Skocz do zawartości
Jacket

Jacket - Dziennik wyprawy na wyspę Archolos.

Recommended Posts

Napisano (edytowane)

Biografia czy też opowieść.

 

Urodziłem się w małej wiosce daleko za górami na wyspie Archolos. Moja rodzina już od dawna zajmowała się ziołolecznictwem i alchemią. Mój ojciec był potężnym mężczyzną, wojownikiem i drwalem. Za to moja matka i babka uczyły medycyny i ziołolecznictwa. Miałem trójkę rodzeństwa. Starszego brata Golina. Również zajmował się alchemią  i medycyną. Wyjechal kilka wiosen temu na kontynet by tam sprzedawać swoje wyroby. Co roku wracał by przekazać nam część złota by lepiej nam się wiodło. Był to człowiek rozsądny i mądry. Rodzina mówiła, że nasze charaktery praktycznie nie różniły się od siebie. Ja może byłem nieco bardziej naiwny. Miałem też młodszą siostrę, Romille. Kontynuowała fach po mojej matce i była w tym naprawdę dobra. Była w osobą życzliwą i miłą a jej dobroć dało się zobaczyć już po chwili rozmowy czy nawet spojrzenia na nią. Mój najmłodszy brat Jackot, z imienia podobny do mnie, z charakteru totalne przeciwieństwo. Był rządnym przygód zawadiaką, wprawionym myśliwym jak i wojownikiem podobnie jak mój ojciec. Określił bym go jako bezmyślnego i zadufanego w sobie bufona ponieważ tak się zachowywał. Jednak opowiem nieco o mnie a raczej o mojej historii na wyspie Archolos.

 

Dni początkowe od wyprawy:

 

Mój ojciec był już stary więc i sił na wojaczkę mu brakowało. Postanowiłem wyruszyć w samo serce wyspy by tam sprzedawać moje wyroby i czynić to samo co mój starszy brat. Zafascynowany byłem również nową roślinnością która chciałem przywieźć do domu gdy już do niego wrócę. Razem z moim przyjacielem wyruszyliśmy. Po kilku dniach przyjemnej wędrówki tragedia czekała tuż nieopodal. Mojego przyjaciela zabił cieniostwór a ja cudem uciekłem z miejsca wypadku. Uratowali mnie strażnicy okolicznego miasta. Zakupiłem ubranie i narzędzia i nim się obejrzałem otworzyłem własny zakład alchemiczny.

 

Dzień 19.

 

Interes idzie całkiem dobrze. Zdążyłem już poznać nowego kompana - Baldwina, który towarzyszy mi często w wyprawach po rośliny. Wydaje się być porządnym i dobrym człowiekiem. Miejscowi strażnicy często przychodzą do mnie po mikstury. Tak też poznałem Petera, Jana Maritza i Pardasa. Panowie są naprawdę w porządku. Również często ruszają ze mną na różne wyprawy. Niedługo mam zamiar udać się po roślinę zwiększającą siłę fizyczną. Uderzę zatem do kaprala Petera i zapytam czy chciałby udać się ze mną.

 

Dzień 20.

 

Przeprawa przez krypty była fascynująca i straszna. Towarzyszył nam młodzieniec imieniem Kiyotaka, toż to bezczelny głupiec! Uruchomił mechanizm który wypuścił na nas kamienny twór bliżej znany jako golem przez co prawie wszyscy uczestnicy skończyli by jako nawóz dla miejscowej roślinności i karma dla szczurów. Na szczęście opatrzyłem Petera oraz tego durnia i bezpiecznie wróciliśmy do miasta.

 

Dzień 23.

 

Wraz z Baldwinem udaliśmy się po rzadki szczaw królewski. Obok kotliny nieopodal farmy napadli na nas bandyci. Całe szczęście puścili nas wolno. Niestety straciłem cenne rośliny i złoto jakie miałem. Na szczęście interes kwitnie więc kwestia pozbierania się to kilka klientów.

 

Dzień 31.

 

Wraz z Pardasem i Baldwinem wybraliśmy się do lasu po rośliny. Często razem wychodzimy. Myślę że kiedyś mógłbym się im odwdzięczyć.

 

Dzień 33. 

 

Razem z Janem Maritzem ruszyliśmy po korzenie lecznicze, później zrobiłem dla niego kilka wywarów z wyrazów wdzięczności. To dobry przyjaciel.

 

Dzień 35. 

 

Dziś przyszedł do mnie nieznany mężczyzna. Wielki jak niedźwiedź, szeroki jak szafa. Miał ogromny miecz na plecach. Przedstawił się jako Zalam  i chciał kupić mikstury na większą skalę. Po dogadaniu się z nim weszliśmy na stopę koleżeńską. Miło było go poznać.

 

Dzień 41.

 

Miasto dobiegły plotki o dużej liczbie nieumarłych którzy zagrażają nam. Baldwin zaproponował mi pójście na wyprawę w celu znalezienia serc golemów które mogą nas uratować. Tylko czy to ma sens? Ruszyliśmy zwartą drużyną i jako wsparcie medyczne starałem się wspierać resztę moich przyjaciół. Wpierw udaliśmy się po serce golema z lodu. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Następnie przerzuciliśmy się na bagna gdzie spoczywała bagienna odmiana tego stworzenia. Opatrzyłem chłopaków i ruszyliśmy w góry po serce kamiennego monstrum. Całość przebiegła szybko.

 

Dzień 43.

 

Udając się na pustynię popełniłem błąd. Wraz z kompanami ruszyliśmy po ostatnie serce. Był z nami również dobrotliwy mag który przypłacił to życiem, nazbyt ryzykowna była ta misja. Zasadzka assasynów była ostatnią rzeczą o której myślałem. Przeżyliśmy. Całe szczęście udało nam się dotrzeć do golema i wyciągnąć jego piekielnie gorące serce. Ukryliśmy się we wraku okrętu ponieważ szukała nas masa ludzi pustyni. Przez chwilę wachałem się czy przejść przez portal nieopodal...nie ufam magii. Jednak Pardas siłą mnie do niego wrzucił. Wylądowaliśmy w Undabarze.

 

Dzień 44.

 

Zebrawszy się w moim zakładzie zaczął się prawdziwy jazgot. Zaczęliśmy się że sobą kłócić co dalej. Obwiniać się o śmierć maga i rozpadać więzy naszej drużyny. Na szczęście w miarę szybko się uspokoiliśmy.

 

Dzień 50. 

 

Mimo iż armia nieumarłych wraz z moimi obawami rosła w siłę. Assasyni wypowiedzieli nam wojnę. Każdy z moich przyjaciół zadeklarował w niej udział więc i moim obowiązkiem było do nich dołączyć.

 

Dzień 53. 

 

To był piekielnie ciężki dzień. Zginęło wielu żołnierzy ale oddziały gwardii odniosły sukces. Cieszę się niezmiernie że moi towarzysze żyją. Na polu bitwy w namiocie medyków poznałem również moją rówieśniczkę z zawodu. Astrid. Bardzo ciekawa i mądra z niej osoba. Wydaje mi się że jako medycy tworzymy naprawdę zgrany duet. W tym samym dniu zaginął Toryg, ważny człek i wielki żołnierz, najprawdopodobniej  został porwany.

 

Dzień 55.

 

Baldwin mówił coś o amulecie który jest w stanie ochronić nas przed nieumarłymi. Pardas i Jan Maritz popierają jego zdanie. W tym samym dni znalazłem opuszczone obozowisko.  Jest w nim wszystko czego mi potrzeba. Ustaliliśmy że będzie to nasze miejsce spotkań. Każdy sie zgodził.

Jednak co do pomysłu mojego przyjaciela...jakoś nie chce mi sie w to wierzyć, muszę z nimi porozmawiać.

 

Dzień 56.

 

Probowałem przekonać resztę byśmy uciekli. Nikt nie poparł mego zdania. Za bardzo odnoszą się dumą i przysięgami gwardii. Siedząc w obozowisku usłyszeliśmy krzyki okolicznych farmerów. Zbiegłwszy na pole zastaliśmy tam niejakiego Erazjona i kilku nieumarłych. Byłem w szoku jednak nie straciłem głowy. Pobiegłem szybko po straż kiedy to moi kompani stawiali czoła pomiotom Beliara. Wróciłem i wraz ze strażnikami transportowaliśmy Baldwina, Pardasa i Jana Maritza do mojego obozowiska. Opatrzyłem ich, bylem taki zmęczony...taki śpiący. Nie pamiętam kiedy usnąłem. Pamiętam jednak że byłem wściekły na Maritza który nie chciał płynąć i uciec z wyspy a jednocześnie bał się nieumarłych aż nadto będąc przepełniony lękiem i strachem. Coś we mnie pękło. Rzuciłem się na niego i zaczęliśmy ze sobą walczyć. Nie pamiętam ile to trwało ale chyba kilka godzin. Gdy oboje nie mogliśmy się podnieść i byliśmy na skraju śmierci zauważyłem że postąpiłem źle. Chciałem go przeprosić lecz ten odmawiał przyjęcia mikstury leczącej. Nie chciał mnie znać i życzył śmierci. Ledwo żywy wyszedł z obozu. Nie wiem czy przeżył.

 

Dzień 57.

 

Pozbierałem się i połatałem swoje rany. Udało mi się dojść do miasta i spakować wszystkie swoje rzeczy. Tak naprawdę to ja lękam się umarłych. Teraz również straży. Co jeżeli Maritz przeżył i resztę życia spędzę w lochu? Nie chciałbym tak umrzeć. Nikt by nie chciał! Wróciłem do obozu i rozpakowałem tam swoje rzeczy. Od dzisiaj mieszkam tutaj.

 

Dzień  64.

 

Nie jest źle , odwiedzają mnie Pardas, Baldwin i Zalam. Dalej nie mogę ich przekonać. Jeżeli przegrają wojnę będę musiał zapuścić się gdzieś dalej. Baldwin od czasu do czasu robi mi zakupy

w mieście. Chwalił się że amulet jest już gotowy i pomoże nam z siłami zła. Bardzo śmieszne.

 

Dzień 66.

 

Ostatnie próby przekonania przyjaciół spełzły na niczym. Piekielnie się boję. Nie chcę umierać. Muszę wykombinować gdzie się zaszyć. z drugiej strony myślę czy postępuje dobrze.

 

Dzień 70.

 

Odwiedzą mnie Baldwin i Pardas. Podjąłem już decyzję. Ruszam z nimi na bój. To moi przyjaciele. Nie mogę ich tak zostawić. W końcu, może jednak jest jakaś nadzieja? Następny wpis napiszę po powrocie. 

 

(Dziennik znajduje się w kotlince w której mieszkał Jacket, w szafce pod statywem alchemicznym.)

Edytowane przez Jacket
  • Like 1
  • Thanks 1

Podziel się tym postem


Link to post
Share on other sites

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się

×
×
  • Dodaj nową pozycję...