Skocz do zawartości
Arthas

✅Arena Kamiennych Pięści

Recommended Posts

dupsko.png

- To było tak dawno temu...

Zimny pozbawiony uczuć głos rozległ się  po eterze, nie miał się od czego odbić na otwartej przestrzeni.

- Pamiętasz te czasy gdy mieszkałeś w Silden?

Ta sama tonacja ponownie rozbrzmiała w okolicy tym razem jednak nieco ciszej. Z kim okaleczony blondyn, do kogo się zwracał? Do nikogo innego jak samego siebie! Lamentował w rozpaczy obłędu a zimny oddech  śmierci ponownie pukał w objęcia jego świadomości.

- Czy ja jeszcze żyje? Kim ja jestem?!

Jego krzyk rozległ się po całej okolicy, a przerwał go jedynie trzask palonego drewna w ognisku, to wywołało moment konsternacji wyrywając go z transu w którym właśnie był.

- Uspokój się Williamie, jestem Arthas część Ciebie której nie potrafisz zaakceptować daj mi opowiedzieć Ci pewną historię.

Kropla potu ściekła po skroni bohatera tragicznego, kolejna zaś po jego nosie skapując na grunt i zostawiając na nim mokre ślady. Cóż to był za kaprys losu, że manipulant który niczym lalkarz w teatrze poruszał nićmi by przekonać ludzi do swoich racji czuł się jak jedna z nich. Parsknięcie śmiechem wydobyło się z bladych ust tak jakby śmiał się przeznaczeniu w twarz, bagatelizując i drwiąc z sytuacji w której się znajdował. Zaraz... Co? Przecież to nie William. Ponownie zlał go zimny pot a ciało przeszedł nieprzyjemny dreszcz któremu towarzyszyła konwulsja w okolicy żołądka.

- Witaj  złotko... Zapamiętaj jedno! Prawdą jest nasze istnienie a nie jego dokumentacja! Więc do jasnej cholery zamknij mordę i słuchaj!

Gdyby ktoś obserwował te sytuację z drugiej strony mógłby dostrzec szaleństwo w czynach "Szczęściarza", a może to właśnie była cena tego szczęścia? W zamian za musiał toczyć nierówne boje w swoim umyśle w poszukiwaniu prawdy i swojego człowieczeństwa. Podczas poprzedniej wypowiedzi głos zadudnił w jego czaszce a jednocześnie opuścił wnętrze gardła. Dwudziestolatek zaczął się panicznie rozglądać po okolicy, był tak przestraszony, że prawie wykręcił gałki oczne do tyłu aby mógł zajrzeć sobie pod kopułę, czy to aby na pewno jakiś pasożyt nie mieszka w jego klepkach. Nie akceptował tego stanu rzeczy, gardził nim a jednocześnie go uwielbiał. Osunął się bezwładnie na ziemię, leząc w bezruchu, w bezdechu a także w bezdennej ciszy. Ten stan rzeczy trwał jeszcze kilka sekund po czym ten podniósł się gwałtownie niczym wybudzony z koszmaru.

- Silden tak...

Jak gdyby nigdy nic powrócił do historii, bez powodu... bez kontekstu.

- Zapach ryb, to pierwsze co przychodzi mi na myśl na temat tej dziury zabitej deskami, szum wody... wielki wodospad, a także droga... droga w środku lasu do krainy skutej lotem zamieszkałej przez brodatych mężczyzn o wielkiej sile i talencie kowalskim. Przybywali, przybywali aby móc odkupić od naszej osady te śmierdzące dary rzek. Co jeszcze mogę ujrzeć gdy cofnę pamięcią, kilka barów, które wypełniali wcześniej wspomniani wojownicy z lodowej pustyni a także zmęczeni połowami rybacy. Ale... Ale... ALE! Jest jeszcze coś, arena! To właśnie tam śmiałkowie ścierali się ze sobą w celu poprawienia swoich zdolności, zdobycia sławy i pieniędzy. Pieniądze... to o to właśnie nam chodzi.

Tutaj monolog został przerwany aby zaczerpnąć oddechu do płuc, lecz nie jednego a kilku. Chwila ciszy, to było teraz potrzebne szaleńcowi, a gdy tylko zrównał swoje tchnienie wrócił do historii którą przedstawiał samemu sobie, cóż za kuriozalne zdarzenie prawda?

- Wielki okrąg... nie coś w rodzaju dołu który został wykopany siłą ludzkich rąk a następnie otoczony drewnianymi umocnieniami służącymi jednocześnie za trybuny. Przypomina Ci to coś?

Na to pytanie nie padła odpowiedź, oszpecony zdawał sobie sprawę, że mowa o arenie w Wiltmarku która świeci pustkami. Zdecydował, że musi się nią zająć, jako iż zawsze był związany ze złodziejstwem czy chociażby napadami szukał relaksu w obserwowaniu rozlewu krwi.

- Hah! To Ci dopiero kaprys losu, czyżby fortuna znów dawała Ci jednoznaczny sygnał co masz ze sobą zrobić?!

Znów strach obleciał go od stóp do głów, jeżąc na nim wszystkie włosy. Jezu! Cóż za nieprzyjemny odgłos. Bezduszny, chrypki, chciałoby się powiedzieć że krwisty. Gula zaległa w gardle Arthasa i nie mógł się jej pozbyć. Zmęczony opuścił głowę, na wpół martwy. Jego ciało jeszcze oddawało ciepło, jednak jego dusza była już po drugiej stronie. Chłopczyk zapomniał o oddychaniu i nagle wziął ogromny haust powietrza, jakby wynurzał się z topieli. Cisza znów brzmiała nieprzyjemnie w jego głowie. Nie wiedział co gorsze, czy ten skrzypiący ktoś, który niszczy spokój jego ducha, czy może ta cisza, która wydłużała każdą sekundę.

kap

kap

kap

Pot ponownie oblał jego narząd powonienia skapując na jeden z kamieni w okolicy tworząc piękną nutę.

- ARGHHHHHHH!

Ryknął chłopak zirytowany brakiem zrozumienia tego co się właściwie tutaj dzieje. Nagle spojrzał przed siebie, a tam on! Natychmiastowo przełknął gulę, która do tej pory mu siedziała. Zrobił miejsce dla znacznie większej.

- No hej!

Lustrzany on zaczął przekręcać głowę w coraz to bardziej nienaturalny sposób. Uśmiechał się szyderczo z pozycji mieszczana, jakby znał proste rozwiązanie na tę całą sytuację. Iluzja zniknęła. Okolicą niósł się tupot trepów. Ciepły oddech poczuł na swoim policzku. Przerażenie? Nie.. To był już obłęd. "Zabierzcie mnie stąd, zabierzcie mnie stąd". Krzyczał niemo. Ciałem targały nienaturalne skurcze strachu. Z nim ostro rozległ się trzepot skrzydeł a chłopiec myślał, że to znów ten głos.

- Kim jesteś!?

Wydarł się w niebo głosy nasz bohater. Brzmiał jak wystraszony kundel, który groził potężnemu buldogowi. Nagle... Głowa opadła bezwładnie a on zniknął. Zwisało ino truchło, które tętniło pustką. Nic nieznaczące litry krwi pompowane bezsensownym sercem. Dum dum, dum dum, wbijany rytm tętna. Lalka przeznaczenia upadła nagle na ziemie, ale on był wciąż przywiązany do powłoki cielesnej. Pragnął ostatniego tchnienia które da mu wieczny spoczynek, ale jednak nie chciał opuszczać jeszcze tego miejsca kierując się do królestwa bogów. Okowy strachu zamknęły jego istnienie głęboko w podświadomości. Skurczony do granic możliwości, skulony i schowany w najciaśniejszym kącie swego jestestwa - tym był teraz nasz drogi Blake. Chłopiec porzucił swoje ciało na rzecz spokoju ducha.

- ALEŻ DZIĘKUJĘ!

W jednej chwili jak fala tsunami dotarły do niego obrazy mordu, krwi, powodzi posoki, fali śmierci. Wszystkie jego czyny które popełnił w przeszłości atakowały go niczym grom z jasnego nieba.  Zaszlochał. Na nic więcej go nie było stać.  Blondyn zaczął poruszać się jak lalka. Spojrzał na swoją pierwszą ofiarę, która była tylko wytworem jego wyobraźni. Oczy wyszczerzył w bezkresnym pragnieniu, uśmiech zaświtał w nieopisanej radości. Usta spierzchły z pragnienia krwi. Trwał w momencie uniesienia wiedząc czego dokładnie chce od losu... aż nagle.

.

.

.

Zamarł. Jak lalka wisząca na sznurkach swego właściciela, tak i on, w tej nienormalnej pozycji, której prawa fizyki przeczą. Ni to na kolanach, ni na nogach, na wpół obudzony, na wpół martwy. Pozycja tak idealnie przedstawiająca jego stan ducha.

- HA, STAN CZEGO?!

Zakpiło to coś co siedziało w jego głowie. On się bał, on nie chciał. A wystraszony pies, to groźny pies... Zmęczony wojną która miała miejsce w nim samym oddał się w objęcia Morfeusza. Śnił on o swoim miejscu urodzenia i arenie która tam się znajdowała. Symbole które mu się objawiały nawiązały do jego osoby. Krew - Która symbolizowała zbrodnie jakich dokonał. Sława - Odpowiadająca pragnieniu rozgłosu i szacunku. Złoto - Odpowiedź na jego obsesję na tle monet i ciągłe zysku. Nie wiedział ile spał... nie wiedział ile w takim stanie trwał. Jednak gdy się zbudził zmarszczył brwi, a na jego oszpeconej twarzy wymalował się przerażający uśmiech. Wiedział co musi teraz uczynić, to był jego cel który musiał się ziścić co by się nie działo.

- Stanę na czele areny, aby sprawdzić co mają do zaprezentowania wojownicy z miasta Wiltmark, a także wszyscy ze Wschodniego Archipelagu. Podpisano William Anthony Blake.

Ostatnia fraza była obietnicą złożoną samemu sobie za spektakl którego musiał doświadczyć. Był pewien swoich słów jak niczego innego w życiu, z zaciśniętymi pięściami ruszył w kierunku  areny czekając na śmiałków którzy chcą się sprawdzić.

 

 

Cytat

Witam, trochę psychodeliczna historia jednak idealnie odzwierciedla postać w którą się wcielam. Arena ma być kolejną formą zarobku dla nowych lub starych graczy.

Widzę to w sposób tworzenia turniejów w walce na gołe pięści gdzie każdy uczestnik płaci wejściowe a wygrany zgarnia wszystko. Mogło by być to nawet w formie eventu gdzie administracja leczyła by zwycięzców  a jak nie sam bym organizował im coś do uleczenia. Dodatkową formą mogły by być zakłady gdzie gracze mogli by także zarobić co nieco nie biorąc udziału.

Przykładowy turniej mógłby wyglądać tak bez broni, bez pancerza, tylko pięści:

Stawka wejściowa 5 monet.  W tym 1 złota moneta zysku dla organizatora, czyli wygrany dostaję 32 złote monety po wygraniu wszystkich walk. Plus tytuł mistrza areny (bonus w postaci zysku z zakładów który by wynosił X) oraz 1pkt do siły? (Tylko za zgodą administracji)

Co do zakładów, minimalna stawka do postawienia na zawodnika to dwie monety. W przypadku wygranej gdzie stawiało dwóch graczy ten który dobrze postawi zyskuje 3 złota bo jedna z nich wędruje to właściciela areny. W dodatku przy takich wydarzeniach karczmarze mogli by zarobić na sprzedawanym poczęstunku między walkami, a jeszcze inni mogli by odnaleźć swoich sponsorów by stawać w imieniu ich zakładu(reklama). W dodatku arena przyjęła by dwóch pracowników jednego na stanowisko medyczne a drugiego jako tego który by szukał chętnych do bitki.


Liczę na mimo dość... niestandardowy projekt o pozytywne rozpatrzenie. W końcu każdy ma prawo grać jak chce, czyż nie?

 

Edytowane przez Arthas
Dodanie grafiki
  • Like 2

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites
Gość
Ten temat jest teraz zamknięty dla dalszych odpowiedzi.

×
×
  • Dodaj nową pozycję...