Skocz do zawartości
Pasiorson

Głosy Baldr'a

Recommended Posts

GVbm4Fx.png

 

Zbliżają się...

Uniosłem głowę i wyrwałem zza pasa topór. Śnieg wokół trzaskał cicho, wiatr wył między łysymi gałęziami drzew. Poza nimi nie widziałem żadnego ruchu. 
Przetarłem oczy dłonią i poprawiłem futro na ramionach. Wróciłem do oprawiania zwierzyny. Mróz tego sezonu skuł jezioro lodem wcześnie i od tego momentu nie odpuszczał ani na chwilę. Nam to nie przeszkadzało, gorzej mieli ludzie z Miasta.
Mordercy. Rabusie. Idą po ciebie!

Na dźwięk szeptów znowu podniosłem wzrok. Ujrzałem ich. Dwie postaci idące w moim kierunku. Krew ze zwierzęcia trysnęła mi na twarz, gdy cofając nóż przeciąłem niedawno jeszcze pełną żyłę. Powoli zacząłem się cofać, ściskając mocniej topór w garści. 
- Hej! Nie bój się! My też polujemy! 
Polują na ciebie... Daj im podejść, myśliwy nie rzuca się na bezbronne zwierzę, za to drapieżnika zabije z daleka.

Dłoń w której dzierżyłem broń wepchnąłem pod śnieg, aby jakkolwiek ją ukryć. Zwinąłem się, zapierając nogami o podłoże. Byłem gotów skoczyć w każdej chwili, jak wilk szykujący się do ataku. Czekałem tak a nieznajomi zbliżali się. Jeden z nich miał na sobie grube ubranie i krótki łuk przewieszony przez plecy, który wystawał zza długiego, ciemnego płaszcza. Drugi z nich ubrany był grube spodnie, tors owinięty miał nieoprawionymi skórami. Nie sięgali do broni. Ich pierwszy błąd.
- Jesteś łowcą? Łowcą głów. Jeśli tak, to widzę, że ci się powiodło. Ja i mój czeladnik nie mieliśmy tyle szczęścia. Nie widzę twego łuku? Broń tchórzy, co boją się prawdziwej walki. Czyżbyście tego jeszcze nie wynaleźli? 
Zaśmiał się po tych słowach i poprawił swój łuk. Wspomniany czeladnik zatrzymał się i skrzyżował ręce na piersi. Nie podchodził bliżej. Łowczy zauważył to i obrócił się do niego.

- Chodź! Nie chcesz chyba obrazić przyjaciela?
- To dzikus - czeladnik splunął
Czekaj...
Myśliwy podchodził bliżej, patrząc dalej na swojego towarzysza.
Czekaj.

Ścisnąłem mocniej topór skryty pod śniegiem, spiąłem się w sobie. Wiedziałem, że po tego drugiego będę musiał dobiec, ale miałem nadzieję, że w szoku nie zdąży ucieć.
TERAZ!

Akurat gdy myśliwy obracał się w moją stronę, wyskoczyłem ze śniegu. Wbiłem topór w jego twarz, jednocześnie uderzając w niego całym ciałem. Przewrócił się oczywiście, a ja siłą natarcia wbiłem tylko ostrze głębiej. 
KREW ZA KREW!

Uniosłem się by zobaczyć moją drugą ofiarę. Stał wytrzeszczając na mnie swoje duże, brązowe oczy. Wstałem powoli, szybkim szarpnięciem wyrwałem topór. Czeladnik próbował się wycofać, przewrócił się jednak i zaczął tarzać w śniegu. Zaplątał się w nieoprawione skóry. Podszedłem i przycisnąłem go do ziemi nogą. Zakwilił jak ranny dzik, ale przestał się wić. Chwyciłem skóry i paroma szybkimi ruchami zerwałem je z niego. Leżał teraz twarzą w śniegu, dysząc. Patrzyłem na jego umięśnione plecy, unoszące się w nieregularnym rytmie. 
Zabijali niewinnych. Czemu się powstrzymujesz?
- Nie ma broni.

Ilu z nas nie miało broni, gdy oni atakowali. Ilu zginęło nie z toporem czy mieczem, a motyką w dłoni. To mordercy. Wypuścisz go teraz, powróci uzbrojony i zabije cie bez wahania.

- Czemu mam stawać się taki jak oni?

Nie było odpowiedzi. Mężczyzna pod moją stopą zaczął dyszeć szybciej. Prawdopodobnie pomyślał, że musiałem mieć towarzyszy czających się pośród śniegu. Obróciłem głowę, patrząc na dwie moje ofiary dzisiejszego dnia. Wilk, którego nie zdążyłem nawet oprawić, patrzył się teraz na mnie pustymi oczyma. Szczerzył kły. Krew wokół niego rysowała przeróżne symbole i runy, z których próbowałem odczytać wskazówkę. Na próżno. Myśliwy też nie był skory do pomocy. Leżał rozciągnięty na ziemi, a śnieg wokół niego zaczął coraz szerzej pokrywać się czerwienią. Ostatecznie spojrzałem w górę. Niebo było zasłonięte szarą ścianą chmur, które powoli acz nieubłaganie przewalały się z zachodu na wschód. Wtem natchnęło mnie. Usłyszałem wpośród tego wszystkiego muzykę, jakby delikatne szarpanie strun lutni i ciche, rytmiczne uderzenia w bębny. Zacząłem się śmiać na cały głos. To takie oczywiste. 
Przecież, że oczywiste... 
- Przecież...
Rzekłem i zatopiłem topór w czaszce czeladnika, urywając tym jego szybki, nierytmiczny oddech. 
Oddech śmierci...

 

ZDildKi.png

 

Ściągnąłem z ramienia torbę i położyłem na ławie, a obok rozciągnąłem płaszcz z nieoprawionych futer. Rozgarnąłem popiół w palenisku i dołożyłem na wierzch parę suchych drew, które po chwili się zajęły. Zacząłem się rozbierać ze spoconych i zabrudzonych ubrań. Przyjrzałem się nowym ranom, o które przysporzył mnie wilk, przy okazji przeglądając kolekcję blizn.

Oznaka prawdziwego wojownika. Nie cofasz się przed wrogiem czy zwierzem. Jesteś wielki. Jesteś godny.

Z torby wyrwałem parę kawałków świeżego, krwistego mięsa i nabiłem na ruszt nad paleniskiem. Czekając na strawę, przebrałem się i rozłożyłem resztę trofeów na odpowiednie miejsca. Robił mi się już spory zapas, na zimę mniej ludzi potrzebowało moich dóbr. Głównie skupowali mięso i skóry, tak potrzebne do przeżycia. 
Uważaj!
Wzdrygnąłem się na dźwięk pukania do drzwi. Szybko doskoczyłem do torby i wyrwałem z niej nóż do oprawiania zwierzyny. Z bronią w ręku, zrzuciłem belkę, która blokowałem drzwi i odsunąłem się. Przy framudze pojawiła się nikła szpara, a wraz z nią zimne, białe światło zarysowało się cienką linią po podłodze.
- Wódz cię wzywa. Znaleziono ciała...

Rozluźniłem się słysząc znajomy głos. Przyjaciel. Dobry człowiek, lepszy wojownik. Wcisnąłem nóż za pas i mruknąłem przytakująco. Na ten dźwięk, drzwi rozchyliły się bardziej. Nie widziałem twarzy stojącego w nich wojownika, ale znałem ją dobrze i bez tego. Wiedziałem jak mnie właśnie obserwuje. Wiedziałem, że osądza, że boi się czy go nie zaatakuje. Martwi się. On nie jest wrogiem, nie chce cie skrzywdzić. 

- Nie chce wiedzieć o co poszło. Prędzej chodzi mu o to kto to był i co tu robił. Czyżby zwiadowcy?
Tak!
- Nie. Myśliwi...

- Zaatakowali cię?

Tak, tak!

- Nie. Uderzyłem pierwszy.

Chwila ciszy. Zarówno w mojej głowie jak i w domu. Wsłuchałem się w skwierczące mięso i trzaskające drewno, lizane ciepłymi językami ognia. Coś się jednak zmieniło. Ogień przestał ogrzewać, a zaczął parzyć. Drewno nie trzaskało cicho, a pękało z hukiem na tysiące kawałków. Światło z zewnątrz wydało mi się nagle zbyt zimne i zbyt jasne. Zasłoniłem oczy ręką.

- Wybacz. 

Drzwi zamknęły się. Widzisz, to przyjaciel. Nie odchodź. Zostań.

- Wyjdź... Proszę...

Chwila ciszy. Ciche kroki i dźwięk zamykania drzwi. Wyszedł. Nie idź tam! Głosy - nie, krzyki! Niczym stado kruków przepędzone z pola, krzyki ludzi niosące się po górach. Przestałem słyszeć głosy, zamiast tego był jeden ciągły, wielogłosowy krzyk. Ogień zaczął trawić nie tylko drewno na palenisku, ale też ściany i sufit. Jego długie, krwistoczerwone języki sięgały coraz dalej, otaczały mnie, muskały po krańcach palców wyciągniętych w górę, przepalając się przez skórę i mięso, aż do kości, nie białej - a czarnej jak węgiel.
WRÓĆ!

Ocknąłem się. Izbę wypełniał zapach smażonego mięsa i wesoły trzask ognia. 

Już... Już dobrze...

Zakryłem twarz rękoma i zacząłem cicho łkać.

 

CMurdlj.png

Edytowane przez Pasiorson
  • Like 4

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

×
×
  • Dodaj nową pozycję...