 



 

  • Like 6

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Piekne pozdrawiam ciesze sie ze moge uczestniczyc w tym projekciku :PPPP 

  • Like 1

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Dziękuję za wsparcie was wszystkich! Dzięki wam udało się ocalić aplikajcę! 

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×
×
  • Dodaj nową pozycję...